Wpis z dziennika pokladowego z Nautilusa, z 13 lipca 2017

#13 lipca 2017 Zderzenie z rozpędzonym pociągiem – wpis w Dzienniku Pokładowym 13 lipca 2017

Jestem z bardzo… małej rodziny. Nie mam rodzeństwa, a to oznacza, że wszelkie „zawirowania naszej trójki” rozkładają się na bardzo małą ilość osób i każdy wstrząs jednego z elementów takiego układu oznacza dramatyczne konsekwencje dla pozostałej dwójki. Muszę Państwu opisać chyba jeden z najbardziej dramatycznych dni w moim życiu, czyli 25 maja b.r., kiedy mój ojciec przeżył zatrzymanie akcji serca i został cudem (brakowało dosłownie 2-3 minut!) przywrócony do żywych przez Pogotowie Ratunkowe. Piszę o tym w „Dzienniku Pokładowym”, gdyż są tam dwa wątki absolutnie związane z tematyką, którą zajmujemy się na pokładzie okrętu Nautilus.

Zacznę od tego, że od dłuższego czasu bardzo bałem się poranków i telefonów od mamy. Przeczuwałem w zupełnie irracjonalny, niezrozumiały sposób, że taki moment przyjdzie i będzie wcześnie rano telefon, który będzie miał bardzo dramatyczny wymiar. Chodź trudno w to uwierzyć, ale ja nawet znałem treść tego, co usłyszę wtedy w słuchawce telefonu. Kiedy 25 maja o godzinie 6.30 moja Mama zadzwoniła do mnie i wręcz wykrzyczała krótką prośbę o to, abym „natychmiast (!) jechał do domu, bo ojciec…” ja od wielu tygodni znałem treść tego, co usłyszałem. Uwierzycie w to? Ale to i tak jeszcze nic.

Był wieczór 24 maja. Za kilka godzin mój ojciec stoczy najważniejszą walkę w swoim życiu o to, aby nadal pozostać na naszym świecie, a nie przejść do świata „światła”. Pamiętam, że wróciłem do domu późno po bardzo ciężkim dniu w pracy i praktycznie natychmiast położyłem się spać. I nagle przyśnił mi się niesłychanie realistyczny sen, którego realizm przebił wszystko co śniło mi się do tej pory. We śnie byłem razem z moimi rodzicami w pokoju, który miał ściany, ale przezroczyste. Widziałem przez nie dokładnie to, jak z jednej strony zbliża się do nas jakaś jasna postać. Pamiętam dokładnie, jak wyglądała: była białą smugą, bez głowy czy widocznych rąk czy nóg, ale właśnie takim „smugowatym stworem”. Wiedziałem, że jest to zło, które chce wyrządzić krzywdę mojej rodzinie. Próbowałem ją odgonić, ale ta tajemnicza „biała smuga” była niesłychanie uparta i docierała do naszego pokoju to z jednej, to z drugiej strony. Moja walka z nią była mordercza, trwała bardzo długo, aż wreszcie udało mi się skrzyżować ręce i wypowiadając stanowcze słowa przegoniłem ją. Biała postać znikła, a ja obudziłem się zlany potem. Była godzina 3.00 w nocy, a trzy godziny później zaczął się dramat z sercem mojego ojca. Czy to może być przypadek? Może, ale… proszę wybaczyć – jestem absolutnie pewien, że nie był to przypadkowy sen.

Cała historia zakończyła się szczęśliwie. Mój Tato dostał rozrusznik serca, dochodzi do zdrowia i czuje się coraz lepiej. Ja przez ostatnie dwa miesiące miałem przez to potworne wydarzenie świat lekko postawiony na głowie, gdyż musiałem być więcej z Mamą… długo by mówić – na pewno Państwo wiecie, co oznacza taka sytuacja i jakie ma konsekwencje dla całej rodziny. Zwłaszcza tak małej, jak moja. Tym razem w ostatniej chwili udało nam się uskoczyć przed rozpędzonym pociągiem…

Powiem Państwu szczerze: tego dnia rano po przyjeździe do domu moich rodziców widziałem straszne rzeczy… Najpierw przez prawie kwadrans na moich oczach były podejmowane desperackie próby ponownego uruchomienia serca mojego ojca, a następnie znosiłem go nieprzytomnego w ratowniczym kocu (razem z dwójką ratowników) do karetki pogotowia. Coś tego dnia we mnie pękło, coś się skończyło. Wiedziałem wcześniej oczywiście, że wszyscy jesteśmy istotami śmiertelnymi fizycznie (bo nasza dusza jest nieśmiertelna), ale to wszystko wydawało się szczęśliwie nie dotyczyć jeszcze moich najbliższych. Od dwóch miesięcy wiem, że jest inaczej. Nic już nie jest takie samo, jak było wcześniej. Ja też jestem także innym człowiekiem. Czy lepszym? Myślę, że na pewno.

To moje zawirowanie rodzinne wpłynęło w oczywisty sposób na działanie okrętu Nautilus, gdyż musiałem na wiele tygodni zostawić pokład i zająć się zwłaszcza przerażoną Mamą, której nagle zaczął się zawalać na głowę cały świat. A musicie Państwo wiedzieć, że moi rodzice są cudownym dowodem na to, że pomysł spędzenia życia „we dwoje” jest boskim, cudownym pomysłem. Gdyby wszyscy ludzie na Ziemi byli wobec siebie tak jak są moi rodzice, to z pewnością świat byłby znacznie lepszy niż ten obecnie… ale to taka mała uwaga „na marginesie”.

Na koniec tego wpisu w „Dzienniku Pokładowym” chcę się podzielić pewnym moim przemyśleniem dotyczącym starzenia się i upływu czasu. Od wielu lat fascynują mnie wysokie góry i losy ludzi, którzy się na nie wspinają. Jestem jak najbardziej przeciwny narażaniu własnego życia i zdobywaniu z próżności „kolejnych szczytów”, ale jednocześnie porusza mnie to, co spotyka ludzi powyżej ośmiu tysięcy metrów. Nigdzie indziej życie i śmierć nie chodzą ze sobą tak bardzo w parze, a ludzie mogą obserwować siebie i innych w sytuacjach ostatecznych, krańcowych. Znam bardzo dobrze (praktycznie na pamięć) przebieg wszystkich najważniejszych wypraw w wysokie Himalaje i ostatnio kilka epizodów ze „zdobywania ośmiotysięczników” dołączyłem nawet do naszych prezentacji o tzw. polskich zjawiskach niewyjaśnionych.

Narasta we mnie przemożne uczucie, że ludzkie życie przypomina wspinanie się w góry, a każdy kolejny „tysiąc metrów” jest niczym pokonywanie kolejnych dziesiątek lat naszego życia.Życie do 30 roku życia jest bardzo podobne do wchodzenia na góry do 3 tysięcy metrów. Nie ma żadnych problemów, na szczyt może wejść praktycznie każdy, nawet wjechać górską kolejką. Dochodzimy do kolejnej bariery, czyli czterdziestu lat w życiu człowieka, którą ja bym przyrównał do zdobywania górskich szczytów o wysokości czterech tysięcy metrów. Tu także jest wejść dosyć prosto, ale coraz częściej słychać o tym, że ktoś „odpadł od ściany”. Niby granica czterech tysięcy metrów jest bezpieczna dla wspinaczy, ale są odcinki, na których może zdarzyć się prosty błąd…

I tak dochodzimy do 50 lat, czyli przekraczania w wysokich górach pięciu tysięcy metrów. Tu jeszcze daleko do „ciągłego zagrożenia życia”, ale powyżej takiej wysokości grozi nam wiele niebezpieczeństw, które na niższych wysokościach nie istnieją. Trzeba obserwować własny organizm, czy przypadkiem dobrze znosi lekko rozrzedzone powietrze. Należy pamiętać o przyzwyczajaniu się do takiej wysokości… To wszystko zmienia się z granicą sześciu tysięcy metrów, kiedy to żarty się kończą i choć nadal oddycha się „przyjemnie i łatwo”, to gdzieś z tyłu głowy musimy mieć myśl, że w każdej chwili możemy rozpocząć „walkę o życie” z powodu zaburzeń naszego organizmu. Większość jednak tę barierę przechodzi bez problemów.

Zupełnie inna sytuacja jest powyżej siedmiu tysięcy metrów, czyli w tym moim porównaniu do ludzkiego wieku po przekroczeniu siedemdziesiątego roku życia. Wtedy widać wyraźnie, że wielu wspinaczy idących obok nas zostało gdzieś z tyłu na ścianach, coraz większa część odpadła od ścian. Świadomość niebezpieczeństwa i zagrożenia życia narasta z pokonaniem każdej kolejnej „setki” w wysokości, ale prawdziwe szaleństwo zaczyna się powyżej ośmiu tysięcy metrów. Nieprzypadkowo nazywa się tereny powyżej ośmiu tysięcy „strefą śmierci”.

Przebywanie tam grozi śmiercią ze stu tysięcy powodów. Brak wystarczającej ilości tlenu w powietrzu, trudności z oddychaniem, brak siły na pokonywanie nawet prostej grani czy uskoku. Każda czynność wykonywana powyżej ośmiu tysięcy metrów wymaga potwornego wysiłku, czego kompletnie nie rozumieją ludzie beztrosko „biegający” po dwu czy trzy-tysięcznikach. Powyżej granicy 8500 metrów bez butli tlenowych mogą przebywać już tylko jednostki…

Ludzkie życie systematycznie się wydłuża, ale nadal zdobywanie „kolejnych, wysokich szczytów” jest równie trudne jak było przed wiekami. Pomaga nam technologia (i w górach i w życiu), ale mimo wszystko jest ogromne ryzyko przypadkowego błędu, który może zakończyć naszą wspinaczkę. I najgorsze jest to, że wobec potęgi gór, a także ludzkiego przeznaczenia –  człowiek jest całkowicie bezradny.

 https://www.nautilus.org.pl/dziennik.html?year=2014&month=2&startFrom=0&i=1
Opublikowano ., Dusza, Istota Ludzka, Rozwój duchowy, Świadomość | 24 komentarze

Czy sztuczna inteligencja może przewidzieć czyjąś śmierć?

Źródło: pixabay.com

Naukowcy wkładają obecnie dużo pracy w takie udoskonalenie sztucznej inteligencji, maszyn oraz komputerów, by były one w stanie przewidywać ludzką śmierć. Ma to mieć zastosowanie przede wszystkim w przypadku chorób przewlekłych.

 

W najnowszych badaniach komputer potrafił przewidzieć, który z pacjentów umrze w ciągu pięciu lat z dokładnością do 69 %, czyli mniej więcej tyle samo, co jest w stanie przewidzieć lekarz. Obecnie większość badań nad chorobami przewlekłymi i długowiecznością wymaga długich okresów obserwacji, które dopiero mogą ujawnić różnice między pacjentami leczonymi na różne sposoby.

 

Wcześniejsze przewidzenie zmian nie tylko szybciej zidentyfikowałoby chorobę, ale również umożliwiłoby szybszą i skuteczniejszą interwencję. Może to prowadzić między innymi do tańszego leczenia. W styczniu naukowcy z Imperial College w Londynie opublikowali wyniki, które wykazały, że sztuczna inteligencja może przewidzieć niewydolność serca i śmierć lepiej od ludzkiego lekarza. Stworzono 250 wirtualnych, trójwymiarowych serc pacjentów, następnie algorytmy rozpoczęły badania. Ostatecznie okazało się, że maszyna była szybsza i bardziej dokładna w określaniu ryzyka zgonu, wykazując około 73 % dokładności.

Uważa się, że zawsze istnieje górna granica dokładności tego typu przewidywań, ponieważ zawsze będzie występował element przypadkowy. Nie zmienia to jednak faktu, że rokowania mogą być jeszcze dokładniejsze, a maksymalna dokładność może wynosić do 80 %. Wymaga to wyjątkowego zestawu danych informujących o stanie zdrowia pacjenta. Gdy zbierze się ich wystarczająco dużo, maszyna będzie w stanie dokładnie przewidzieć prawdopodobieństwo śmierci danej osoby w określonym czasie.

 

Całe te rozważania dały początek pytaniu: czy naprawdę chcemy wiedzieć, kiedy umrzemy? Według jednej z prac naukowych niedawno opublikowanej w Psychology Review, 9 na 10 osób ankietowanych w Niemczech oraz Hiszpanii nie chce wiedzieć. Oczywiście inaczej musi to wyglądać w przypadku ludzi żyjących ze śmiertelną chorobą.

zrodlo:

http://zmianynaziemi.pl/wiadomosc/czy-sztuczna-inteligencja-moze-przewidziec-czyjas-smierc

Opublikowano ., OSTRZEŻENIE, Sztuczna inteligencja (AI) | 17 komentarzy

Pluton emituje ogromne ilości promieniowania rentgenowskiego

Źródło: NASA

Naukowcy odkryli, że Pluton emituje ogromne ilości promieniowania rentgenowskiego. Eksperci obecnie nie są w stanie wyjaśnić tego zjawiska na podstawie danych, które posiadają.

 

 

Pluton został zaliczony do grona planet karłowatych, podobnie jak inne planety z Pasa Kuipera, który znajduje się za orbitą Neptuna. Jednakże, planeta nie przestała przyciągać zainteresowania specjalistów, a dane zebrane przez sondę New Horizons, przelatującej niedaleko Plutona w 2015 roku, przyniosły jeszcze więcej zagadek. Niedawno amerykańscy astronomowie odkryli, że planeta ta emituje bardzo wysokie dawki promieniowania rentgenowskiego.

Wiele ciał niebieskich w Układzie Słonecznym generuje promieniowanie rentgenowskie. Fale te powstają z interakcji wiatrów słonecznych z atmosferą planet, która w dużej mierze składa się z azotu i argonu. Promieniowanie rentgenowskie występuje na Wenus i na Marsie oraz wielu innych ciałach niebieskich, np. kometach. Sonda New Horizons pokazała, że delikatna atmosfera na Plutonie jest bardzo zmienna. Przez 248 lat, podczas których Pluton wykonał pełny obrót wokół Słońca po swojej wydłużonej orbicie, jego odległość od gwiazdy zwiększyła się niemal dwukrotnie. Niewielka ilość promieniowania rentgenowskiego dosięgającego Plutona jest również zmienna i powoduje częściowe zamarzanie oraz sublimację azotu i metanu w atmosferze.

 

Perygeum, czyli najbliższy punkt na orbicie od Słońca, wynosi około 4,4 biliona kilometrów. Pluton osiągnął ten punkt ostatnio we wrześniu 1989 roku. W 2015 roku, kiedy sonda New Horizons przelatywała obok planety, a na Plutonie trwało lato, w atmosferze zarejestrowano azot, metan i dwutlenek węgla. Następnie teleskop kosmiczny Chandra poszukiwał na planecie promieni rentgenowskich, które mogły tam występować w tym czasie. Wszystko jednak okazało się być nieco bardziej skomplikowane.

Promienie rentgenowskie, które zostały zarejestrowane przez teleskop, były o wiele mocniejsze niż się spodziewano. Niewielkie cała niebieskie Układu Słonecznego, które są blisko Słońca, mogą być tak mocno napromieniowane, lecz taki poziom promieniowania rentgenowskiego na Plutonie jest niewytłumaczalny i jego pochodzenie pozostaje zagadką.

 

Autorzy artykułu wysunęli śmiałą hipotezę o możliwości istnienia pewnych mechanizmów, które skupiają wiatr słoneczny, który wzmacnia promieniowanie w atmosferze Plutona. Jednakże, naukowcy nie mają jednoznacznej odpowiedzi na to, co powoduje takie zjawisko.

zrodlo:

http://zmianynaziemi.pl/wiadomosc/pluton-emituje-ogromne-ilosci-promieniowania-rentgenowskiego

 

Opublikowano Kosmos, planety i komety, UFO cywilizacje pozaziemskie | 16 komentarzy

Cyfrowy kod Biblii

Źródło: youtube.com

Wiarę chrześcijańską wyznaje jedna trzecia ludności świata, ale istnieje również znaczna liczba ateistów. Wiele z nich szuka jasnych, niemitycznych dowodów na istnienie Wszechmogącego. Jest wielu ludzi, którzy wierzą, że Księga Ksiąg jest tylko zbiorem starożytnych mitów i metafor, które przetrwały wieki. Czy tak jest naprawdę?

 

 

 

Za wybitnego eksperta w studiowaniu Biblii uchodził rosyjski matematyk Iwan Nikołajewicz Panin (1855-1942), który dużo czasu skupiał na matematycznej analizie tekstu Pisma. Panin urodził się w Rosji, ale w wieku 19 lat został wydalony z tego kraju za udział w działaniach rewolucyjnych. Ukończył studia na Wydziale Matematyki Uniwersytetu w Berlinie, a następnie kontynuował studia na Harvardzie.

 

Był znany jako zagorzały agnostyk, ale poprzez określenie pewnej matematycznej (numerycznej), regularności w tekście Pisma, zaniedbał karierę i osiadł z żoną w małej kanadyjskiej farmie, gdzie ponad pięćdziesiąt lat codziennej pracy ciągle doskonalił swoje teorie.

 

Punkt widzenia Ivana Papina opiera się na tym, że oryginalnym językiem Starego Testamentu był starohebrajski, a Nowego Testamentu grecki. W każdym słowie i w każdej literze, zdaniem Papkina, w niewytłumaczalny sposób zakodowany jest, podobnie jak we wszechświecie, obraz cyfry 7. Jest to jedna z tzw. liczb pierwszych (nie jest podzielna przez dowolną liczbę całkowitą inną niż pierwsza).

 

Tak więc, jak się okazuje, nie jest to prosta liczba pierwsza, a rodzaj dźwigni wszechświata, podstawa wszelkiego bytu. Istniej nawet szereg powiedzeń i przysłów z nią związanych, tj. „siódme niebo”, „siedem cudów świata”, „za siedmioma górami, za siedmioma rzekami…”, „od siedmiu boleści”, „ocet siedmiu złodziei” itd. Wszystko to jest o wiele bardziej dokładne, bardziej złożone i niezachwiane.

 

Przypomnijmy, na przykład, że miesiąc księżycowy wynosi 28 dni (7 x 4), białe światło słoneczne składa się z 7 kolorów, muzyka oktawy z 7 pełnych tonów. Ciąża u kobiety trwa 280 dni (7 x 40). To samo obserwujemy u zwierząt i ptaków, np. u myszy – 21 dni (7 x 3), u królików i szczurów – 28 dni (7 x 4), u kotów – 56 dni (7 x 8), u psów – 63 dni (7 x 9), u lwów – 98 dni (7 x 14), u owiec – 147 dni (7 x 21), u kur – 21 dni (7 x 3), u kaczek – 28 dni (7 x 4), itd.

 

W każdym razie, eksperci wiedzą – człowiek po pierwszym czytaniu tekstu zwykle zapamiętuje siedem koncepcji. Warto podkreślić fakt, że było siedem cudów świata, a kruk jest w stanie dokonać prostych działań arytmetycznych do liczby 7. Wszystkie te i wiele innych faktów wskazuje na istnienie jakiegoś kodu, który może być kluczem do odkrycia tajemnic Stwórcy Wszechświata. Teorie Panina spotkały się z falą krytyki, ale mają one również swoich zwolenników, takich jak Wiktor Iosifowicz Wejnik i amerykański kaznodzieja Chuck Missler.

 

Pierwsza fraza Starego Testamentu „Bóg stworzył niebo i ziemię” to 7 hebrajskich słów, składających się z 28 liter (7 x 4). Podobne szyfry liczbowe odnajdujemy w pozostałych wierszach, a także w całym tekście Biblii. O dziwo, ta zasada nie jest naruszone w dowolnym miejscu – wszystko jest wielokrotnością liczby 7!

 

W dawnych czasach, Żydzi i Grecy liczbami wyrażali swoje alfabety. Niewiarygodne, ale zastąpienie tych numerów w przestrzeni, odpowiadającym literom tekstu biblijnego, prowadzi do tych samych rezultatów. Na przykład, jeśli litery trzech głównych rzeczowników pierwszego zdania Starego Testamentu (Bóg, niebo, ziemia) zastąpimy numerami, otrzymamy wynik 777 (7 x 111). Hebrajski czasownik „stworzył” ma całkowitą wartość liczbową 203 (7 x 29).

 

Może się to wydawać niewiarygodne, ale zdanie opatrzone jest trzema siódemkami, jak magiczne słowo Jezus, składające się z trzech ósemek 888. Z kolei trzy szóstki 666 zarezerwowane są dla Bestii i Antychrysta (jeśli greckie słowo „bestia” zastąpimy hebrajskimi literami).

 

Panin był w stanie zidentyfikować wzorce łańcuchowo-numeryczne, analizując Pismo i łącząc cały tekst razem. Wyniki badań doprowadziły do jednoznacznego wniosku, że struktura znaleziona w oryginalnym tekście biblijnym w postaci funkcji numerycznej nie mogła powstać przez przypadek. Prawdopodobieństwo to wynosi zero, czyli wszystkie wykryte wzorce są efektem czyjejś intencji …

 

Obecne są one w kanonicznej Biblii, składającej się z 66 ksiąg – 39 ksiąg Starego Testamentu i 27 ksiąg Nowego Testamentu. Wiadomo, że Biblię pisano 1600 lat z przerwą, trwająca 400 lat przed Nowym Testamentem. Dzieło ma rozmaitych autorów, żyjących w różnych czasach.

 

A najbardziej zadziwiające jest to, że jeśli dodać lub usunąć z Biblii nawet jedno słowo lub jedną literę, lub zmienić kolejność słów, to cała struktura kodu zostanie naruszona. Twórca systemu, opartego na greckim i hebrajskim alfabecie, musiał przewidzieć w swoim planie wykształcenie, wiek i inne indywidualne cechy każdego artysty na przestrzeni dziejów, a jest to niewątpliwie nieskończenie skomplikowane. Wszechmogący chroni swoje Pismo od wszelkich błędów, zmian, uzupełnień i cięć. Można więc śmiało stwierdzić, że prawa autorskie Boga są zastrzeżone.

źródło:

http://innemedium.pl/wiadomosc/cyfrowy-kod-biblii

Opublikowano Fraktale, Kody, Matrix | 173 komentarze

Przerażająca Ouija

Dla niektórych tablica Ouija to nie tylko zabawa i niewinna gra. Przerażające przygody przydarzają się nie tylko tym, którzy mają jakieś religijne obiekcje względem tablicy Ouija. Czasem upiorne wydarzenia stają się udziałem zwykłych dzieciaków, które chciały się po prostu pobawić.

 
 
 

Przerażająca Ouija

Nawiedzony dom

REKLAMA

 

Patricia była doświadczonym użytkownikiem tablic Ouija i zawsze zwracała się do nich w potrzebie. Korzystała zarówno z własnoręcznie wykonanych tablic, jak i kupowanych w sklepach, jednak zdecydowanie wolała te, które skonstruowała własnymi rękoma. Mówiła, że różnica między nimi jest taka, jak „między pocałunkiem licealnego chłopaka, a pocałunkiem ponad dwudziestopięcioletniego kochanka”. Patricia nie czuła potrzeby korzystania z tablicy do czasu aż ona i jej mąż wpadli w kłopoty, po tym jak kupili dom po wyjątkowo okazyjnej cenie.

Patricia zakupiła dom zbudowany jeszcze w latach trzydziestych dwudziestego wieku. Na terenie posesji znajdowały się także inne budynki. Natychmiast po przeprowadzce, kiedy rozpoczęto gruntowny remont i zdrapano farbę, okazało się, że dom najwyraźniej przeszedł kiedyś poważny pożar. Patricia odkryła, że ogień został zaprószony w sypialni przez córkę dawnych mieszkańców, która w ten sposób chciała zabić siebie i rodziców. Dotarły do niej także plotki o tym, że w piwnicy domu dręczono zwierzęta i składano je w ofierze.

Patricia i jej mąż zaczęli zauważać w domu różne dziwne rzeczy. Poza tym, że często słyszeli dziwne skrzypienia, które wszak często wydają osiadające domy, to nieraz całkiem znienacka wybuchały żarówki. Z dachu spadały dachówki. Z kuchennego sufitu sączyła się czarna substancja. Na dodatek cały dom ogarnęła plaga pcheł. Ale ponieważ dom był stary, Patricia sądziła, że wszystkie te zjawiska są normalne. Ona i jej mąż odkryli nawet, że dokładnie pod ich pechowym domem przebiega geologiczna linia uskoku. Ich sąsiadka mieszkająca w budynku obok nie miała cierpliwości do tych dziwnych problemów, np. gdy akumulator w jej lodówce się przepalił i cały sprzęt się zepsuł. Po tym, jak pewnej nocy eksplodowały w jej domu wszystkie żarówki, postanowiła się wyprowadzić.

Patricia i jej mąż mieszkali w domu przez lata, ale mieli coraz większego pecha. Wszyscy domownicy byli pogrążeni w depresji, nawet ich zwierzęta wydawały się być smutne i osowiałe. Dopadła ich także bezsenność, przez ponad rok nie mogli zmrużyć oka dłużej niż przez godzinę. Pogorszyła się również ich sytuacja finansowa i wkrótce mieli problem z regulowaniem opłat za dom. Depresja osiągnęła apogeum, gdy przygnębiona Patricia próbowała popełnić samobójstwo. W chwili desperacji ona i jej mąż postanowili zwrócić się do tablicy Ouija z prośbą o odpowiedzi, ponieważ bardzo potrzebowali pomocy finansowej. Dziś Patricia wierzy, że to pragnienie związane z chęcią, by uporać się z własnymi sprawami, było niewłaściwym powodem konsultowania się z tablicą Ouija.

Kiedy w tablicy pojawił się duch, natychmiast oznajmił: „Jestem demonem tego czasu i miejsca”. Poprosili go o pomoc, a demon się zgodził. Spytali go zatem o szczęśliwe numery loterii, a tablica Ouija od razu zaczęła wymieniać cyfry, ale było ich zdecydowanie zbyt wiele. Tak czy inaczej Patricia i jej mąż zanotowali je wszystkie, mając nadzieję, że różne ich kombinacje pozwolą im wygrać. Demon niekoniecznie im sprzyjał, ponieważ nie wygrali ani centa.

Pewnego razu Patricia zdecydowała, że pójdzie do wróżki, która oferowała czytanie z dłoni. Zanim jeszcze usiadła, chcąc wyjaśnić swoją sytuację, wróżka odezwała się pierwsza: „Otaczają cię czarne chmury. Gdziekolwiek mieszkasz, koniecznie musisz się stamtąd wyprowadzić”. Kobieta chwyciła dłoń Patricii i wyczytała z niej, że Patricia używała tablicy Ouija. Powiedziała jej, że Patricia jest niezwykle czuła na takie rzeczy jak tablica, ale że nie jest w stanie ich kontrolować. Wróżka poradziła Patricii, by zanim ponownie użyje tablicy, nauczyła się, jak stać się silniejszą lub jak zbudować wokół siebie „mur”.

Tydzień później Patricia i jej mąż wyprowadzili się z nawiedzonego domu. Dzień wyprowadzki był doprawdy dramatyczny. Wiatr hulał w kominie, zewsząd dochodziło skrzypienie i stukanie, żarówki samoistnie się zapalały, gdy wchodzili do jakiegoś pomieszczenia. Patricia z ulgą porzuciła dom, a także tablicę Ouija.

Opętanie

Rayne miała dziewięć lat, gdy bawiła się tablicą Ouija wraz z dwoma przyjaciółkami, Amandą i Jennifer. Trzy dziewczynki usiadły na podłodze, a tablica spoczęła pomiędzy nimi. Zasypywały tablicę Ouija pytaniami, na które tylko one znały odpowiedzi, by sprawdzić, czy tablica mówi prawdę. Co niezwykłe, mówiła prawdę, a dziewczynki przestraszyły się, przekonane, że w tablicy znajduje się duch.

Dziewczęta chwyciły się za ręce, by zadać kolejne pytanie – naśladowały seans spirytystyczny, jaki nieraz widziały w różnych filmach. „Wielki duchu, wielki duchu, jak brzmi twoje imię?”, wspólnie wyskandowały pytanie i wciąż trzymając się za ręce, odczekały chwilę. Nagle wszystkie jednocześnie krzyknęły głośno to samo imię: „Julie!”. To je solidnie wystraszyło, a Rayne wpadła na pewien podstępny pomysł. Postanowiła, że będzie udawała, że jest opętana przez Julie.

Dwie pozostałe dziewczynki, Amanda i Jennifer, dały się przekonać, że w ich koleżankę wstąpił duch. Po chwili Rayne zaczęła gonić je po domu, po czym dziewczyny wybiegły z budynku i pobiegły żwirową drogą prowadzącą na wzgórze, obserwował je brat Rayne i zaśmiewał się z tej całej sytuacji. Rayne zachowywała się jak oszalała i jej koleżanki poczuły prawdziwy lęk, uciekały więc od niej, mknąc susami. Kiedy Raynie zbiegała ze wzgórza jej stopy niemal stale unosiły się w powietrzu, lecz nagle u stóp wzgórza zatrzymała się w nienaturalnej pozycji, jakby uderzyła w niewidzialną ścianę. Nie potknęła się, ani się nie poślizgnęła, miała wrażenie, że jej stopy wrosły w ziemię. Zaczęła krzyczeć, że nie może się ruszyć, ale Amanda i Jennifer nie chciały podejść bliżej. Najwyraźniej nadal bały się, że ich koleżanka jest wciąż opętana przez coś niebezpiecznego. Nie były pewne, czy duch Julie nie oszukuje ich, chcąc je w ten sposób schwytać.

Rayne spojrzała w dół i zauważyła, że u stóp wzgórza ktoś umieścił kamienny krzyż wbudowany w żwirową drogę. Krzyż wykonany z różnokolorowych kamieni, wyłaniał się wprost z bezbarwnego, szarego żwiru. Nie zauważyła krzyża wcześniej, gdy zbiegała drogą, ale teraz wydawało się, że nie może fizycznie przekroczyć linii, którą wyznaczał. Mogła jedynie odwrócić się od krzyża i wrócić do domu. Błagała brata, by przyznał się, że to on w jakiś sposób sobie z niej zażartował, ale on nie miał pojęcia, co się stało, ani kto umieścił ten krzyż na drodze. Jak mówi Rayne, morał tej historii jest taki: „Nigdy nie udawaj, że jesteś opętany, bo to się może sprawdzić”.

Jako dorośli ludzie Rayne i jej mąż Jason przyszli kiedyś na moje przyjęcie halloweenowe i razem skorzystali z tablicy Ouija. Kiedy tablica oznajmiła, że obecny jest duch siedemdziesięciotrzyletniego mężczyzny, który stoi obok kogoś w tym pokoju, Rayne nagle źle się poczuła i miała wrażenie, że zaraz zwymiotuje. Jason spytał: „Przybywasz w pokoju?”. Kobieta zaczęła się trząść i poczuła, jak całe jej ciało pokrywa gęsia skórka. Była przerażona, ale także szczęśliwa, gdy na koniec seansu duch pożegnał się z nią mówiąc: „Tata”.

Gdy okultyzm wkracza w prawdziwe życie

Nicole zawsze interesowała się wszystkim, co magiczne. Kiedy miała siedemnaście lat poczuła, że wyrosła już z magii disneyowskiej i pragnie dowiedzieć się czegoś więcej na temat magii i tajemnic prawdziwego świata. Czy istnieje prawdziwa magia, która może zmieniać świat? W bibliotece nęciły ją książki na temat satanizmu i uprawiania magii. Swój pokój udekorowała uśmiechniętymi gargulcami, kolorowymi świecami oraz tablicą Ouija.

Pewnej nocy, gdy zaraz po użyciu tablicy Ouija położyła się spać, zapadła w niespokojny sen. Obudziła się z krzykiem i usiadła wyprostowana na łóżku. Spojrzała na świecę stojącą na nocnym stoliku. Ledwo żarząca się końcówka knota nagle zapaliła się i wybuchła jasnym płomieniem. Nicole natychmiast ją zgasiła, myśląc o tym jak dziwne było to, że świeca zapaliła się sama. Uznała, że wieczorem nie zgasiła jej do końca. Ścisnęła mocno knot, chcąc się upewnić, że nie została w nim nawet odrobina żaru i z powrotem położyła się do łóżka. Następnego dnia znowu eksperymentowała z tablicą Ouija.

Następny nietypowy incydent miał miejsce, gdy Nicole wdała się w jedną z częstych kłótni z rodzicami. Wbiegła do swojego pokoju i trzasnęła drzwiami, dając upust frustracji. W tej samej chwili kartki papieru leżące luzem na stole nagle stanęły w ogniu. Nicole gorączkowo zgarnęła kartki i zaczęła je deptać stopą. Zmiotła ze stołu popiół, by nie pozostawiać na stole czarnych śladów pożaru. Zszokowana całą tą sytuacją, wstała i ponownie trzasnęła drzwiami od pokoju, zastanawiając się, czy może odtworzyć to zjawisko. Nic się jednak nie wydarzyło. Czy zatem miało miejsce coś magicznego, czy też jakaś istota wydostała się z tablicy Ouija i teraz się z nią drażni?

Nicole wiedziała, że jej rodzice nie mają nic przeciwko temu, że używa tablicy Ouija, więc postanowiła się ich poradzić. Poszła zatem do mamy, która akurat gotowała obiad i wiedząc, że mama używała w przeszłości tablicy Ouija spytała ją, czy miała kiedykolwiek podobne doświadczenia. Ta, nie przestając mieszać w garnku, mruknęła tylko: „Musiałam sama nauczyć się, jak kontrolować tego typu rzeczy, aby się nie zdarzały”. Nicole poczuła się jeszcze bardziej zagubiona.

Nawet kiedy wyprowadziła się z domu i wyjechała do college’u, zabierając ze sobą swoje okultystyczne utensylia, dziwne zdarzenia podążyły za nią, a może po prostu ją tam znalazły, zważywszy na fakt, że jej okno w akademiku wychodziło wprost na cmentarz. Pewnego razu szklanka stojąca na stoliku przy łóżku rozbiła się samoistnie, zasypując dziewczynę odłamkami, które utworzyły wokół niej idealnie równy okrąg. Jej współlokatorka z pokoju uznała, że Nicole jest wcielonym złem i wyprowadziła się jeszcze przed końcem roku. Jedynym co powstrzymywało te nieprzyjemne zjawiska była religia, którą Nicole w końcu odnalazła. Od tamtej pory tablica Ouija odeszła w zapomnienie i w końcu została sprzedana na jakiejś wyprzedaży garażowej innemu, nic nie podejrzewającemu człowiekowi.

Próbując ocalić życie

Amy ze smutkiem oglądała w telewizji relację na żywo z akcji poszukiwawczej i ratunkowej, po tym jak rozbił się samolot pilotowany przez Johna F. Kennedy’ego Jr. Rodzice i sąsiedzi toczyli ponure, acz pełne ekscytacji rozmowy o tym, że coś tak strasznego przydarzyło się komuś sławnemu, tak jakby rozmawiali o jakimś wspólnym znajomym. Jednakże Amy czuła się bardzo źle. W samolocie tym byli przecież prawdziwi ludzie, a nie postacie z telewizyjnego show. Zastanawiała się czy jest jakiś sposób, by ich ocalić lub chociaż odnaleźć ich ciała. Lecz jak odnaleźć ludzi w ogromnym oceanie pełnym przeróżnych wraków? Czy istnieje jakiś sposób, by skomunikować się z nimi, by podali swoją lokalizację? Amy uznała, że zna odpowiedź: tablica Ouija jej koleżanki.

Przybywszy do domu swojej przyjaciółki Colleen, Amy szybko wyjaśniła jej swój pomysł. Podekscytowana wizją porozmawiania ze znaną osobistością, przyjaciółka natychmiast się zgodziła. Wyjęły tablicę Ouija i wspólnie zabrały się do pracy, prosząc wszechświat, by w jakiś sposób umożliwił im nawiązanie kontaktu z kimś, kto był na pokładzie samolotu. Niebawem zaczęły otrzymywać przekazy. Pomijając wszelkie „formalności” związane z pytaniem, kto przemawia poprzez tablicę, Amy spytała czy którakolwiek z osób lecących tym samolotem, przeżyła katastrofę. Duch z tablicy odpowiedział twierdząco. Amy i Colleen wymieniły podekscytowane spojrzenia. Serce Amy mocno łomotało. Liczył się czas. Colleen zadała pytanie najważniejsze ze wszystkich, usiłując ustalić lokalizację wraku, by spróbować ocalić kogokolwiek, kto zdołał przeżyć. Planszeta poruszała się szybko i w dość skoordynowany sposób, lecz nie literowała żadnych konkretnych słów.

Skonsternowane dziewczyny zmarszczyły brwi. Sfrustrowane powtarzały pytanie raz za razem. Planszeta nadal przesuwała się niezbornie, generując jedynie niezrozumiały bełkot. Dziewczęta desperacko pragnęły uzyskać konkretne odpowiedzi, ale istota, która przemówiła poprzez tablicę, najwyraźniej została wchłonięta przez pustkę śmierci czy cokolwiek innego, co przydarzyło się pasażerom samolotu. Dziewczyny musiały porzucić próbę ocalenia rozbitków, a później dowiedziały się, że katastrofy nie przeżył nikt i znaleziono jedynie ciała.

Fragment pochodzi z książki „Tablice spirytystyczne Ouija” Alexandry Chauran. Wydawnictwo Studio Astropsychologii

Opublikowano Duchy, Eksperymenty, Kosmos | 67 komentarzy

Dowody wskazują na obecność dziesiątej planety za Pasem Kuipera

Źródło: Heather Roper/LPL

Astronomowie wciąż poszukują śladów tajemniczej dziewiątej planety, która najwyraźniej znajduje sie gdzieś na obrzeżach Układu Słonecznego. Tymczasem zespół badawczy z University of Arizona’s Lunar and Planetary Laboratory (LPL) doszedł do zaskakującego wniosku – w Pasie Kupiera za orbitą Neptuna prawdopodobnie znajduje się jeszcze jedna, dziesiąta planeta!

 

 

Dla przypomnienia – na początku 2016 roku, Mike Brown z California Institute of Technology przedstawił dowody wskazujące na obecność dziewiątej planety wielkości Neptuna i masie 10 razy większej od Ziemi, która ma znajdować się daleko poza orbitą Plutona. Co prawda nie zdołaliśmy dokonać bezpośredniej obserwacji tego ciała niebieskiego, ale jej istnienie zdają się potwierdzać odchylenia orbit niewielkich odległych obiektów w Pasie Kuipera. Dziewiąta planeta, według szacunków, znajduje się od 500 do 700 jednostek astronomicznych od Ziemi.

Tymczasem naukowcy z LPL zaobserwowali, że ciało niebieskie o masie planety skalistej takiej jak Ziemia czy Mars może wpływać na orbity grupy odległych obiektów skalnych w Pasie Kuipera. Kat Volk, główny autor badania twierdzi, że grawitacja nieznanego nam ciała niebieskiego spowodowała nachylenie orbit a najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem dla tej anomalii jest właśnie obecność masywnego obiektu.

 

Według naukowców, prawdopodobnie mamy do czynienia z nowym ciałem niebieskim, który nie ma nic wspólnego z dziewiątą planetą. Orbity przebadanych obiektów skalnych wskazują, że dziesiąta planeta znajduje się znacznie bliżej i jest mniejsza – jej odległość od Słońca może wynosić mniej niż 100 jednostek astronomicznych od Ziemi.

Oczywiście zaprezentowane dowody nie są wystarczające abyśmy mogli ogłosić odkrycie nowych planet na obrzeżach Układu Słonecznego. Jednak naukowcy są dobrej myśli, ponieważ w Chile powstaje właśnie Wielki Teleskop do Synoptycznych Obserwacji Przeglądowych (LSST), dzięki któremu liczba zaobserwowanych odległych skał kosmicznych w Pasie Kuipera wzrośnie z 2 tysięcy do 40 tysięcy. Z pomocą nowego instrumentu badawczego będzie można prowadzić kolejne obserwacje, które być może pozwolą namierzyć dwie nieznane nam planety.

źródło:

https://www.space.com/37295-possible-planet-10.html

http://tylkoastronomia.pl/wiadomosc/dowody-wskazuja-na-obecnosc-dziesiatej-planety-za-pasem-kuipera

 

Opublikowano Kosmos, Obserwacje Ziemi, planety i komety | 49 komentarzy

Moje pieskie życie

Poniżej zamieszczam moim zdaniem bardzo ciekawy artykuł , który się ukazał na portalu http://www.nautilus.org.pl dotyczący reinkarnacji zwierząt i duszy zwierzat.

Czytelnicy serwisu FN dobrze wiedzą, że piszemy o reinkarnacji jako o czymś oczywistym. Nie ma „żadnych wielu teorii, a to jest jedynie jedna z nich”, gdyż tutaj nie ma żadnej wiary, a jedynie jest wiedza. Wszyscy mamy dusze, które ulegają wędrówce zmieniając ciała i pnąc się coraz wyżej ku doskonałości. Zauważyliśmy, że osoby odwiedzające pokład okrętu Nautilus są w stanie zaakceptować fakt istnienia reinkarnacji, ale mają już kłopot z uznaniem, że dusze zwierząt są w stanie przekroczyć granicę „zwierzę-człowiek” i w kolejnym życiu być człowiekiem. Ale materiał zebrany przez FN nie pozostawia złudzeń – to jest nie tylko możliwe, ale wyraźnie wszyscy mamy gdzieś na początku naszej drogi etap świata minerałów, potem roślin, a potem zwierząt. I wreszcie ludzi.

Historie z naszego Archiwum FN są prawdziwą „Biblioteką o Tajemnicy Wszechrzeczy”, z której można poznać prawdę o duszy, Kreacji i wreszcie wędrówce światła, które wypełnia nasze ciała i sprawia, że mieszanina wody, wapnia, żelaza i kilku ciekawych metali tworzy istotę, która „myśli i czuje”.

Kilkanaście godzin temu dostaliśmy historię, która natychmiast wzbudziła nasze zainteresowanie i została błyskawicznie umieszczona w naszym katalogu o pamięci o przeszłych „zwierzęcych wcieleniach”.

Poniżej ta historia.

From: [dane do wiad. FN]
Sent: Friday, June 30, 2017 7:58 PM
To: nautilus@nautilus.org.pl
Subject: Dzień dobry.

 

Nazywam się [dane do wiad. FN], mam [dane do wiad. FN] lat. Proszę o niepublikowanie moich danych. Dziękuję. Ja także chciałabym podzielić się zdarzeniami z mojego życia… 
Pamiętam dzięki snom moje poprzednie wcielenia, o innych wiem z opowiadania moich Dziadków, którzy twierdzili od zawsze, że mam strasznie wybujałą wyobraźnię. 
Jako pierwsze przeżycie, być może z chwili kiedy się urodziłam, pamiętam jak zapytałam samą siebie: „- Ciekawe, kim teraz jestem? Człowiekiem, czy Zwierzęciem?” 
Kiedy miałam około 3, 4 lat (tak opowiadała Babcia), gdy ktoś przychodził do domu, zaczynałam szczekać… Udawało mi się to tak realistycznie, że ci co nie znali moich Dziadków, prosili aby „zamknąć psa”. W tamtym czasie uwielbiałam wręcz przesiadywać pod stołem, kładłam się próbując zwinąć się w kłębek…Wiedziałam bardzo dużo o zachowaniach psów, a przecież nie mieliśmy żadnych zwierząt, a ja nie potrafiłam czytać. Do dnia dzisiejszego mam wspaniały węch…
W wieku 9 lat, miałam sen o… sobie… Byłam Rottweilerem, suczką. Mieszkałam wysoko w kamienicy; jako obserwatorka siebie wywnioskowałam po małym balkonie z żelazną poręczą. Leżałem na boku, w ciepłym słońcu, czułam obecność moich opiekunów. Przy mnie klęczał jakiś mężczyzna; jako widz, zauważyłam strzykawkę w jego ręce. Kiedy wstrzyknął mi jej zawartość, nagle zalała mnie jasność, ciepło i sen się skończył. Po obudzeniu chciało mi się płakać… Zatęskniłam za moim poprzednim życiem… 

A potem nie chciałam być duża. Dziadek wiele razy mi tłumaczył, że urosnę, ale moja histeria na ten temat, zagłuszała skutecznie prawdę Jego słów. Wiem, że zrywałam się w nocy z krzykiem „nie chcę umrzeć!” 
Jeśli moje zwierzenie brzmi niewiarygodnie, trudno, ja wiem, że byłam Psem w poprzednim życiu… Jestem z tego bardzo dumna, i cieszę się, że mogłam siebie zobaczyć w tamtym ciele. 
Około miesiąca temu znów miałam sen o sobie. Tym razem byłam szkolona na Psa Obronnego. Wydawano mi komendy, atakowałam i puszczałam pozoranta na rozkaz. Nie czułam gniewu w sobie czy nienawiści. Rzucałam się na danego człowieka, bo tak mi kazano. Potem w innej scenie z mojego życia, znalazłam się z kimś, jakimś mężczyzną, do którego byłam bardzo przywiązania, na ciemnej ulicy. Chyba była noc i wiem, że padał deszcz. Dopiero wtedy, widziałam siebie atakującą kogoś bardzo złego w moim odczuciu. Powaliłam go, i tak uratowałam tego, do którego się przyzwyczaiłam. Sen skończył się, jak bawił się ze mną jakąś psią zabawką, w deszczu… Czy uwierzycie mi Szanowni Państwo, że nie chciałam już w ogóle się obudzić? 
O innych wcieleniach nie opowiem teraz, bo mam świadomość, że to, co opisałam o moim poprzednim życiu brzmi jak coś nierealnego. Jakkolwiek to Państwo odbierzecie, tak pamiętam moje pieskie życie. 

 

 

 

Pięknie dziękujemy za tę historię, którą uważamy za bardzo ważną w naszym „śledztwie o sensie życia i zasadach gry stworzonych przez Stwórcę”. Czy wiele osób pamięta swoje wcielenia, kiedy byli zwierzętami? I tak i nie. Bardzo często dziwne zachowania ludzi wobec określonego gatunku zwierząt mogą świadczyć o tym, że kiedyś byli „jednym z nich”. Przykład? Piękna historia o chłopcu, który rozmawiał z ptakami, gdyż prawdopodobnie w poprzednim życiu mógł być jednym z nich… – z naszego Archiwum Wideo FN.

źródło:

https://www.nautilus.org.pl/artykuly,3381,moje-pieskie-zycie.html

 

Opublikowano ., Dusza, Istota Ludzka, świat flory i fauny | 52 komentarze