CRISPR- metoda manipulacji genami

CRISPR (ang. Clustered Regularly Interspaced Short Palindromic Repeats) – system obrony organizmów prokariotycznych (bakterii i archeonów) przed egzogennymi elementami genetycznymi (np. bakteriofagami czy plazmidami). System ten opiera się na przechowywaniu w genomie fragmentów „obcego” (egzogennego) DNA, pozyskiwanego np. w trakcie infekcji wirusowej, aby możliwe było w przyszłości wykrycie takiej sekwencji, czemu towarzyszyć będzie zniszczenie (za sprawą enzymów tnących nić DNA, czyli nukleaz) obcego elementu genetycznego.

System CRISPR jest obecnie wykorzystywany w biotechnologii do celowego modyfikowania genomu w precyzyjnie wybranych miejscach. Następuje to poprzez połączenie systemu CRISPR, potrafiącego wybiórczo wiązać się z ustaloną sekwencją DNA, z endonukleazą Cas9, dokonującą enzymatycznego przecięcia nici DNA w pobliżu tej sekwencji – stąd określenie CRISPR/Cas. W najprostszej postaci metoda ta pozwala na samo przecięcie nici DNA, jednak po połączeniu jej z mechanizmami naprawy DNA możliwe jest wycięcie określonego segmentu DNA i następnie „wklejenie” w to samo miejsce dostarczonej z zewnątrz sekwencji genetycznej[1].

Metoda CRISPR/Cas pełni obecnie ważną rolę w biotechnologii. Ze względu na fakt, że wybór miejsca „cięcia” dokonuje się za sprawą parowania pomiędzy dwiema niciami DNA (a więc stabilność uzyskanego kompleksu jest zapewniana przez parowanie Watsona-Cricka), opracowanie metody modyfikacji genomu w dowolnym wybranym miejscu jest względnie łatwe – zwłaszcza w porównaniu z wcześniejszymi metodami edycji genomu, np. za pomocą nukleaz z motywem palca cynkowego. W tym ostatnim przypadku parowanie pomiędzy nukleazą a nicią DNA dokonuje się za sprawą oddziaływań białko-DNA, co wymaga długotrwałych, żmudnych procedur biotechnologicznych i obliczeniowych.

Względna „łatwość” metody CRISPR/Cas jest jednym z powodów, dla których wywołuje one tak silne kontrowersje etyczne[2].

źródło:

https://pl.wikipedia.org/wiki/CRISPR

Scientists Use CRISPR to Edit Human Embryos

Potencjalne zastosowania terapeutyczne edycji genów systemem CRISPR-Cas9

 
 
 
Autor wpisu

dr n. med. Marzena Wojtaszewska

 

Coraz częściej w fachowej literaturze biotechnologicznej pojawia się enigmatyczny akronim „CRISPR”. Najnowsze doniesienia bardzo entuzjastycznie opisują kolejne zastosowania rewolucyjnej metody edycji DNA, opartej o białko Cas9 i pewne nietypowe sekwencje palindromowe, szerzej znane właśnie jako „CRISPR”. Na czym polega owa metoda i jaki jest potencjał dla medycyny?

Kilka słów o edycji genów

Koncepcja edycji genów jest prawie tak stara, jak reakcja PCR. Celowe wprowadzanie konkretnych zmian sekwencji nukleotydowej służyło początkowo naukom podstawowym – eksperymentowano na hodowlach bakteryjnych przy wykorzystaniu zmienionych ex vivo wektorów plazmidowych i/lub bakteriofagów. Taka forma edycji genów nosiła miano ukierunkowanej mutagenezy (ang. site-directed mutagenesis) i została opisana w 1975 roku [1]. Wprowadzanie zmian było przez dziesięciolecia procesem żmudnym i mało wydajnym. Dynamiczny rozwój technik edycji genów nastąpił w ciągu ostatnich 5 lat, wraz z opracowaniem technologii edycji przy pomocy „talenów” (TALn) [2], a następnie systemu CRISPR.

System CRISPR-Cas9: wydajny i dokładny sposób wprowadzania zmian w sekwencji nukleotydowej

Akronim CRISPR oznacza w wolnym tłumaczeniu “regularnie zgrupowane, oddzielone, krótkie sekwencje palindromowi” (ang. Clustered Regularly Interspaced Short Palindromic Repeats). Rozwinięcie skrótu dobrze opisuje naturę tych fragmentów DNA – zostały one scharakteryzowane u E. coli a następnie u innych bakterii i ze względu na wyjątkową budowę i zakonserwowany charakter zwróciły uwagę badaczy. Ich funkcja okazała się ciekawa i budziła skojarzenia z interferencją RNA u eukariotów- jest to podobnie jak RNAi element „komórkowego układu immunologicznego”. Broni on gospodarza przed obcym, wirusowym materiałem genetycznym, niszcząc go przy współudziale enzymów nukleolitycznych Cas (najbardziej użyteczna dla nauki dla okazała się być nukleaza Cas9).

Najważniejszymi cechami systemu CRISPR-Cas9, które czynią go wyjątkowym narzędziem dla biologii molekularnej, są:

-Programowalność
-Łatwość ich zastosowania in vitro
-Wysoka specyficzność
-Duża wydajność transformacji
-Brak homologii z genami komórek eukariotycznych
-Możliwość zastosowania wielu celów w jednym eksperymencie

„Programowalność” sprawia, że odpowiednio zaprojektowany CRISPR potrafi rozpoznać niemalże dowolny fragment DNA i doprowadzić do jego przecięcia.

Specyficzność sprawia, że bardzo rzadko enzym Cas9 zbacza z trasy i dokonuje niepożądanego cięcia w innym miejscu, niż zadane. Wydajność cięcia jest bardzo wysoka, sięga ponad 70% [3]. CRISPR-Cas9 cechuje minimalizm- oczyszczony enzym Cas9 i pojedyncza cząsteczka syntetycznego RNA są w stanie dokonać cięcia w próbówce. Wprowadzając kilka RNA jednocześnie można wykonać kilka cięć. Brak homologii z komórkami eukariotycznymi eliminuje ryzyko interferencji z natywnymi, podobnymi białkami ssaczego gospodarza.

Od cięcia do edycji genów

Przecięcie DNA to oczywiście dopiero połowa sukcesu. Generowane przez CRISPR dwuniciowe pęknięcia są przez natywne, eukariotyczne systemy naprawy DNA eliminowane, głównie na drodze tzw. „naprawy sterowanej przez homologię”  (ang. homology driven repair, HDR). W komórce diploidalnej nietknięta nić stanowi matrycę do naprawy nici uszkodzonej. Przecięta przez Cas9 nić DNA jest poddawana obróbce enzymatycznej, polegającej na usuwaniu kilku nukleotydów z miejsca cięcia, generowaniu lepkich końców a następnie odbudowie brakującego fragmentu na drodze homologii. Jest jeszcze druga obiecująca możliwość, polegająca na wycinaniu całych egzonów lub jeszcze większych fragmentów genomu- zastosowanie dwóch typów CRISPR naraz, nacelowanych na leżące blisko siebie sekwencje DNA pozwala na całkowite usunięcie obszaru leżącego między nimi i sklejenie nici w mechanizmie niehomologicznego łączenia końców [4].

System CRISPR-Cas9 i inne formy edycji genów jako najbardziej obiecująca forma terapii genowej

Główną trudnością, z którą borykają się badacze terapii genowych, jest transformacja komórek somatycznych, które nie są aktywne replikacyjnie i zwykle nie integrują konstruktów syntetycznych zawierających „lecznicze” sekwencje DNA.

CRISPR jest pod tym względem wyjątkowy, ponieważ bazuje na mechanizmach naprawy DNA, które są aktywne także w komórkach znajdujących się w fazie G0 cyklu komórkowego.

 

System CRISPR-Cas9 to wydajny i dokładny sposób wprowadzania zmian w sekwencji nukleotydowej
Źródło Wikimedia Commons, autor Thomas Splettstoesser, licencja CC BY-SA 3.0

Fakt ten został potwierdzony empirycznie- u myszy z uszkodzonym genem dystrofiny udało się „wyleczyć” 62% komórek mięśniowych, co wystarczyłoby do częściowej regeneracji mięśni i zahamowania procesu chorobowego [5]. Pomysłów na terapeutyczne wykorzystanie systemu CRISPR-Cas9 jest bez liku- począwszy od leczenia wspomnianych defektów w genie dystrofiny (dystrofia mięśniowa Duchenne), poprzez korekcję mutacji prowadzących do dystrofii siatkówki [6], aż po leczenie nowotworów [7]. Terapie te są wciąż w fazie badań podstawowych ze względu na konieczność zastosowania wektora wirusowego w celu dostarczenia do organizmu pacjenta całej „maszynerii” CRISPR-Cas9. Już teraz jednak w domenę medycyny eksperymentalnej wkroczyły modyfikacje (przy pomocy TALenów) komórek pacjenta ex-vivo. W październiku ogłoszono sukces terapii u rocznej dziewczynki, chorej na oporną postać ostrej białaczki limfoblastycznej. Procedura DLI (infuzja limfocytów dawcy) została wykonany w oparciu o zmodyfikowane limfocyty T donora, w których syntezowane były zmienione antygeny, tzw. UCART19, rozpoznające komórki białaczkowe. O ile sam pomysł nie jest nowy, to wykorzystanie edycji genów było nowatorskie i pozwoliło na zwiększenie skuteczności procedury tam, gdzie zawiodły wszelkie inne formy leczenia [7]. Tak szybkie zastosowanie medyczne tej wciąż nowej i raczkującej technologii daje nadzieję na dynamiczny rozwój innych terapii opartych na edycji genów.

źródło:

http://dolinabiotechnologiczna.pl/nowosci/potencjalne-zastosowania-terapeutyczne-edycji-genow-systemem-crispr-cas9/

Opublikowano ., Manipulacje, Przepowiednie | 38 komentarzy

Manipulacje numerologiczne

„Na początku było słowo” – Wszyscy znają zapewne te słowa, przy czym pojęcie słowo nie oznacza prawdopodobnie słowa pisanego, ale słowo mówione. Wszyscy , którzy chociaż trochę zajmują się albo mieli do czynienia z ezoteryką wiedzą o mocy wibracji czy dźwięku i chodzi tu o słowo mówione , a nie pisane. Rytuały magiczne polegają również na wypowiadaniu niektórych słów a nie na ich pisaniu, a jeśli nawet pisaniu to forma pisana zaklęcia znacznie odbiega od formy mówionej i najczęściej jest to znak symboliczny.

Z uwagi na to, kompletnym nieporozumieniem jest stawianie równości między niektórymi znakami diakrytycznymi polskim, a 26 -znakowym  alfabetem łacińskim. Nie może być np. utożsamiane „a” z „ą” czy „ó” z „o”. Prędzej( jeśli chodzi o fonetykę) polską literę „ą” można by było zamienić na  „on” lub „om” w zależności od tego czy „ą” występuje w środku czy na końcu wyrazu.Na pewno też „ó” powinno być zastępowane „u”- w żadnym wypadku „o”. Polską głoskę „sz” z kolei bardzo trudno jest zastąpić literami łacińskimi, najczęściej są to 2 litery sh( jeśli chodzi o j.angielski) w przypadku j.hiszpańskiego sprawa się już komplikuje, gdyż nie ma tam fonetycznej litery „sz” ale jest np. litera ts ( czyli ( s wymawiane tak jakby się je sepleniło) .To samo z głoską „cz” w angielskim czy niemieckim będzie to znak tch lub ch , a po hiszpańsku już nie mam pojęcia jak to napisać, aby Hiszpan wymawiał jakąś zbitkę liter jak nasze „cz”.W związku z powyższym geamatrycznie( w ujęciu „magicznym”) w imieniu Tomasz powinno być nie 6, a 5 liter, gdyż polska głoska „sz” to jeden dźwięk. Bardzo ciekawie w j.hiszpańskim i angielskim brzmiało by polskie imię Jolanta – Hiszpanie wymawiali by je jako „Holanta” a Anglicy jako „Dżolanta” – i gdzie tu numerologia? .

Moim zdaniem trzeba być bardzo ostrożnym jeśli chodzi wykonywanie portretów czy charakterystyk osobowościowych charakterystyk na podstawie tzw kalkulatorów gematrycznych. Można uczynić danym osobom ogromną krzywdę zaliczając je do tzw dzieci czy pradziadków diabła czy diablicy tylko dlatego ,że czyjeś imię można wyliczyć np. jako „677” czy „766” .Przeszukałem dostępną mi literaturę anglojęzyczną w zakresie gematrii i nie znalazłem żadnych „kalkulatorów” liczących imię w podziałach na kategorię „nous’ czyli ducha, „psyche” czyli poziom astralno-emocjonalny i soma ( poziom świadomościowo- fizyczny), jeśli nawet bym znalazł takie „kalkulatory” to zapewne wartość „imion” mogłaby być zupełnie inna Gdyż imię Tomasz w języku angielskim musiało by być napisane Tomash , żeby je wymawiać w Anglii Tomasz.

Kolejna sprawa to tzw cykle wznoszące czy upadające imion .Konia z rzędu temu kto powie dlaczego liczba 1 jest gorsza od 2 czy 1 jest gorsza od 9.Każda z liczb od 1-9 oznacza inną osobowość , ale nie wolno tych osobowości klasyfikować, tak jak nie wolno twierdzić że ok. 95 cykli dla imion żeńskich to albo cykle rozwojowe tzw. stagnacyjne albo opadające- to kolejna bzdura.

Kolejnym nieporozumieniem jest przedkładanie portretu numerologicznego opracowanego na podstawie imienia czy nazwiska nad portret numerologiczny opracowany na podstawie daty urodzenia. Liczby arabskie prawie na całym świcie posiadają takie same znaczenie 1 w Polsce to 1 w Hiszpanii i 1 w Anglii, po prostu język symboli matematycznych jest niezmienny w odróżnieniu od sposobu zapisywania np. imion czy nazwisk.

Litera Nous Psyche Soma
A, Ą 100 1 1
B 101 2 2
C, Ć 102 3 3
D 103 4 4
E 104 5 5
F 105 6 6
G 106 7 7
H 107 8 8
I 108 9 9
J 109 10 1
K 110 11 2
L, Ł 111 12 3
M 112 13 4
N, Ń 113 14 5
O, Ó 114 15 6
P 115 16 7
Q 116 17 8
R 117 18 9
S, Ś 118 19 1
T 119 20 2
U 120 21 3
V 121 22 4
W 122 23 5
X 123 24 6
Y 124 25 7
Z, Ż, Ź 125 26 8

źródło:

http://www.himavanti.org/pl/c/astrologia-i-gematria/gematria-numerologia-liczbowanie

Reasumując zamiana polskich liter ze znakami diakrytycznymi na litery alfabetu łacińskiego zaproponowana w poniższej tabelce nie uwzględnia aspektu fonetycznego brzmienia liter ą, ę, ó, ś, ń, ż, ź, dź, dż, ć, cz, sz, ł  i nie powinna być na pewno stosowana do określenia kogoś mianem diabła czy diablicy czy wnuka/wnuczki pradziadka/prababci diablicy , bo jest to manipulacja a w zasadzie nawet działanie czarnomagiczne. Co gorsze zamiana ta została w ten sposób dokonana jakby to uczynił komputer, czyli w sposób czysto mechaniczny!!

 

Opublikowano ., Duchy, Manipulacje, Matrix, Sztuczna inteligencja (AI) | 108 komentarzy

Pierwsza firma w USA rozpoczęła chipowanie pracowników

Źródło: Internet

Wczoraj chipowano zwierzęta, dziś robią to z ludźmi. Chipowanie zdobywa coraz większą popularność na całym świecie. Korporacje przekonują, że chip jest symbolem wygody i bezpieczeństwa, a dzisiejsze karty bankomatowe można łatwo zgubić, co naraża nas na kradzież pieniędzy z konta. Jednak chipy posiadają o wiele więcej zastosowań.

 

 

Chip pod skórą psa lub kota sprawia, że zagubione zwierzę można bardzo łatwo zidentyfikować i szybko ustalić jego właściciela. Aby zabezpieczyć pupila, właściciel musi również udostępnić swoje dane osobowe. Przekonuje się, że chip wielkości ziarenka ryżu jest bezpieczny i nie stwarza żadnego zagrożenia dla zwierzęcia. Mikroprocesor pozostaje w organizmie do końca życia.

 

Tymczasem różne korporacje zachęcają, aby ludzie również skorzystali z tej technologii i dali się zachipować niczym zwierzę. Najczęściej wspomina się o większym bezpieczeństwie i wygodzie. Chip aplikuje się zwykle w prawej ręce, między kciukiem a palcem wskazującym. Z jego pomocą możemy np. dokonywać płatności w sklepach, ale niektóre firmy polecają swoim pracownikom zachipowanie, aby mogli np. otwierać drzwi lub logować się do komputera.

Źródło: Flickr/Amal Graafstra/CC BY-SA 2.0

Chipowanie ludzi posiada również negatywne strony. Mikroprocesor staje się symbolem kontroli, jaką firmy mogą mieć nad swoimi pracownikami. Choć chip faktycznie uchroniłby nas przed kradzieżą i terrorem to jednocześnie naraziłby nas na terror państwowy. Na dzień dzisiejszy chipowanie nie jest obowiązkowe, lecz gdy spora część populacji ulegnie nowej „modzie” przyjdzie czas, że umieszczenie chipa w prawej ręce lub na czole będzie konieczne, aby np. zrobić zakupy. W świecie bezgotówkowym nieposłusznych obywateli będzie można ukarać właśnie poprzez zablokowanie chipa.

 

Mimo zagrożeń, nowe rozwiązanie jest stopniowo wdrażane przez różne zakłady pracy. Szwedzka firma Epicenter, aby ułatwić pracownikom korzystanie z różnych urządzeń, umieściła w ich organizmach chipy RFID, choć zabieg był całkowicie dobrowolny. Teraz amerykańskie media mówią o pierwszej w Stanach Zjednoczonych firmie, która poszła w tym samym kierunku. Three Square Market z Wisconsin zaoferuje swoim pracownikom chipy, które zwiększą wygodę korzystania z urządzeń w miejscu pracy, a także pozwolą w łatwy sposób zrealizować płatność w sklepie. W tym tygodniu ponad 50 osób zostanie zachipowanych.

 

Połączenie likwidacji gotówki fizycznej i zachipowania ludzi jest zdecydowanie zbyt wielkim zagrożeniem, aby można było przejść obok niego obojętnie. Niestety opór ludzi na świecie jest zbyt mały a zmiany, które niekoniecznie są korzystne dla nas, nadchodzą wielkimi krokami.

źródło:

http://zmianynaziemi.pl/wiadomosc/pierwsza-firma-w-usa-rozpoczela-chipowanie-pracownikow

Opublikowano ., Esperymenty, Manipulacje, robotyka, Sztuczna inteligencja (AI) | 18 komentarzy

Wpis z dziennika pokladowego z Nautilusa, z 13 lipca 2017

#13 lipca 2017 Zderzenie z rozpędzonym pociągiem – wpis w Dzienniku Pokładowym 13 lipca 2017

Jestem z bardzo… małej rodziny. Nie mam rodzeństwa, a to oznacza, że wszelkie „zawirowania naszej trójki” rozkładają się na bardzo małą ilość osób i każdy wstrząs jednego z elementów takiego układu oznacza dramatyczne konsekwencje dla pozostałej dwójki. Muszę Państwu opisać chyba jeden z najbardziej dramatycznych dni w moim życiu, czyli 25 maja b.r., kiedy mój ojciec przeżył zatrzymanie akcji serca i został cudem (brakowało dosłownie 2-3 minut!) przywrócony do żywych przez Pogotowie Ratunkowe. Piszę o tym w „Dzienniku Pokładowym”, gdyż są tam dwa wątki absolutnie związane z tematyką, którą zajmujemy się na pokładzie okrętu Nautilus.

Zacznę od tego, że od dłuższego czasu bardzo bałem się poranków i telefonów od mamy. Przeczuwałem w zupełnie irracjonalny, niezrozumiały sposób, że taki moment przyjdzie i będzie wcześnie rano telefon, który będzie miał bardzo dramatyczny wymiar. Chodź trudno w to uwierzyć, ale ja nawet znałem treść tego, co usłyszę wtedy w słuchawce telefonu. Kiedy 25 maja o godzinie 6.30 moja Mama zadzwoniła do mnie i wręcz wykrzyczała krótką prośbę o to, abym „natychmiast (!) jechał do domu, bo ojciec…” ja od wielu tygodni znałem treść tego, co usłyszałem. Uwierzycie w to? Ale to i tak jeszcze nic.

Był wieczór 24 maja. Za kilka godzin mój ojciec stoczy najważniejszą walkę w swoim życiu o to, aby nadal pozostać na naszym świecie, a nie przejść do świata „światła”. Pamiętam, że wróciłem do domu późno po bardzo ciężkim dniu w pracy i praktycznie natychmiast położyłem się spać. I nagle przyśnił mi się niesłychanie realistyczny sen, którego realizm przebił wszystko co śniło mi się do tej pory. We śnie byłem razem z moimi rodzicami w pokoju, który miał ściany, ale przezroczyste. Widziałem przez nie dokładnie to, jak z jednej strony zbliża się do nas jakaś jasna postać. Pamiętam dokładnie, jak wyglądała: była białą smugą, bez głowy czy widocznych rąk czy nóg, ale właśnie takim „smugowatym stworem”. Wiedziałem, że jest to zło, które chce wyrządzić krzywdę mojej rodzinie. Próbowałem ją odgonić, ale ta tajemnicza „biała smuga” była niesłychanie uparta i docierała do naszego pokoju to z jednej, to z drugiej strony. Moja walka z nią była mordercza, trwała bardzo długo, aż wreszcie udało mi się skrzyżować ręce i wypowiadając stanowcze słowa przegoniłem ją. Biała postać znikła, a ja obudziłem się zlany potem. Była godzina 3.00 w nocy, a trzy godziny później zaczął się dramat z sercem mojego ojca. Czy to może być przypadek? Może, ale… proszę wybaczyć – jestem absolutnie pewien, że nie był to przypadkowy sen.

Cała historia zakończyła się szczęśliwie. Mój Tato dostał rozrusznik serca, dochodzi do zdrowia i czuje się coraz lepiej. Ja przez ostatnie dwa miesiące miałem przez to potworne wydarzenie świat lekko postawiony na głowie, gdyż musiałem być więcej z Mamą… długo by mówić – na pewno Państwo wiecie, co oznacza taka sytuacja i jakie ma konsekwencje dla całej rodziny. Zwłaszcza tak małej, jak moja. Tym razem w ostatniej chwili udało nam się uskoczyć przed rozpędzonym pociągiem…

Powiem Państwu szczerze: tego dnia rano po przyjeździe do domu moich rodziców widziałem straszne rzeczy… Najpierw przez prawie kwadrans na moich oczach były podejmowane desperackie próby ponownego uruchomienia serca mojego ojca, a następnie znosiłem go nieprzytomnego w ratowniczym kocu (razem z dwójką ratowników) do karetki pogotowia. Coś tego dnia we mnie pękło, coś się skończyło. Wiedziałem wcześniej oczywiście, że wszyscy jesteśmy istotami śmiertelnymi fizycznie (bo nasza dusza jest nieśmiertelna), ale to wszystko wydawało się szczęśliwie nie dotyczyć jeszcze moich najbliższych. Od dwóch miesięcy wiem, że jest inaczej. Nic już nie jest takie samo, jak było wcześniej. Ja też jestem także innym człowiekiem. Czy lepszym? Myślę, że na pewno.

To moje zawirowanie rodzinne wpłynęło w oczywisty sposób na działanie okrętu Nautilus, gdyż musiałem na wiele tygodni zostawić pokład i zająć się zwłaszcza przerażoną Mamą, której nagle zaczął się zawalać na głowę cały świat. A musicie Państwo wiedzieć, że moi rodzice są cudownym dowodem na to, że pomysł spędzenia życia „we dwoje” jest boskim, cudownym pomysłem. Gdyby wszyscy ludzie na Ziemi byli wobec siebie tak jak są moi rodzice, to z pewnością świat byłby znacznie lepszy niż ten obecnie… ale to taka mała uwaga „na marginesie”.

Na koniec tego wpisu w „Dzienniku Pokładowym” chcę się podzielić pewnym moim przemyśleniem dotyczącym starzenia się i upływu czasu. Od wielu lat fascynują mnie wysokie góry i losy ludzi, którzy się na nie wspinają. Jestem jak najbardziej przeciwny narażaniu własnego życia i zdobywaniu z próżności „kolejnych szczytów”, ale jednocześnie porusza mnie to, co spotyka ludzi powyżej ośmiu tysięcy metrów. Nigdzie indziej życie i śmierć nie chodzą ze sobą tak bardzo w parze, a ludzie mogą obserwować siebie i innych w sytuacjach ostatecznych, krańcowych. Znam bardzo dobrze (praktycznie na pamięć) przebieg wszystkich najważniejszych wypraw w wysokie Himalaje i ostatnio kilka epizodów ze „zdobywania ośmiotysięczników” dołączyłem nawet do naszych prezentacji o tzw. polskich zjawiskach niewyjaśnionych.

Narasta we mnie przemożne uczucie, że ludzkie życie przypomina wspinanie się w góry, a każdy kolejny „tysiąc metrów” jest niczym pokonywanie kolejnych dziesiątek lat naszego życia.Życie do 30 roku życia jest bardzo podobne do wchodzenia na góry do 3 tysięcy metrów. Nie ma żadnych problemów, na szczyt może wejść praktycznie każdy, nawet wjechać górską kolejką. Dochodzimy do kolejnej bariery, czyli czterdziestu lat w życiu człowieka, którą ja bym przyrównał do zdobywania górskich szczytów o wysokości czterech tysięcy metrów. Tu także jest wejść dosyć prosto, ale coraz częściej słychać o tym, że ktoś „odpadł od ściany”. Niby granica czterech tysięcy metrów jest bezpieczna dla wspinaczy, ale są odcinki, na których może zdarzyć się prosty błąd…

I tak dochodzimy do 50 lat, czyli przekraczania w wysokich górach pięciu tysięcy metrów. Tu jeszcze daleko do „ciągłego zagrożenia życia”, ale powyżej takiej wysokości grozi nam wiele niebezpieczeństw, które na niższych wysokościach nie istnieją. Trzeba obserwować własny organizm, czy przypadkiem dobrze znosi lekko rozrzedzone powietrze. Należy pamiętać o przyzwyczajaniu się do takiej wysokości… To wszystko zmienia się z granicą sześciu tysięcy metrów, kiedy to żarty się kończą i choć nadal oddycha się „przyjemnie i łatwo”, to gdzieś z tyłu głowy musimy mieć myśl, że w każdej chwili możemy rozpocząć „walkę o życie” z powodu zaburzeń naszego organizmu. Większość jednak tę barierę przechodzi bez problemów.

Zupełnie inna sytuacja jest powyżej siedmiu tysięcy metrów, czyli w tym moim porównaniu do ludzkiego wieku po przekroczeniu siedemdziesiątego roku życia. Wtedy widać wyraźnie, że wielu wspinaczy idących obok nas zostało gdzieś z tyłu na ścianach, coraz większa część odpadła od ścian. Świadomość niebezpieczeństwa i zagrożenia życia narasta z pokonaniem każdej kolejnej „setki” w wysokości, ale prawdziwe szaleństwo zaczyna się powyżej ośmiu tysięcy metrów. Nieprzypadkowo nazywa się tereny powyżej ośmiu tysięcy „strefą śmierci”.

Przebywanie tam grozi śmiercią ze stu tysięcy powodów. Brak wystarczającej ilości tlenu w powietrzu, trudności z oddychaniem, brak siły na pokonywanie nawet prostej grani czy uskoku. Każda czynność wykonywana powyżej ośmiu tysięcy metrów wymaga potwornego wysiłku, czego kompletnie nie rozumieją ludzie beztrosko „biegający” po dwu czy trzy-tysięcznikach. Powyżej granicy 8500 metrów bez butli tlenowych mogą przebywać już tylko jednostki…

Ludzkie życie systematycznie się wydłuża, ale nadal zdobywanie „kolejnych, wysokich szczytów” jest równie trudne jak było przed wiekami. Pomaga nam technologia (i w górach i w życiu), ale mimo wszystko jest ogromne ryzyko przypadkowego błędu, który może zakończyć naszą wspinaczkę. I najgorsze jest to, że wobec potęgi gór, a także ludzkiego przeznaczenia –  człowiek jest całkowicie bezradny.

 https://www.nautilus.org.pl/dziennik.html?year=2014&month=2&startFrom=0&i=1
Opublikowano ., Dusza, Istota Ludzka, Rozwój duchowy, Świadomość | 31 komentarzy

Czy sztuczna inteligencja może przewidzieć czyjąś śmierć?

Źródło: pixabay.com

Naukowcy wkładają obecnie dużo pracy w takie udoskonalenie sztucznej inteligencji, maszyn oraz komputerów, by były one w stanie przewidywać ludzką śmierć. Ma to mieć zastosowanie przede wszystkim w przypadku chorób przewlekłych.

 

W najnowszych badaniach komputer potrafił przewidzieć, który z pacjentów umrze w ciągu pięciu lat z dokładnością do 69 %, czyli mniej więcej tyle samo, co jest w stanie przewidzieć lekarz. Obecnie większość badań nad chorobami przewlekłymi i długowiecznością wymaga długich okresów obserwacji, które dopiero mogą ujawnić różnice między pacjentami leczonymi na różne sposoby.

 

Wcześniejsze przewidzenie zmian nie tylko szybciej zidentyfikowałoby chorobę, ale również umożliwiłoby szybszą i skuteczniejszą interwencję. Może to prowadzić między innymi do tańszego leczenia. W styczniu naukowcy z Imperial College w Londynie opublikowali wyniki, które wykazały, że sztuczna inteligencja może przewidzieć niewydolność serca i śmierć lepiej od ludzkiego lekarza. Stworzono 250 wirtualnych, trójwymiarowych serc pacjentów, następnie algorytmy rozpoczęły badania. Ostatecznie okazało się, że maszyna była szybsza i bardziej dokładna w określaniu ryzyka zgonu, wykazując około 73 % dokładności.

Uważa się, że zawsze istnieje górna granica dokładności tego typu przewidywań, ponieważ zawsze będzie występował element przypadkowy. Nie zmienia to jednak faktu, że rokowania mogą być jeszcze dokładniejsze, a maksymalna dokładność może wynosić do 80 %. Wymaga to wyjątkowego zestawu danych informujących o stanie zdrowia pacjenta. Gdy zbierze się ich wystarczająco dużo, maszyna będzie w stanie dokładnie przewidzieć prawdopodobieństwo śmierci danej osoby w określonym czasie.

 

Całe te rozważania dały początek pytaniu: czy naprawdę chcemy wiedzieć, kiedy umrzemy? Według jednej z prac naukowych niedawno opublikowanej w Psychology Review, 9 na 10 osób ankietowanych w Niemczech oraz Hiszpanii nie chce wiedzieć. Oczywiście inaczej musi to wyglądać w przypadku ludzi żyjących ze śmiertelną chorobą.

zrodlo:

http://zmianynaziemi.pl/wiadomosc/czy-sztuczna-inteligencja-moze-przewidziec-czyjas-smierc

Opublikowano ., OSTRZEŻENIE, Sztuczna inteligencja (AI) | 17 komentarzy

Pluton emituje ogromne ilości promieniowania rentgenowskiego

Źródło: NASA

Naukowcy odkryli, że Pluton emituje ogromne ilości promieniowania rentgenowskiego. Eksperci obecnie nie są w stanie wyjaśnić tego zjawiska na podstawie danych, które posiadają.

 

 

Pluton został zaliczony do grona planet karłowatych, podobnie jak inne planety z Pasa Kuipera, który znajduje się za orbitą Neptuna. Jednakże, planeta nie przestała przyciągać zainteresowania specjalistów, a dane zebrane przez sondę New Horizons, przelatującej niedaleko Plutona w 2015 roku, przyniosły jeszcze więcej zagadek. Niedawno amerykańscy astronomowie odkryli, że planeta ta emituje bardzo wysokie dawki promieniowania rentgenowskiego.

Wiele ciał niebieskich w Układzie Słonecznym generuje promieniowanie rentgenowskie. Fale te powstają z interakcji wiatrów słonecznych z atmosferą planet, która w dużej mierze składa się z azotu i argonu. Promieniowanie rentgenowskie występuje na Wenus i na Marsie oraz wielu innych ciałach niebieskich, np. kometach. Sonda New Horizons pokazała, że delikatna atmosfera na Plutonie jest bardzo zmienna. Przez 248 lat, podczas których Pluton wykonał pełny obrót wokół Słońca po swojej wydłużonej orbicie, jego odległość od gwiazdy zwiększyła się niemal dwukrotnie. Niewielka ilość promieniowania rentgenowskiego dosięgającego Plutona jest również zmienna i powoduje częściowe zamarzanie oraz sublimację azotu i metanu w atmosferze.

 

Perygeum, czyli najbliższy punkt na orbicie od Słońca, wynosi około 4,4 biliona kilometrów. Pluton osiągnął ten punkt ostatnio we wrześniu 1989 roku. W 2015 roku, kiedy sonda New Horizons przelatywała obok planety, a na Plutonie trwało lato, w atmosferze zarejestrowano azot, metan i dwutlenek węgla. Następnie teleskop kosmiczny Chandra poszukiwał na planecie promieni rentgenowskich, które mogły tam występować w tym czasie. Wszystko jednak okazało się być nieco bardziej skomplikowane.

Promienie rentgenowskie, które zostały zarejestrowane przez teleskop, były o wiele mocniejsze niż się spodziewano. Niewielkie cała niebieskie Układu Słonecznego, które są blisko Słońca, mogą być tak mocno napromieniowane, lecz taki poziom promieniowania rentgenowskiego na Plutonie jest niewytłumaczalny i jego pochodzenie pozostaje zagadką.

 

Autorzy artykułu wysunęli śmiałą hipotezę o możliwości istnienia pewnych mechanizmów, które skupiają wiatr słoneczny, który wzmacnia promieniowanie w atmosferze Plutona. Jednakże, naukowcy nie mają jednoznacznej odpowiedzi na to, co powoduje takie zjawisko.

zrodlo:

http://zmianynaziemi.pl/wiadomosc/pluton-emituje-ogromne-ilosci-promieniowania-rentgenowskiego

 

Opublikowano Kosmos, planety i komety, UFO cywilizacje pozaziemskie | 16 komentarzy

Cyfrowy kod Biblii

Źródło: youtube.com

Wiarę chrześcijańską wyznaje jedna trzecia ludności świata, ale istnieje również znaczna liczba ateistów. Wiele z nich szuka jasnych, niemitycznych dowodów na istnienie Wszechmogącego. Jest wielu ludzi, którzy wierzą, że Księga Ksiąg jest tylko zbiorem starożytnych mitów i metafor, które przetrwały wieki. Czy tak jest naprawdę?

 

 

 

Za wybitnego eksperta w studiowaniu Biblii uchodził rosyjski matematyk Iwan Nikołajewicz Panin (1855-1942), który dużo czasu skupiał na matematycznej analizie tekstu Pisma. Panin urodził się w Rosji, ale w wieku 19 lat został wydalony z tego kraju za udział w działaniach rewolucyjnych. Ukończył studia na Wydziale Matematyki Uniwersytetu w Berlinie, a następnie kontynuował studia na Harvardzie.

 

Był znany jako zagorzały agnostyk, ale poprzez określenie pewnej matematycznej (numerycznej), regularności w tekście Pisma, zaniedbał karierę i osiadł z żoną w małej kanadyjskiej farmie, gdzie ponad pięćdziesiąt lat codziennej pracy ciągle doskonalił swoje teorie.

 

Punkt widzenia Ivana Papina opiera się na tym, że oryginalnym językiem Starego Testamentu był starohebrajski, a Nowego Testamentu grecki. W każdym słowie i w każdej literze, zdaniem Papkina, w niewytłumaczalny sposób zakodowany jest, podobnie jak we wszechświecie, obraz cyfry 7. Jest to jedna z tzw. liczb pierwszych (nie jest podzielna przez dowolną liczbę całkowitą inną niż pierwsza).

 

Tak więc, jak się okazuje, nie jest to prosta liczba pierwsza, a rodzaj dźwigni wszechświata, podstawa wszelkiego bytu. Istniej nawet szereg powiedzeń i przysłów z nią związanych, tj. „siódme niebo”, „siedem cudów świata”, „za siedmioma górami, za siedmioma rzekami…”, „od siedmiu boleści”, „ocet siedmiu złodziei” itd. Wszystko to jest o wiele bardziej dokładne, bardziej złożone i niezachwiane.

 

Przypomnijmy, na przykład, że miesiąc księżycowy wynosi 28 dni (7 x 4), białe światło słoneczne składa się z 7 kolorów, muzyka oktawy z 7 pełnych tonów. Ciąża u kobiety trwa 280 dni (7 x 40). To samo obserwujemy u zwierząt i ptaków, np. u myszy – 21 dni (7 x 3), u królików i szczurów – 28 dni (7 x 4), u kotów – 56 dni (7 x 8), u psów – 63 dni (7 x 9), u lwów – 98 dni (7 x 14), u owiec – 147 dni (7 x 21), u kur – 21 dni (7 x 3), u kaczek – 28 dni (7 x 4), itd.

 

W każdym razie, eksperci wiedzą – człowiek po pierwszym czytaniu tekstu zwykle zapamiętuje siedem koncepcji. Warto podkreślić fakt, że było siedem cudów świata, a kruk jest w stanie dokonać prostych działań arytmetycznych do liczby 7. Wszystkie te i wiele innych faktów wskazuje na istnienie jakiegoś kodu, który może być kluczem do odkrycia tajemnic Stwórcy Wszechświata. Teorie Panina spotkały się z falą krytyki, ale mają one również swoich zwolenników, takich jak Wiktor Iosifowicz Wejnik i amerykański kaznodzieja Chuck Missler.

 

Pierwsza fraza Starego Testamentu „Bóg stworzył niebo i ziemię” to 7 hebrajskich słów, składających się z 28 liter (7 x 4). Podobne szyfry liczbowe odnajdujemy w pozostałych wierszach, a także w całym tekście Biblii. O dziwo, ta zasada nie jest naruszone w dowolnym miejscu – wszystko jest wielokrotnością liczby 7!

 

W dawnych czasach, Żydzi i Grecy liczbami wyrażali swoje alfabety. Niewiarygodne, ale zastąpienie tych numerów w przestrzeni, odpowiadającym literom tekstu biblijnego, prowadzi do tych samych rezultatów. Na przykład, jeśli litery trzech głównych rzeczowników pierwszego zdania Starego Testamentu (Bóg, niebo, ziemia) zastąpimy numerami, otrzymamy wynik 777 (7 x 111). Hebrajski czasownik „stworzył” ma całkowitą wartość liczbową 203 (7 x 29).

 

Może się to wydawać niewiarygodne, ale zdanie opatrzone jest trzema siódemkami, jak magiczne słowo Jezus, składające się z trzech ósemek 888. Z kolei trzy szóstki 666 zarezerwowane są dla Bestii i Antychrysta (jeśli greckie słowo „bestia” zastąpimy hebrajskimi literami).

 

Panin był w stanie zidentyfikować wzorce łańcuchowo-numeryczne, analizując Pismo i łącząc cały tekst razem. Wyniki badań doprowadziły do jednoznacznego wniosku, że struktura znaleziona w oryginalnym tekście biblijnym w postaci funkcji numerycznej nie mogła powstać przez przypadek. Prawdopodobieństwo to wynosi zero, czyli wszystkie wykryte wzorce są efektem czyjejś intencji …

 

Obecne są one w kanonicznej Biblii, składającej się z 66 ksiąg – 39 ksiąg Starego Testamentu i 27 ksiąg Nowego Testamentu. Wiadomo, że Biblię pisano 1600 lat z przerwą, trwająca 400 lat przed Nowym Testamentem. Dzieło ma rozmaitych autorów, żyjących w różnych czasach.

 

A najbardziej zadziwiające jest to, że jeśli dodać lub usunąć z Biblii nawet jedno słowo lub jedną literę, lub zmienić kolejność słów, to cała struktura kodu zostanie naruszona. Twórca systemu, opartego na greckim i hebrajskim alfabecie, musiał przewidzieć w swoim planie wykształcenie, wiek i inne indywidualne cechy każdego artysty na przestrzeni dziejów, a jest to niewątpliwie nieskończenie skomplikowane. Wszechmogący chroni swoje Pismo od wszelkich błędów, zmian, uzupełnień i cięć. Można więc śmiało stwierdzić, że prawa autorskie Boga są zastrzeżone.

źródło:

http://innemedium.pl/wiadomosc/cyfrowy-kod-biblii

Opublikowano Fraktale, Kody, Matrix | 173 komentarze