Olbrzymia plama 2192 na Słońcu, prawie na wprost Ziemi

W każdej chwili może nastąpić rozbłysk słoneczny klasy co najmniej X10, a może nawet jeszcze silniejszy. Średnica tej plamy jest prawie równa średnicy Jowisza czyli 125000 km a średnica Jowisza to 143000 km. Dorównuje już swoją średnicą największym plamom słonecznym z marca 2001 roku i listopada 2003 roku, kiedy nastąpiły rozbłyski klasy X20 i X28 . Gdyby długotrwały rozbłysk podobnej klasy nastąpił w najbliższych trzech-pięciu dniach, powstałaby z wielkim prawdopodobieństwem silna burza magnetyczna. Być może moglibyśmy oglądać piękna zorzę, nawet na naszej szerokości geograficznej .Niestety zjawisku powstania zorzy z dużym prawdopodobieństwem będzie towarzyszyć zjawisko zakłócenie łączności komórkowej czy satelitarnej. W skrajnej sytuacji, przy długotrwałym impulsie indukcji elektromagnetycznej o polaryzacji południowej mogą nastąpić silne przepięcia w sieci elektromagnetycznej, mogące spowodować tzw. blackout ( zanik napięcia) podobny do zdarzenia w Kanadzie w marcu 1989 roku
Olbrzym_2192

Opublikowano Człowiek, Obserwacje Słońca, OSTRZEŻENIE | 7 komentarzy

Niezwykłe spotkanie Joganandy z katolicką mistyczką Teresą Neumann

Nie wiedziałem, że takie niezwykłe spotkanie miało miejsce. Jest ono bardzo często wymieniane przy okazji omawiania kontaktów międzyreligijnych.Te dwie święte osoby porozumiewały się między sobą niemal bez słów.Choć religijnie bardzo różni, to duchowo bardzo sobie bliscy.Poniżej kolejny cytat z „Autobiografii Jogina”.

- Wracaj do Indii. Czekałem cierpliwie na ciebie przez piętnaście lat. Niedługo opuszczę ciało i popłynę ku Świetlistemu Brzegowi. Przybywaj, Yoganando!
Głos Sri Jukteswara zabrzmiał wstrząsająco w wewnętrznym mym uchu podczas medytacji, którą odbywałem w mej siedzibie na Górze Waszyngtona. Przebywszy w mgnieniu oka dziesięć tysięcy mil, słowa te przeniknęły mnie jak blask błyskawicy.
Piętnaście lat! Tak, uświadomiłem sobie, teraz jest rok 1935; spędziłem w Ameryce piętnaście lat szerząc nauki swego guru. Teraz mistrz mnie odwołuje.
Wkrótce potem opisałem to wydarzenie memu drogiemu przyjacielowi Jamesowi Lynnowi. Dzięki codziennemu stosowaniu krija-jogi jego duchowy rozwój był tak znaczny, że często nazywałem go „świętym Lynnem”. W nim i w wielu innych ludziach na Zachodzie widzę z radością spełnienie się przepowiedni Babadżi, że Zachód wyda również świętych, którzy z pomocą odwiecznej ścieżki jogi osiągną prawdziwe urzeczywistnienie Boga w sobie.
Mr. Lynn ofiarował się szlachetnie pokryć koszta mej podróży, po rozwiązaniu w ten sposób sprawy finansowej poczyniłem przygotowania do podróży przez Europę do Indii. W marcu 1935 r. zarejestrowałem zgodnie z prawem Stanu Kalifornia Towarzystwo Urzeczywistniania Jaźni (Self Realization Fellowship – SRF) jako korporację nie związaną z żadną sektą i nie obliczoną na zysk, a mającą trwale istnieć. Towarzystwu podarowałem wszystko co w Ameryce posiadałem, włącznie z prawami autorskimi do napisanych przeze mnie książek. Utrzymuje się ono ze sprzedaży moich pism oraz, jak większość innych wychowawczych i religijnych instytucji, z darów swych członków i publiczności.
„Wracam do Indii”, rzekłem mym uczniom. „Nigdy nie zapomnę Ameryki”.
Na pożegnalnym bankiecie, urządzonym na moją cześć w L°s Angeles przez mych przyjaciół, spoglądałem długo w ich twarze i myślałem z wdzięcznością: „Panie, kto pamięta, że Ty jesteś Jedynym Dawcą wszystkiego, ten nigdy nie zazna braku słodyczy przyjaźni ludzkiej”.
Wypłynąłem z Nowego Jorku 9 czerwca 1935 r. statkiem „Europa”. Towarzyszyło mi dwóch uczniów; mój sekretarz C. Richard Wright i starsza pani z Cincinnati, miss Ettie Bletsch. Na oceanie zażywaliśmy dni spokoju, które stanowiły przyjemny kontrast do poprzednich pełnych pośpiechu tygodni. Okres naszych wywczasów był jednak krótki; szybkość nowoczesnych statków morskich ma też pewne ujemne strony!
Jak każda inna grupa ciekawskich turystów i my także zwiedzaliśmy ogromne i stare miasto Londyn. Następnego dnia zostałem zaproszony do wygłoszenia przemówienia na wielkim zebraniu w Cax-ton Hali, na którym przedstawiony zostałem londyńskim słuchaczom przez Sir Harry Lauder’a w jego szkockiej posiadłości. Niebawem przeprawiliśmy się przez Kanał na kontynent, ponieważ pragnąłem odbyć specjalną pielgrzymkę do Bawarii. Czułem, że jest to jedyna sposobność do odwiedzenia wielkiej katolickiej mistyczki Teresy Neumann z Konnersreuth.
Przed laty czytałem o Teresie zdumiewające sprawozdanie. Informacje w czytanym przeze mnie artykule były następujące:
(1) Teresa, urodzona w 1898 r., padła ofiarą wypadku mając lat dwadzieścia, w wypadku straciła wzrok i została sparaliżowana.
(2) W 1923 r. odzyskała cudownie wzrok dzięki modlitwom do św. Teresy „Mały Kwiat”. Później zostały uzdrowione także inne członki Teresy Neumann.
(3) Od 1923 r. Teresa Neumann powstrzymuje się całkowicie od jedzenia i picia, z wyjątkiem konsekrowanego opłatka podczas codziennej komunii.
(4) W 1926 r. pojawiły się na jej głowie, piersi, rękach i stopach stygmaty czyli rany Chrystusa, gdyż przeżywała w swym ciele wszystkie jego cierpienia.
(5) Znając normalnie tylko codzienny język niemiecki swej wsi, Teresa podczas swych piątkowych transów wypowiada zdania, które uczeni zidentyfikowali jako starożytne aramejskie. W niektórych momentach swych wizji mówi także po hebrajsku i grecku.
(6) Za zezwoleniem władz kościelnych Teresa pozostawała kilka razy pod ścisłą naukową obserwacją. Dr. Fritz Gerlich, wydawca Protestanckiego czasopisma niemieckiego, przybył do Konnersreuth, aby „zdemaskować katolickie oszustwo”, jednakże skończyło się na tym, że napisał ze czcią biografię Teresy.
Jak zawsze, na Wschodzie czy Zachodzie, gorąco pragnąłem poznać świętych. Toteż cieszyłem się, gdy 16 lipca nasze małe grono przybyło do niezwykłej wsi Konnersreuth. Wieśniacy bawarscy okazali żywe zainteresowanie naszym samochodem (przywiezionym z nami z Ameryki), jak i osobliwie dobraną grupą jego pasażerów: młody Amerykanin, starsza pani i Hindus o oliwkowej cerze i długich włosach podgarniętych pod kołnierz płaszcza.
Teresa_Nemann_Jogananda
TERESA NEUMANN, C. RICHARD WRIGHT i SRI YOGANANDA
Mały dom Teresy, czysty i zgrabny, z kwitnącymi pelargoniami przy prymitywnej studni, był niestety zamknięty na głucho. Ani sąsiedzi, ani przechodzący listonosz wiejski nie potrafili nam udzielić informacji. Zaczął padać deszcz; towarzysze moi namawiali mnie do odjazdu.
– Nie – rzekłem z uporem – pozostanę tu, dopóki nie znajdę jakiegoś śladu Teresy.
Kiedy po dwóch godzinach siedzieliśmy jeszcze w samochodzie wśród posępnego deszczu, westchnąłem skarżąc się: – Panie – dlaczego przyprowadziłeś mnie tutaj, jeśli jej nie ma?
Koło nas zatrzymał się jakiś mówiący po angielsku człowiek, który ofiarował nam swą pomoc.
– Nie wiem dokładnie, gdzie jest teraz Teresa – rzekł – lecz wiem, że często udaje się z wizytą do domu profesora Franca Wutza, nauczyciela języków obcych na uniwersytecie w Eichstatt, osiem mil stąd.
Nazajutrz rano gromadka nasza pojechała do cichego miasta Eichstatt. Dr. Wutz powitał nas serdecznie w swym domu. – Tak, Teresa jest tutaj: – Zawiadomił ją o gościach. Niebawem posłaniec wrócił z jej odpowiedzią.
– Chociaż biskup prosił mnie, abym nikogo nie przyjmowała bez jego zgody, to przyjmę człowieka bożego z Indii.
Głęboko wzruszony jej słowami poszedłem za doktorem Wutzem na piętro do salonu. Teresa weszła natychmiast, promieniejąc aurą pokoju i radości. Ubrana była w czarną suknię i miała na głowie „nienagannie białe nakrycie. Chociaż miała wówczas trzydzieści siedem lat, wyglądała na znacznie młodszą; posiadała prawdziwie dziecięcą świeżość i czar. Zdrowa, dobrze zbudowana, o rumianych policzkach Tpogodna – oto święta – która nie je!
Teresa powitała mnie bardzo uprzejmym podaniem ręki. Uśmiechnęliśmy się promiennie w milczącym zjednoczeniu, poznając, że każde z nas jest miłośnikiem Boga.
Dr Wutz ofiarował się uprzejmie służyć za tłumacza. Gdy usiedliśmy, zauważyłem, że Teresa patrzy na mnie z naiwną ciekawością – widocznie Hindus należy w Bawarii do rzadkości.
– Czy pani nic nie je? – Pragnąłem usłyszeć odpowiedź z jej własnych ust.
– Nic oprócz Hostii o godzinie szóstej rano każdego dnia.
– Jak duża jest Hostia?
– Jest cienka jak papier i nie większa od małej monety. Dodała: – Przyjmuję ją jako sakrament, jeśli nie jest konsekrowana, nie potrafię połknąć.
– Chyba nie mogła pani żyć tylko tym przez dwanaście lat?
– Żyję światłem Boga.
Jakże prosta była jej odpowiedź! – Einsteinowska!
– Widzę, że pragnie pani powiedzieć, iż energia spływa do ciała pani z eteru, słońca i powietrza.
Przelotny uśmiech pojawił się na jej twarzy. – Bardzo jestem szczęśliwa widząc, że pan rozumie, w jaki sposób żyję.
– Święta pani; życie jest codziennym potwierdzeniem prawdy wypowiedzianej przez Chrystusa: „Nie samym chlebem żyje człowiek, ile wszelkim słowem, które pochodzi z ust Bożych” (Mateusz 4:4) Bateria ciała ludzkiego odnawia się z pomocą nie tylko ciężkiego pokarmu (chleba), ale i wibracyjnej kosmicznej energii (słowo lub Aum). Niewidzialna moc spływa do ciała ludzkiego przez rdzeń przedłużony (medulla oblongata). Ten szósty centr ciała znajduje się w tyle karku na szczycie pięciu czakramów (w sanskrycie „koła” lub ;centra promieniującej siły kręgosłupa). Rdzeń przedłużony jest głównym wejściem, przez który uzupełnia się w ciele zasób powszechnej siły życiowej (Aum) i łączy się bezpośrednio z ludzką siłą woli, skupioną w kutastha (siódmym centrze) czyli centrze Chrystusowej świadomości w trzecim oku pomiędzy brwiami. Energia kosmiczna jest wtedy zgromadzona w mózgu jako rezerwuar nieskończonych możliwości, wspominanych w Wedach jako „tysiącpłatkowy lotos światła”. Biblia chrześcijańska mówi o Aum jako o „Duchu Świętym”, czyli niewidzialnej sile życiowej, która w sposób boski podtrzymuje wszelkie stworzenie. – „Azaliż nie wiecie, iż ciało wasze jest kościołem Ducha Świętego, który w was jest, którego macie od Boga, a nie jesteście sami swoi?” (I. Korynt. 6:19).
Teresa ponownie ucieszyła się z mego objaśnienia: – Tak właśnie jest. Jednym z powodów, dla których jestem obecnie na Ziemi, jest danie świadectwa, że człowiek może żyć niewidzialnym światłem Boga, a nie tylko pożywieniem.
– Czy może pani uczyć innych, w jaki sposób można żyć bez pokarmów?
Była tym trochę zaskoczona. – Nie mogę tego czynić. Bóg tego nie chce.
Gdy wzrok mój padł na jej mocne zgrabne dłonie, Teresa pokazała mi kwadratową, świeżo zagojoną ranę na odwrocie każdej dłoni. Na obu dłoniach pokazała mi mniejsze świeżo zagojone ranki w kształcie półksiężyca. Każda rana przechodziła na wskroś przez dłoń. Widok ten przypomniał mi wyraźnie wielkie kwadratowe żelazne gwoździe zaostrzone półkoliście, dotychczas używane na Wschodzie, lecz których nigdy nie widziałem na Zachodzie.
Święta opowiedziała mi nieco o swych cotygodniowych transach. Jako bezsilny widz obserwuje całą mękę Chrystusa. Co tydzień, od północy we czwartek do godziny pierwszej po południu w piątek, rany jej otwierają się i krwawią; traci 10 funtów ze swych normalnych 121 funtów wagi. Choć Teresa intensywnie cierpi w swej współczującej miłości, lecz mimo to wyczekuje radośnie tych cotygodniowych wizji swego Pana.
Zrozumiałem od razu, że zgodnie z intencją Boga osobliwe jej życie ma utwierdzić wszystkich chrześcijan co do historycznej autentyczności życia Jezusa i jego ukrzyżowania, opisanego w Nowym Testamencie, oraz ukazać dramatycznie zawsze żywy związek pomiędzy Mistrzem Galilejskim a jego pobożnymi czcicielami.
Profesor Wutz opowiedział mi o niektórych ze swych doświadczeń ze świętą.
– Często wybieramy się w kilka osób razem z Teresą na kilkudniowe wycieczki krajoznawcze po Niemczech – mówił mi dr Wutz. – Występuje wtedy uderzający kontrast: podczas gdy my ^zjadamy trzy posiłki dziennie, Teresa nie je nic. Ona pozostaje świeża jak róża, nie odczuwając zmęczenia, które wywołuje w nas podróż. G3y my zaczynamy być głodni i polować na przydrożne gospody, ona śmieje się wesoło.
Na dodatek profesor dodał szereg interesujących fizjologicznych szczegółów: – Ponieważ Teresa nie przyjmuje wcale pożywienia, żołądek jej się skurczył. Nie wydziela ona żadnych odchodów, lecz jej gruczoły potne funkcjonują normalnie: skóra jej zawsze jest miękka i elastyczna…
W chwili pożegnania wyraziłem wobec Teresy życzenie asystowania przy jej transie.
– Dobrze, proszę przybyć do Konnersreuth w najbliższy piątek – odpowiedziała mi uprzejmie. – Biskup da wam pozwolenie. Jestem bardzo szczęśliwa, że odszukaliście mnie w Eichstatt.
Teresa uściskała wielokrotnie mą rękę i odprowadziła naszą grupę do bramy. Mr. Wright uruchomił samochodowe radio; święta oglądała je z entuzjastycznymi okrzykami. Zebrał się dokoła nas tak duży tłum, że Teresa cofnęła się do domu. Ujrzeliśmy ją w oknie, skąd przyglądała się nam i żegnała nas ruchami ręki.
Z rozmowy, którą odbyliśmy następnego dnia z dwoma braćmi Teresy, bardzo uprzejmymi i sympatycznymi, dowiedziałem się, że święta sypia tylko jedną lub dwie godziny w nocy. Pomimo licznych ran na ciele jest ona aktywna i pełna energii. Kocha ptaki, dogląda akwarium i często pracuje w swym ogródku. Korespondencja jej jest obfita: pobożni katolicy proszą ją o modlitwę i uleczające błogosławieństwo. Wiele osób dzięki niej zostało uzdrowionych z poważnych chorób.
Jej brat Ferdynand, mający około dwudziestu trzech lat, wyjaśniał mi, że Teresa potrafi dzięki swej modlitwie wywołać w swym ciele dolegliwości innych ludzi. Święta się powstrzymuje od jedzenia od czasu, gdy modliła się, aby choroba pewnego młodzieńca z jej parafii, przygotowującego się do świeceń kapłańskich, została przeniesiona na jej gardło.
We czwartek po południu nasza gromadka zajechała do biskupa, który z pewnym zdumieniem spoglądał na moje powiewające loki. Napisał chętnie swe zezwolenie. Nie trzeba było składać żadnej opłaty; zarządzenie Kościoła ma na celu po prostu ochronę Teresy przed natłokiem przygodnych turystów, którzy w poprzednich latach przyjeżdżali w piątki tysiącami.
W piątek przyjechaliśmy do Konnersreuth koło godziny dziewiątej trzydzieści. Zauważyłem, że mały dom Teresy posiada specjalny .częściowo oszklony sufit, który ma jej zapewnić obfitość światła. Z zadowoleniem ujrzeliśmy, że drzwi do niej nie są zamknięte, lecz gościnnie szeroko otwarte. Zastaliśmy około dwudziestu osób, zaopatrzonych w zezwolenie na odwiedzenie Teresy. Wiele z nich przybyło z dużej odległości, aby zobaczyć trans mistyczny.
Teresa przeszła przez pierwszą moją próbę w domu profesora, poznając intuicyjnie, że pragnąłem ją zobaczyć ze względów duchowych, a nie dla zaspokojenia przelotnej ciekawości.
Druga moja próba polegała na tym, że bezpośrednio przed wejściem do jej pokoju wprawiłem się w stan jogicznego transu, aby zjednoczyć się z nią telepatycznie. Po czym wszedłem do jej pokoju, wypełnionego odwiedzającymi ją osobami; Teresa leżała w białej szacie na łóżku. Wraz z Mr. Wrightem, postępującym tuż za mną, zatrzymałem się zaraz za progiem, przejęty grozą niezwykłego i strasznego widoku.
Spod powiek Teresy spływała krew cienkim i nieprzerwanym, szerokim na cal pasmem. Wzrok jej, zwrócony w górę, skupiony był w oku duchowym w środku czoła. Materiał otaczający jej głowę był zmoczony krwią stygmatycznych ran od cierniowej korony. Biała szata była splamiona czerwono pod sercem od rany w jej boku, w miejscu, w którym przed wiekami ciało Chrystusa doznało ostatniej zniewagi od włóczni żołnierza.
Ręce Teresy wyciągnięte były w macierzyńskim, błagalnym geście; twarz jej miała wyraz zarazem cierpiący i boski. Zmieniona pod wielu względami – wewnętrznie i zewnętrznie – wyglądała wątlej. Szeptała słowa w obcym języku drżącymi wargami do osób widzialnych dla jej wewnętrznego wzroku.
Zharmonizowawszy się z nią, zacząłem widzieć obrazy jej wizji-Patrzyła na Jezusa dźwigającego krzyż wśród szyderczego tłumu. W ciągu godzin poprzedzających nasze przybycie Teresa miała już szereg wizji z ostatnich dni życia Chrystusa. Jej trans rozpoczyna się zwykle od scen zdarzeń następujących po Ostatniej Wieczerzy. Wizje jej kończą się śmiercią Jezusa na krzyżu lub niekiedy złożeniem Jego ciała do grobu). Nagle podniosła głowę w przerażeniu: Pan upadł pod okrutnym ciężarem. Wizja znikła. Wyczerpana gorącym współczuciem, Teresa opadła ciężko na poduszkę.
W tej chwili usłyszałem poza sobą głośny głuchy odgłos. Odwróciwszy na sekundę głowę ujrzałem dwóch mężczyzn wynoszących czyjeś omdlałe ciało. Ponieważ nie wyszedłem jeszcze z głębokiego stanu nadświadomości, nie rozpoznałem od razu osoby, która zemdlała. Skupiłem z powrotem swe spojrzenie na twarzy Teresy, śmiertelnie bladej pod strumyczkami krwi, jednakże spokojnej i promieniującej czystością i świętością. Później obejrzałem się i ujrzałem Mr Wrighta, stojącego z dłonią przy policzku, z którego ciekła krew.
– Dick – zapytałem z niepokojem – czyś to ty upadł?
– Tak, zasłabłem pod wrażeniem tego strasznego obrazu.
– No, rzekłem pocieszając go – jesteś dzielny, skoro wróciłeś i patrzysz w dalszym ciągu.
Pamiętając o kolejce cierpliwie czekających pielgrzymów, pożegnaliśmy milcząco Teresę i opuściliśmy jej świętą atmosferę.
Teresa przeżyła prześladowania hitleryzmu i według amerykańskich wiadomości z 1954 r. nadal przebywa w Konnersreuth.
Następnego dnia pojechaliśmy w naszym małym gronie na południe, zadowoleni, że nie jesteśmy uzależnieni od pociągu, lecz możemy się zatrzymać naszym fordem wszędzie po drodze, gdzie się nam spodoba. Cieszyliśmy się każdą minutą podróży przez Niemcy, Holandię, Francję i Alpy Szwajcarskie. We Włoszech pojechaliśmy specjalnie do Asyżu, aby uczcić apostoła pokory, św. Franciszka. Podróż nasza po Europie zakończyła się w Grecji, gdzie zwiedziliśmy ateńskie świątynie oraz zobaczyliśmy więzienie, w którym szlachetny Sokrates118 wypił swój śmiertelny napój. Podziw ogarnia człowieka na widok artyzmu, z jakim starożytni Grecy wykonywali swe dzieła twórcze w alabastrze.
Przeprawiliśmy się statkiem przez słoneczne Morze Śródziemne i, wylądowaliśmy w Palestynie. Wędrując dzień za dniem po Ziemi Świętej przekonałem się bardziej niż kiedykolwiek o wartości pielgrzymek. Dla wrażliwego serca duch Chrystusa przenika wszystko w Palestynie. Chodziłem ze czcią w Betlejem, Getsemane, Kalwarii i na świętej Górze Oliwnej, nad rzeką Jordan i Jeziorem Genezaret.
Zwiedziliśmy miejsce Bożego narodzenia, warsztat Józefa Cieśli Grób Łazarza, dom Marty i Marii, Wieczernik. Odtwarzając starożytne czasy, scena za sceną, oglądałem boski dramat odegrany kiedyś przed wiekami przez Chrystusa.
Potem odwiedziliśmy Egipt ze współczesnym Kairem i starożytnymi piramidami. Następnie przyszła kolej na podróż statkiem przez wąskie Morze Czerwone i rozległe Morze Arabskie – aż wreszcie ukazały się Indie.

Opublikowano ., Człowiek, Mistyka, Świadomość | 24 komentarzy

Zmartwychwstanie Sri Jukteswara

Sri Jukstewar opuścił swoje ciało wieczorem 9 marca 1936.Został pochowany 10 marca zgodnie ze starożytnym obrządkiem w ogrodzie aszramy w Puri.(Hinduskie zwyczaje pogrzebowe wymagają spalenia ciała w stosunku do ludzi świeckich; ciała swamich i mnichów nie są palone, lecz grzebane, czasem czyni się wyjątki. Uważa się, że ciała mnichów zostały symbolicznie spalone w ogniu mądrości podczas składania ślubów zakonnych).

Zacytuję teraz niesamowity rozdział z „Autobiografii Jogina” Powiedziałbym tak TO ZMIENIA POSTAĆ RZECZY.Sri Jukstewar twierdzi, że jego ciało od strony astralnej jest zupełnie rozrzezdzone, wręcz przezroczyste, natomiast od strony ziemskiej posiada cechy „twardej materii”.

Zmartwychwstanie Sri Jukteswara

„Pan Kriszna”! Pełna chwały postać Awatara ukazała mi się w promienistym blasku, gdy siedziałem w swym pokoju w hotelu Regent w Bombaju. Niewysłowiona wizja, jaśniejąca ponad dach wysokiego budynku po drugiej stronie ulicy, rozbłysła nagle przed mym wzrokiem, gdy wyglądałem z szeroko otwartego okna na trzecim piętrze.
Bliska postać skinęła dłonią ku mnie, uśmiechając się i pochylając na powitanie głowę. Gdy nie mogłem zrozumieć dokładnie zlecenia Pana Kriszny, oddalił się On z gestem błogosławieństwa. W cudownym uniesieniu czułem zapowiedź jakiegoś duchowego zdarzenia.
Moja podróż na Zachód została na razie odłożona. Już miałem zaplanowanych kilka publicznych wystąpień w Bombaju przed powrotem do Bengalu.
Gdy po południu o godz. trzeciej, dnia 19 czerwca 1936 r., siedziałem na łóżku w hotelu w Bombaju – w tydzień po wizycie Sri Kriszny, zostałem nagle wyrwany ze swej medytacji niezwykłym światłem. Przed mymi otwartymi i zdumionymi oczami cały pokój przeobraził się w jakiś niezwykły świat, a światło słoneczne przeistoczyło się w nadzmysłową wspaniałość.
Porwała mnie fala zachwytu, gdy ujrzałem Sri Jukteswara w ciele z krwi i kości!
– Synu mój! – powiedział Mistrz tkliwie, z anielskim, czarującym uśmiechem.
Po raz pierwszy nie uklęknąłem na powitanie u jego stóp, lecz natychmiast rzuciłem się, by chciwie porwać go w ramiona. Chwila nad wszystkie chwile! Udrękę ubiegłych miesięcy uznałem za nic nie znaczącą zapłatę za spadające teraz na mnie potężnym potokiem szczęście.
– Mistrzu mój, ukochany mego serca, dlaczego mnie opuściłeś? – W nadmiarze radości mówiłem bez związku. – Dlaczego pozwoliłeś mi odejść na Kumbha Melęl Jakże gorzkie robiłem sobie wyrzuty, że cię opuściłem!
– Nie chciałem ci zakłócać radosnych nadziei związanych z zobaczeniem miejsca, gdzie po raz pierwszy spotkałem Babadżi. Opuściłem cię tylko na krótko, czyż nie jestem znów z tobą?
– Czy to jednak ty jesteś, Mistrzu, ten sam Lew Boży? Czy masz takie samo ciało jak pogrzebane pod bezlitosnym piaskiem w Puri?
– Tak, moje dziecko, jestem ten sam. To ciało jest z krwi i kości. Chociaż mnie samemu przedstawia się jako eteryczne, to dla twego wzroku jest fizyczne. Z atomów kosmicznych stworzyłem całkiem nowe ciało, z kosmicznego marzenia, które złożyłeś w Puri w piaskach ze snu, w swym świecie snu. Naprawdę zmartwychwstałem nie na Ziemi, lecz na astralnej planecie. Mieszkańcy jej potrafią lepiej niż mieszkańcy Ziemi czynić zadość wymaganiom. Pewnego dnia ty i ukochani przez ciebie przybędziecie tam, aby być razem ze mną.
– Nieśmiertelny guru, powiedz mi więcej! Mistrz uśmiechnął się wesoło. – Proszę cię, kochany – rzekł – czy nie zechcesz zwolnić nieco swego uścisku?
– Tylko trochę – obejmowałem go chwytem ośmiornicy. Mogłem zauważyć ten sam co dawniej, słaby, miły i naturalny zapach, charakterystyczny dla jego ciała. Wspominam wrażenie, jakiego doznałem, dotykając jego boskiego ciała, jeszcze dziś trwa w mych ramionach i dłoniach, ilekroć przypomnę sobie te wspaniałe godziny.
– Podobnie jak posyła się na Ziemię proroków, aby pomagali ludziom wypełniać ich fizyczną karmę, tak i ja zostałem skierowany przez Boga, abym służył ludziom na astralnej planecie – wyjaśniał mi Sri Jukteswar. – Nazywa się ona „Hiranialoka”, czyli oświecona planeta astralna! Pomagam tam zaawansowanym w uwalnianiu się od karmy astralnej, a tym samym w osiągnięciu wyzwolenia od ponownych urodzin; każdy z nich w ostatniej swej ziemskiej inkarnacji zdobył w drodze medytacji zdolność świadomego opuszczenia swego fizycznego ciała w chwili śmierci. Nikt nie może się dostać do „Hiranialoki”, jeśli na Ziemi nie przekroczy stanu sabikalpa samadhi i nie sięgnie do wyższego stanu nirbikalpa samadhi. (W stanie sabikalpa samadhi człowiek pobożny dochodzi na drodze postępu duchowego do stanu wewnętrznego boskiego zjednoczenia, jednakże swej kosmicznej świadomości nie potrafi utrzymać inaczej, jak tylko w stanie transu. Z pomocą ciągłej medytacji osiąga on wyższy stan nirbikalpa samadhi, w którym może swobodnie poruszać się po świecie i wykonywać swe zewnętrzne obowiązki nie tracąc urzeczywistnienia Boga w sobie).
Mieszkańcy „Hiranialoki” przeszli już przez zwykłe sfery świata astralnego, dokąd po śmierci muszą iść z Ziemi prawie wszystkie istoty
ludzkie; zlikwidowali oni tam wiele nasion swych dawnych działań w astralnych światach. Tylko daleko posunięte w rozwoju istoty potrafią skutecznie dokonać dzieła odkupienia pracy w astralnym świecie. Potem, w celu pełniejszego wyzwolenia swych dusz z kokonu karmicznych śladów znajdujących się w ich ciałach astralnych, zawsze te istoty zostają skierowane przez prawo karmy do narodzenia się w nowym ciele astralnym w „Hiranialoce”, na słońcu astralnym lub w niebie, gdzie zmartwychwstałem, aby im pomagać. W „Hiranialoce” znajdują się także wysoko rozwinięte istoty, które przybyły z wyższego i subtelniejszego świata przyczynowego.
Umysł mój był teraz tak doskonale zharmonizowany z umysłem mego guru, że mógł mi on przekazywać swe słowa-obrazy częściowo w słowach, a częściowo bezpośrednio w formie myśli. W ten sposób odbierałem je jako skondensowane pojęcia.
– Czytałeś w pismach świętych – mówił Mistrz dalej – że Bóg zamknął człowieka w trzech kolejnych ciałach: pojęciowym ciele, zwanym też przyczynowym, subtelnym ciele astralnym; będącym siedzibą myślowej i emocjonalnej natury człowieka, oraz ciężkim ciele fizycznym. Na ziemi człowiek wyposażony jest w zmysły fizyczne. Istota astralna działa z pomocą swej świadomości i uczuć oraz ciała zbudowanego z żywotronów (prany).121 Istota okryta ciałem przyczynowym pozostaje w szczęśliwym świecie idei. Moja praca dotyczy tych istot astralnych, które przygotowują się do wejścia w świat przyczynowy.
– Mistrzu godny uwielbienia, proszę mi powiedzieć coś więcej o świecie astralnym. – Chociaż rozluźniłem lekko swój uścisk na prośbę Sri Jukteswara, obejmowałem go nadal ramionami. Obejmowałem swój skarb nad skarby, mego guru szydzącego ze śmierci, aby do mnie dotrzeć!
– Istnieje wiele planet astralnych, na których pełno jest astralnych istot – rozpoczął Mistrz. – Aby podróżować z jednej planety na drugą, mieszkańcy ich posługują się astralnymi środkami, to jest masami światła i poruszają się prędzej niż elektryczność i radioaktywne energie.
Świat astralny, zbudowany z rozmaitych subtelnych drgań światła 1 barw, jest setki razy większy aniżeli materialny kosmos. Cały świat fizycznego stworzenia podobny jest do małego mocnego kosza wiszącego pod ogromnym świetlistym balonem astralnej sfery. Podobnie Jak wiele fizycznych słońc i gwiazd wędruje w przestrzeni, tak istnieją też niezliczone astralne układy słoneczne i gwiezdne. Planety ich mają astralne słońce i księżyce o wiele piękniejsze niż fizyczne. Astralne ciała niebieskie przypominają zorze polarne, a astralna zorza słoneczna olśniewa bardziej aniżeli zorza księżycowa o łagodnych promieniach. Astralny dzień i noc są dłuższe aniżeli dzień i noc na Ziemi.
Świat astralny jest niezmiernie piękny, czysty, jasny i pełen ładu. Nie ma w nim martwych planet ani nieurodzajnych krajów. Nie ma też plag ziemskich – chwastów, bakterii, owadów i wężów. Inaczej niż na Ziemi, gdzie istnieją różne klimaty i pory roku, na planetach astralnych panuje równa temperatura wieczystej wiosny, a tylko czasem pada świetlisty biały śnieg i deszcz różnobarwnych świateł. Planety astralne obfitują w opałowe jeziora, jasne morza i tęczowe rzeki.
Zwykły świat astralny „Hiranialoki” zaludniony jest milionami istot astralnych, które wcześniej lub później przybyły z Ziemi, jak również niezliczoną ilością wróżek, syren, ryb, zwierząt, chochlików, gnomów, półbogów i duchów, przebywających na różnych astralnych planetach, zależnie od swych karmicznych właściwości. Istnieją rozmaite sfery rezydencji, czyli wibracyjne dziedziny dla dobrych i złych duchów. Duchy dobre mogą swobodnie podróżować, złe natomiast są uwięzione w ograniczonych strefach. W ten sam sposób jak istoty ludzkie żyją na powierzchni ziemi, robaki wewnątrz gleby, ryby w wodzie, a ptaki w powietrzu, istoty astralne o rozmaitym stopniu rozwoju mają wyznaczone odpowiednie wibracyjne strefy.
Wśród upadłych ciemnych aniołów, wypędzonych z innych światów, panują tarcia i wojny przy pomocy astralnych pocisków lub myślowych – wzbudzonych „mantrami” 122 wibracyjnych promieni. Istoty te mieszkają w przepojonych mrokiem i posępnością dziedzinach niższego świata astralnego, wyczerpując swą złą karmę.
W ogromnych przestrzeniach ponad ciemnym astralnym więzieniem wszystko jest promienne i piękne. Z natury swej świat astralny jest bardziej niż Ziemia zharmonizowany z Boską wolą i planem doskonałości. Każdy przedmiot astralny powstaje dzięki woli Boga, a częściowo przez akt woli astralnych istot. Istoty te posiadają zdolność zmieniania lub uwydatniania piękna i kształtu wszystkiego oraz przywilej modyfikowania i udoskonalania według ich woli astralnego świata. Na Ziemi ciało stałe można przeobrazić w płynne lub w inną postać tylko z pomocą naturalnych lub chemicznych procesów, natomiast stałe ciała astralne można zmieniać w astralne płyny, gazy lub w energię momentalnie przez sam akt woli mieszkańców tego świata.
– Ziemia jest areną wojen i morderstw na morzu, lądzie i w powietrzu – mówił dalej mój guru – natomiast w świecie astralnym panuje szczęśliwa harmonia i równowaga. Istoty astralne zależnie od swej woli dematerializują lub materializują swą postać. Kwiaty, ryby lub zwierzęta mogą chwilowo przeobrażać się w astralnych ludzi. Każda istota astralna może swobodnie przybierać każdą postać i porozumiewać się z łatwością z innymi. Nie ogranicza ich pod tym względem żadne określone i niezmienne prawo natury; od każdego astralnego drzewa można z powodzeniem zażądać, aby wydało z siebie na przykład mango lub inny pożądany owoc, kwiat, a nawet jakikolwiek inny przedmiot. Istnieją wprawdzie pewne karmiczne ograniczenia, nie ma ich jednak w świecie astralnym w zakresie pożądania różnych form. Wszystko wibruje twórczym światłem Boga.
Nikt nie rodzi się z kobiety; istoty astralne materializują swe potomstwo z pomocą swej woli kosmicznej w specjalnie kopiowanych astralnie skondensowanych formach. Istoty, które niedawno utraciły fizyczne ciało, przybywają do rodzin astralnych na ich zaproszenie, przyciągane przez podobne umysłowe i duchowe skłonności.
Ciało astralne nie jest wrażliwe na chłód ani gorąco, czy inne naturalne warunki. Anatomia jego obejmuje astralny mózg czyli tysiącpłatkowy lotos światła oraz sześć obudzonych centrów „suszum-ny” – czyli astralnej mózgowo-rdzeniowej osi. Serce wciąga energię kosmiczną jak i światło oraz pompuje je do astralnych nerwów
1 komórek ciała. Istota astralna może oddziaływać na swe ciało „żywotronową” siłą lub „mantrycznymi” wibracjami.
Ciało astralne jest ścisłym odpowiednikiem ostatniej fizycznej postaci. Istoty astralne zachowują ten sam wygląd, jaki miały w młodości w swej ostatniej fizycznej postaci podczas ostatniego swego pobytu na Ziemi. Czasem istota astralna zachowuje, tak jak ja to uczyniłem, swój starczy wygląd. – Mistrz, emanujący z siebie samą kwintesencję młodości, uśmiechnął się wesoło.
– Odmiennie niż w przestrzennym, trójwymiarowym świecie fizycznym, który poznaje się tylko za pośrednictwem pięciu zmysłów, sfery astralne można widzieć przy pomocy wszystko obejmującego szóstego zmysłu intuicji – mówił dalej Sri Jukteswar. – Za pomocą samego intuicyjnego odczuwania wszystkie istoty astralne widzą, słyszą, wąchają, smakują oraz dotykają. Posiadają one troje oczu,
z których dwa są częściowo zamknięte. Trzecie i zarazem główne oko, Umieszczone pionowo na czole, jest otwarte. Istoty astralne posiadają wszystkie zewnętrzne organy zmysłowe – uszy, oczy, nos, język i skórę – lecz posługują się zmysłem intuicji, aby doznawać wrażeń zmysłowych, mogą one posłużyć się każdą cząsteczką swego ciała-mogą one widzieć uchem, nosem lub skórą. Potrafią również słyszeć oczami lub językiem, jak również poznawać smak za pomocą uszu lub skóry i tak dalej. (Przykładów tego rodzaju zdolności nie brakuje nawet na Ziemi, jak świadczy o tym np. przypadek Heleny Keller i innych rzadko spotykanych osób).
Fizyczne oko człowieka narażone jest na niezliczone niebezpieczeństwa i łatwo ulega zranieniu lub uszkodzeniu; ciało eteryczne także może być czasem zranione lub potłuczone, lecz można je od razu uleczyć samym aktem woli.
– Gurudewa – czy każdy człowiek astralny jest piękny?
– W świecie astralnym jest rzeczą znaną, że piękność jest cechą duchową, a nie właściwością zewnętrznej budowy – odpowiedział Sri Jukteswar. – Dlatego istoty astralne małe przywiązują znaczenie do rysów twarzy. Mają one jednak swobodę ubierania się w nowe barwne z astralnej materii ciała. Podobnie jak ludzie światowi wkładają nowy strój na uroczyste okoliczności, tak istoty astralne mają nieraz sposobność do przyozdabiania się specjalnie dobranymi kształtami.
Radosne uroczystości na wyższych planetach astralnych, takich jak w „Hiranialoce”, odbywają się wówczas, gdy jakaś istota dzięki duchowym swym osiągnięciom wyzwala się ze świata astralnego i jest gotowa do wstąpienia do nieba świata przyczynowego. Przy takich sposobnościach Niewidzialny Ojciec Niebieski i święci, którzy są w Nim pogrążeni, materializują się w ciałach według swego uznania i przyłączają się do astralnego święta. Człowiek żarliwie pobożny postrzega Boga w postaci Bożej Matki albo pojmuje Nieskończonego w aspekcie ojcowskim. Indywidualność, w którą Stwórca wyposażył każde ze swych stworzeń, umożliwia spełnienie wszelkich życzeń i postulatów. – I ja i mój guru uśmiechnęliśmy się szczęśliwi.
– Przyjaciele z innych dawniejszych wcieleń z łatwością rozpoznają się w astralnym świecie – opowiadał dalej Sri Jukteswar swym pięknym, podobnym do fletu głosem. – Ciesząc się nieśmiertelnością przyjaźni przekonują się o niezniszczalności miłości, co do której często nasuwają się wątpliwości w chwili smutnego, pozornego rozstania się z ziemskim życiem.
Intuicja istot astralnych przenika zasłony i obserwuje ludzi na Ziemi, człowiek jednak nie może widzieć świata astralnego dopóki nie rozwinie się w nim przynajmniej w pewnej mierze jego szósty zmysł-
Tysiące mieszkańców Ziemi miało chwilowe przebłyski widzenia astralnych istot lub astralnego świata.
– Przebywając w „Hiranialoce” istoty o zaawansowanym rozwoju pozostają podczas długiego astralnego dnia i nocy najczęściej w stanie przebudzonym i ekstazie, pomagając wyzwolić się ziemskim duszom. Istoty „Hiranialoki” mają od czasu do czasu astralne wizje podobne do snów. Umysły ich są zazwyczaj pochłonięte świadomym stanem najwyższej szczęśliwości nirbikalpy.
Mieszkańcy różnych światów astralnych podlegają jeszcze mentalnym cierpieniom. Wrażliwe umysły wyższych istot na planetach podobnych do „Hiranialoki” odczuwają ostry ból w razie popełnienia jakiejś pomyłki w postępowaniu lub postrzeganiu prawdy. Te bardziej rozwinięte istoty usiłują zharmonizować każdy swój czyn i myśl z doskonałością duchowego prawa.
Porozumiewanie się mieszkańców świata astralnego odbywa się całkowicie na drodze astralnej telepatii i telewizji, nie ma tam nieporozumień i zamieszania, które mieszkańcy Ziemi muszą cierpieć z powodu pisanego lub mówionego słowa. Jak na ekranie kina ludzie zdają się poruszać i działać w szeregu świetlnych obrazów, choć wcale nie oddychają – zupełnie tak samo istoty astralne zachowują się i działają jak inteligentnie kierowane i uporządkowane obrazy świetlne, bez konieczności oddychania tlenem. Człowiek dla utrzymania się przy życiu potrzebuje ciał stałych, płynnych i gazowych oraz energii, natomiast istoty astralne odżywiają się głównie światłem kosmicznym.
– Mistrzu mój, czy istoty astralne w ogóle jedzą? – Chłonąłem jego zdumiewające objaśnienia wszystkimi możliwymi sposobami – umysłem, sercem i duszą. Ponadmaterialne prawdy są realne i niezmienne, podczas gdy przelotne doświadczenia i wrażenia zmysłowe są zawsze tylko chwilowe i względnie prawdziwe, bo tracą niebawem całą swą żywość w pamięci. Słowa mego guru odbiły się tak głęboko na pergaminie mej istoty, że w każdym czasie, przestawiwszy swój umysł w stan nadświadomy, mogę wyraźnie ożywić swe boskie doświadczenie.
– W świecie astralnym rosną obficie świetliste, podobne do promieni jarzyny – odpowiedział mi guru. – Istoty astralne spożywają rośliny i piją nektar płynący ze wspaniałych fontann światła iż astralnych strumieni i rzek. Podobnie jak na Ziemi można wydobyć z eteru niewidzialne obrazy osób i ukazać je w telewizyjnym aparacie, po czym znów rozpływają się one w przestrzeni, tak stworzone przez Boga niewidzialne astralne obrazy jarzyn i roślin unoszących się w eterze mogą być zmaterializowane na astralnej planecie aktem woli jej mieszkańców. W ten sposób materializują się najbujniejsze twory wyobraźni tych istot, jak na przykład całe ogrody pachnących kwiatów, które potem wracają do stanu eterycznej niewidzialności. Chociaż mieszkańcy niebiańskich planet w rodzaju „Hiranialoki” są niemal całkowicie wolni od konieczności jedzenia, to możliwy jest jeszcze wyższy stopień niczym nie uwarunkowanego istnienia, przysługujący w świecie przyczynowym duszom prawie że całkowicie wyzwolonym, które nie jedzą nic oprócz manny szczęśliwości.
Wyzwolona od ziemskiego istnienia istota astralna spotyka mnóstwo swych krewnych – ojców, matki, żony i przyjaciół, pozyskanych podczas różnych inkarnacji na ziemi123, w miarę jak pojawiają się oni w różnych częściach astralnego świata. Toteż bywa ona w kłopocie, gdy ma zdecydować, kogo ma bardziej kochać: uczy się w ten sposób obdarzać wszystkich jednakową boską miłością jako dzieci i zindywidualizowany przejaw Boga. Chociaż zewnętrzny wygląd kochanych osób mógł się zmienić odpowiednio do nowych ich przymiotów rozwiniętych w późniejszym życiu, istota astralna przy pomocy nieomylnej intuicji rozpoznaje je, przebywające wszystkie ongiś w innych sferach istnienia i wita je w nowej ich astralnej siedzibie. Ponieważ każdy stworzony atom wyposażony jest w niezniszczalność – przeto przyjaciela astralnego można rozpoznać zawsze bez względu na kostium, jaki przywdzieje, zupełnie tak samo jak na Ziemi rozpoznaje się aktora pomimo jego przebrania, jeśli tylko dokładnie się go obserwuje.
Okres życia w świecie astralnym jest znacznie dłuższy niż na Ziemi. Dla normalnie rozwiniętych istot astralnych wynosi on od pięciuset do tysiąca lat, mierzonych wedle ziemskiej miary czasu. Podobnie jak niektóre drzewa potrafią przeżyć większość drzew o całe tysiąclecia, tak niektóre astralne istoty żyją znacznie dłużej aniżeli wynosi przeciętny okres życia astralnego. Ludzie przybywający do świata astralnego zatrzymują się w nim dłużej lub krócej, odpowiednio do ciężaru swej fizycznej karmy, która po oznaczonym okresie czasu ściąga ich z powrotem na Ziemię.
Istota astralna nie zmaga się boleśnie ze śmiercią, gdy przychodzi czas utracenia przez nią świetlistego ciała. Mimo że wiele z tych istot jest nieco zdenerwowanych, kiedy zachodzi potrzeba porzucenia przez nich ciała astralnego, by żyć nadal w bardziej subtelnym ciele pozamaterialnym. Świat astralny jest wolny od przymusowej śmierci, choroby i starości. Te trzy plagi są przekleństwem ziemi, gdzie człowiek pozwala swej świadomości utożsamiać się niemal całkowicie z ułomnym ciałem fizycznym, które stale wymaga powietrza, pożywienia i snu, aby w ogóle mogło istnieć.
Śmierci fizycznej towarzyszy ustanie oddechu i rozpad komórek ciała. Śmierć astralna polega na rozproszeniu się „żywotronów”, owych wiecznych jednostek energii, które składają się na życie istot astralnych. Przy śmierci fizycznej człowiek traci świadomość swego fizycznego ciała, lecz staje się świadomy swego subtelnego ciała w świecie astralnym. Doświadczywszy we właściwym czasie astralnej śmierci, człowiek przechodzi ze świadomości astralnych urodzin i zgonu do przeżycia na nowo fizycznego urodzenia się i śmierci. Te powtarzające się cykle astralnego i fizycznego życia są nieuniknionym przeznaczeniem nieoświeconych istot. Opisy nieba i piekła, znajdujące się w pismach świętych, budzą niekiedy u ludzi głębsze niż podświadome wspomnienia długiego łańcucha doświadczeń radości w astralnym i rozczarowań w ziemskim świecie.
– Ukochany Mistrzu – zapytałem – czy mógłbyś opisać bardziej szczegółowo różnicę pomiędzy narodzeniem się na nowo na Ziemi i w sferach astralnej i przyczynowej?
– Człowiek jako zindywidualizowana dusza jest zasadniczo istotą o ciele przyczynowym – odrzekł mój guru. – Ciało to jest matrycą trzydziestu pięciu idei potrzebnych Bogu jako podstawowe lub przyczynowe siły myślowe, z których później stworzył subtelne ciało astralne o dziewiętnastu elementach oraz ciężkie ciało fizyczne o szesnastu elementach.
Dziewiętnaście elementów ciała astralnego to elementy myślowe, emocjonalne i ,,żywotroniczne”(praniczne). Do tych dziewiętnastu składników należą: inteligencja, ego, czucie i umysł (świadomość zmysłowa), pięć narzędzi poznania, czyli subtelnych odpowiedników zmysłów wzroku, słuchu, węchu, smaku i dotyku, pięć narzędzi działania, czyli mentalnych odpowiedników wykonawczych zdolności rozmnażania się, wydzielania, mowy, ruchu i manualnych czynności oraz pięć narzędzi „siły życiowej”, które mogą dokonywać w ciele funkcji krystalizacji, asymilacji, eliminacji, przemiany i krążenia. To subtelne połączenie dziewiętnastu elementów trwa nadal po śmierci ciała fizycznego, które zbudowane jest z szesnastu ciężkich metalicznych i niemetalicznych pierwiastków.
Bóg wymyślił w Sobie wielką ilość rozmaitych idei i dokonał ich projekcji na ekranie swych marzeń. W ten sposób pojawiła się Pani Kosmicznego Marzenia przystrojona we wszystkie swe niezmierzone i nieskończone ozdoby względności.

W trzydziestu pięciu kategoriach myślowych ciała przyczynowego Bóg wypracował całą złożoność ciała astralnego o dziewiętnastu składnikach i ciała fizycznego człowieka o szesnastu elementach. Przez kondensację sił wibracyjnych, najpierw subtelnych, a potem cięższych, stworzył On ciało astralne człowieka, a w końcu jego fizyczną postać. Zgodnie z prawem względności, dzięki któremu Pierwotna Przyczyna stała się oszołamiająco zróżnicowana, kosmos przyczynowy i ciało przyczynowe są odmienne od astralnego kosmosu i astralnego ciała. Podobnie świat fizyczny i ciało fizyczne człowieka różnią się w sposób charakterystyczny od innych form stworzenia.
Ciało fizyczne zbudowane jest z obiektywizowanych i zestalonych marzeń stwórcy. Dwójnie przeciwieństw zawsze są obecne na ziemi: choroba i zdrowie, ból i przyjemność, zysk i strata. Istoty ludzkie napotykają w trójwymiarowej materii ograniczenia i opór. Gdy choroba lub inne przyczyny podważą poważnie ludzkie pragnienie życia, przychodzi śmierć; wówczas człowiek porzuca przejściowo ciężki płaszcz ciała. Dusza jednak pozostaje nadal w ciałach astralnych i przyczynowych. (Termin „ciało” oznacza tu wszelkie mieszkanie duszy, ciężkie lub subtelne. Trzy ciała, fizyczne, astralne i przyczynowe, są klatkami ptaka rajskiego.) Siłą zespalającą, która łączy razem te trzy ciała, jest pragnienie. Siła niespełnionych pragnień jest źródłem całej niewoli człowieka.
Pragnienia fizyczne człowieka mają swe źródło w jego egoizmie i zmysłowych przyjemnościach.
Pragnienia astralne skupiają się dokoła przyjemności o charakterze wibracyjnym. Istoty astralne znajdują przyjemność w eterycznej muzyce sfer i zachwycają się widokiem wszelkich stworzeń jako niewyczerpaną grą światła. Mogą one również wąchać, smakować i dotykać światła. Pragnienia astralne człowieka są wtedy związane z jego astralną zdolnością projekcji wszelkich przedmiotów i doświadczeń jako form światła czy sfery skondensowanych myśli czy marzeń.
Pragnienia sfery przyczynowej znajdują spełnienie w samym tylko postrzeganiu. Istoty osadzone w samym tylko ciele przyczynowym, prawie że już całkiem wolne, widzą cały wszechświat jako urzeczywistnię idei-marzenia Boga; potrafią one zmaterializować wszystko w samej myśli. Dlatego istoty świata przyczynowego uważają, że zarówno przyjemności fizyczne, jak i rozkosze astralne są grube i tłumią delikatną wrażliwość duszy. Istoty te spełniają swe pragnienia przez natychmiastową ich materializację. (Podobnie jak Babadżi pomógł Lahiri Mahasayi uwolnić się od podświadomego pragnienia pałacu,

pragnienia pochodzącego z jakiegoś dawniejszego życia, jak to opisano w rozdziale 34). Kto okryty jest tylko delikatną zasłoną ciała przyczynowego, może podobnie jak Stwórca powoływać wszechświaty do bytu, ponieważ wszelkie stworzenie uczynione jest z kosmicznej tkani-ny-marzenia, dusza przybrana w lekką materię świata przyczynowego posiada ogromną moc realizacyjną.
Dusza z natury swej jest niewidzialna i może być dostrzeżona tylko dzięki obecności jej ciała lub ciał. Już sama obecność ciała oznacza, że jego istnienie stało się możliwe dzięki niespełnionym marzeniom.
Dopóki dusza ludzka znajduje się zamknięta w jednym, dwóch lub trzech naczyniach cielesnych, szczelnie zatkanych korkami niewiedzy i pragnień, nie może się ona zlać z oceanem Ducha. Gdy grube fizyczne naczynie zostanie rozbite młotem śmierci, pozostałe dwa naczynia – astralne i przyczynowe – nadal przeszkadzają duszy w świadomym zjednoczeniu się z Wszechobecnym Życiem. Gdy człowiek dzięki mądrości osiąga stan wolny od pragnień, wówczas potęga tego stanu unicestwia pozostałe dwa naczynia. Dusza wyłania się nareszcie wolna; stanowi ona wówczas jedność z Niezmierzoną Przestrzenią.
Poprosiłem swego boskiego guru, aby rzucił nieco więcej światła na wysoki i tajemniczy świat przyczynowy.
– Świat przyczynowy jest nieopisanie subtelny. Aby go zrozumieć, trzeba mieć ogromną zdolność koncentracji; trzeba bowiem umieć zamknąwszy oczy wizualizować świat astralny i świat fizyczny w całym ich ogromie – świetlisty balon ze stałym koszem – jako istniejące tylko w idei. Jeśli dzięki tej nadludzkiej koncentracji uda się komuś przeistoczyć lub rozwiązać oba te światy z całą ich złożonością w same czyste idee, to będzie mógł on dotrzeć do świata przyczynowego i stanąć na linii granicznej stapiania się umysłu i materii. Z owego punktu będzie widział wszystkie stworzone rzeczy – ciała stałe, płyny, gazy, elektryczność, energię, wszystkie istoty, bogów, ludzi, zwierzęta, rośliny, bakterie – jako formy świadomości, podobnie jak człowiek może zamknąć oczy i rozumieć, że istnieje, chociaż ciało jego jest niewidzialne dla jego fizycznych oczu i jest dla niego obecne tylko jako wyobrażenie.
Cokolwiek istota ludzka może uczynić w wyobraźni, to istota świata przyczynowego może uczynić w rzeczywistości. Inteligencja ludzka o najbujniejszej wyobraźni potrafi najwyżej sięgnąć, w myśli tylko, od jednej skrajności do drugiej, skoczyć z jednej planety na drugą, rzucić się w nieskończoną przepaść wieczności lub wzbić się jak rakieta w baldachim galaktyki, czy zabłysnąć reflektorem na Drodze Mlecznej w gwiezdnych przestworzach. Natomiast istota świata przyczynowego posiada o wiele większą wolność i potrafi momentalnie i bez wysiłku objawić swe myśli obiektywnie, bez jakichkolwiek trudności materialnych lub astralnych czy karmicznych ograniczeń.
Istoty świata przyczynowego rozumieją, że świat fizyczny zbudowany jest nie z elektronów, a świat astralny nie z „żywotronów”, lecz oba stworzone zostały z najdrobniejszych cząsteczek myśli Bożej, posiekanych i podzielonych przez „Mayę”, prawo względności, które wyraźnie interweniuje, aby oddzielić stworzenia od ich stwórcy.
Dusze w świecie przyczynowym poznają się wzajemnie jako zindywidualizowane punkty radosnego Ducha; ich myśli-rzeczy są jedynymi przedmiotami, które je otaczają. Widzą one, że różnica pomiędzy ich ciałami i myślami jest tylko natury pojęciowej. Jak człowiek zamknąwszy oczy może sobie wyobrazić oślepiające białe światło lub bladobłękitną mgłę, tak istoty świata przyczynowego potrafią samą swą myślą widzieć, słyszeć, wąchać, smakować i dotykać; dzięki potędze umysłu kosmicznego potrafią stworzyć każdą rzecz lub ją zniweczyć.
W świecie przyczynowym zarówno śmierć jak i ponowne urodzenie dokonują się w myśli. Istoty mające ciało przyczynowe spożywają tylko ambrozję wieczyście nowej wiedzy. Piją ją ze źródeł pokoju, wędrują po bezdrożnej ziemi postrzeżeń, pływają w bezbrzeżnym oceanie szczęśliwości. Ba! Ich jasne ciała myślowe ogarniają tryliony stworzonych przez Ducha planet, dostrzegają nowe bańki wszechświatów, gwiazdy mądrości, spektralne marzenia o złotych mgławicach na niebiańskim łonie nieskończoności!
Wiele istot pozostaje przez tysiące lat w świecie przyczynowym. Dzięki głębszym ekstazom dusze wyzwolone wydobywają się z małego ciała przyczynowego i przywdziewają ogrom całego świata przyczynowego, wszelkie oddzielne wiry idei, partykularne fale nocy, miłości, woli, radości, pokoju, intuicji, ciszy, samoopanowania i skupienia roztapiają się w wiecznie radosnym Morzu Szczęśliwości. Dusza już nie musi doświadczać radości jako zindywidualizowana fala świadomości, lecz zanurza się w Jednym Kosmicznym Oceanie ze wszystkimi swymi falami – w wiecznym uśmiechu, dreszczu i pulsowaniu radości.
Gdy dusza wydobywa się z kokonu trzech ciał, uwalnia się na zawsze od prawa względności i staje się niewypowiedzialnym Zawsze Istniejącym. („Kto zwycięży, uczynię go filarem w świątyni Boga mego, a więcej z niej nie wyjdzie (tj. nie będzie się wcielał na nowo)… „Kto zwycięży, dam mu siedzieć z sobą na tronie moim, jakom ja też zwyciężył i zasiadłem z Ojcem moim na tronie Jego” – Objaw. 3:12-21). Oto motyl wszechobecności, a na skrzydłach jego wyryte są gwiazdy, księżyc i słońce! Dusza rozwinięta w Ducha pozostaje sama w dziedzinie bezświetlnego światła, bezmrocznej ciemności, upojona ekstazą radości boskiego marzenia o kosmicznym stworzeniu.
– Dusza wolna! – zawołałem ze czcią.
– Gdy dusza ostatecznie się wydobywa z trzech osłon cielesnych złudzeń – mówił Mistrz dalej – jednoczy się z Nieskończonym bez utraty swej indywidualności. Chrystus osiągnął tę ostateczną wolność zanim jeszcze urodził się jako Jezus. W ciągu trzech okresów swej przeszłości, symbolizujących się w Jego ziemskim życiu jako trzy dni Jego śmierci i zmartwychwstania, osiągnął On moc zbudzenia się w pełni w Duchu.
Człowiek nierozwinięty musi przejść przez niezliczone ziemskie astralne i przyczynowe wcielenia w celu wydobycia się z tych ciał. Mistrz, który osiągnął tę ostateczną wolność, może wybrać powrót na ziemię w roli proroka, prowadzącego inne dusze ludzkie z powrotem ku Bogu lub, jak ja to uczyniłem – wybrać pobyt w świecie astralnym. Zbawiciel ujmuje tam nieco z brzemienia karmy mieszkańcom i w ten sposób pomaga im zakończyć cykl reinkarnacji w świecie astralnym i przejść na stałe w świat przyczynowy. Dusza wyzwolona może także udać się do świata przyczynowego i pomagać przebywającym tam istotom w skróceniu ich życia w ciele przyczynowym, a przez to w osiągnięciu Absolutnej Wolności.
– O zmartwychwstały! Chcę wiedzieć więcej o karmie, która zmusza dusze do wracania do trzech światów. – Pomyślałem sobie, że mógłbym bez końca słuchać mego wszystkowiedzącego Mistrza. Nigdy za jego życia ziemskiego nie byłem w mocy przyswoić sobie naraz tak dużo jego mądrości. Obecnie po raz pierwszy uzyskałem jasny i określony wgląd w zagadkowe obszary na pograniczu życia i śmierci.
– Karma fizyczna, czyli pragnienia człowieka, musi się całkowicie wyczerpać zanim stanie się możliwy jego stały pobyt w astralnych światach – wyjaśniał mi guru przejmującym głosem. – Dwa rodzaje istot przebywają w sferze astralnej. Ci, co mają jeszcze ziemską karmę do pozbycia i wobec tego muszą zamieszkać z powrotem w grubym ciele fizycznym, aby spłacić swe karmiczne długi, mogą być zaliczeni po śmierci fizycznej raczej do chwilowych gości aniżeli do stałych mieszkańców świata astralnego.
Istoty o niespłaconej ziemskiej karmie nie mogą po śmierci astralnej przejść do wysokiej sfery kosmicznych idei świata przyczynowego, lecz muszą krążyć tam i z powrotem pomiędzy światem fizycznym a światem astralnym, zdobywając stopniowo świadomość swego fizycznego ciała z jego szesnastu grubymi składnikami oraz ciała astralnego z jego dziewiętnastu subtelnymi elementami. Za każdym jednak razem po utracie ciała fizycznego nie-rozwinięta istota ziemska pozostaje po większej części w głębokim odrętwieniu snu śmierci i mało jest świadoma piękna astralnej sfery. Po wypoczynku astralnym człowiek taki powraca do świata materialnego po dalsze lekcje i stopniowo przyzwyczaja się, dzięki powtarzaniu swej podróży, do światów o subtelnej astralnej budowie.
Z drugiej strony, normalnymi czyli stałymi mieszkańcami astralnego świata są istoty wyzwolone na zawsze z wszelkich materialnych ograniczeń; nie mają one potrzeby powracania więcej do grubych drgań Ziemi. Istoty te mają do spłacenia tylko astralną i przyczynową karmę. Po śmierci astralnej przechodzą one do nieskończenie subtelniejszego świata przyczynowego. Utraciwszy pod koniec pewnego okresu, określonego przez prawo karmiczne, myślową formę ciała przyczynowego, te rozwinięte istoty powracają do „Hiranialoki” lub na inną podobną, wysoką astralną planetę i rodzą się w nowym ciele astralnym, aby wyrównać swą niespłaconą astralną karmę.
– Synu mój, teraz możesz głębiej zrozumieć, że zmartwychwstałem z woli Bożej – mówił dalej Sri Jukteswar – raczej jako zbawca wracających ze świata przyczynowego i reinkarnujących się w sferze astralnej dusz aniżeli tych istot świata astralnego, które przybywają z Ziemi. Jeśli na istotach, które przybywają z Ziemi pozostają ślady materialnej karmy, to nie mogą one wznieść się do bardzo wysokich planet astralnych w rodzaju „Hiranialoki”.
– Podobnie jak ludzie, którzy nie nauczyli się z pomocą medytacji cenić wyższych radości i korzyści astralnego życia, wskutek czego po śmierci pragną powrócić do ograniczonych, niedoskonałych przyjemności Ziemi, tak wiele istot astralnych w okresie po normalnym rozpadzie ciała astralnego nie potrafi przeżywać wysokiego stanu duchowego szczęścia w świecie przyczynowym, lecz zatrzymawszy swą myśl na grubym i jaskrawym szczęściu świata astralnego, pragnie znaleźć się z powrotem w astralnym raju. Istoty te muszą spłacić najpierw swą ciężką karmą astralną zanim po śmierci astralnej będą mogły uzyskać prawo do trwałego pobytu w świecie przyczynowym, tak nieznacznie oddzielonym od Stwórcy.
Tylko taka istota, która już nie ma żadnych pragnień doznawania przyjemności w pięknym dla oka świecie astralnym i nie da się skusić do powrotu do niego, pozostaje w świecie przyczynowym. Dopełniwszy tam dzieła likwidowania całej przyczynowej karmy czyli zalążków przyszłych pragnień, uwięziona dusza zrzuca ostatnią z trzech form niewiedzy i wynurzywszy się z ostatniego zamknięcia w ciele przyczynowym, łączy się z wieczystym.
– Czy teraz rozumiesz? – Mistrz uśmiechnął się czarująco.
– Tak, dzięki twej łasce. Nie mam słów wdzięczności!
Nigdy ani z pieśni, ani z opowiadań nie otrzymałem tyle wiedzy dającej natchnienie. Chociaż hinduskie pisma święte mówią o światach przyczynowym i astralnym oraz o trzech ciałach człowieka, to jakże blade i dalekie od rzeczywistości są te ich stronice w porównaniu z żywą prawdą przeżyć mego zmartwychwstałego Mistrza! Dla niego nie istniał żaden nieznany świat, z którego granic żaden podróżny nie wraca!
– Przenikanie się trzech ciał człowieka znajduje swój wyraz w troistej jego naturze w rozmaity sposób – mój wielki guru mówił dalej. – Podczas swego pobytu na Ziemi istota ludzka jest mniej lub bardziej świadoma swych trzech ciał. Gdy człowiek celowo posługuje się swymi zmysłami, smakując, wąchając, dotykając, słuchając lub patrząc, wówczas zasadniczo działa on głównie z pomocą swego fizycznego ciała. Gdy wyobraża sobie, że coś lub kogoś chce, działa głównie przy pomocy astralnego ciała. Ciało przyczynowe czynne jest wówczas, gdy człowiek myśli lub zagłębia się w introspekcji albo medytacji; kosmiczne, genialne myśli zjawiają się u człowieka, który nawykowo posługuje się swym ciałem przyczynowym. W tym znaczeniu można sklasyfikować ogólnie każdą jednostkę ludzką jako: „człowieka materialnego”, „człowieka energii” lub jako „człowieka intelektualnego”.
Przez około szesnaście godzin dziennie człowiek utożsamia się ze swym fizycznym narzędziem. Potem śpi: jeśli ma sny, pozostaje w swym ciele astralnym, stwarzając bez wysiłku wszelkie przedmioty, podobnie jak to czynią istoty astralne. Jeśli sen człowieka jest głęboki i wolny od obrazów, może on na kilka godzin przenieść swą świadomość lub poczucie swego ,ja” do ciała przyczynowego; taki sen daje nowe siły. Człowiek mający sny kontaktuje się ze swym astralnym, a nie przyczynowym ciałem; sen jego nie jest w pełni pokrzepiający.
Z miłością obserwowałem Sri Jukteswara w czasie jego cudownego wykładu.
– Boski Guru – rzekłem – ciało twe wygląda tak samo jak wtedy, gdy ostatnio płakałem nad nim w aszramie w Puri.
– O tak, moje ciało jest doskonałą kopią starego, materializuję lub dematerializuję tę postać, kiedy zechcę, o wiele częściej aniżeli to czyniłem za życia na Ziemi. Dzięki szybkiej dematerializacji podróżuje obecnie momentalnie ekspresem świetlnym z planety na planetę, lub właściwiej, z astralnego świata do przyczynowego lub fizycznego. – Mój boski guru uśmiechał się. – Chociaż w tych dniach poruszałeś się tak szybko, nie miałem żadnej trudności w odszukaniu cię w Bombaju!
– O Mistrzu, tak głęboko martwiłem się z powodu twej śmierci!
– Ach, pod jakim względem umarłem? czy nie ma w tym jakiejś sprzeczności? – Oczy Sri Jukteswara mrugały z miłością i rozbawieniem.
– Ty tylko marzysz na Ziemi; na Ziemi widziałeś tylko moje ciało-marzenie – mówił guru dalej. – Potem pogrzebałeś to ciało-marzenie. Teraz moje subtelniejsze ciało fizyczne, które oglądasz, a nawet teraz ściskasz zbyt mocno! zmartwychwstało na innej, subtelniejszej planecie wyobrażonej przez Boga. Pewnego dnia to subtelniejsze ciało-marzenie jak i subtelniejsza planeta-marze-nie również umrze; one także nie są wieczne. Każda barika-marze-nie musi wreszcie prysnąć przy bliższym jej dotknięciu. Dostrzegaj, mój synu Yoganando, różnicę pomiędzy marzeniem a Rzeczywistością.
Ta idea wedyjskiego zmartwychwstania zdumiała mnie. (Idea Życia i śmierci jako względności samej myśli. Wedanta uczy, że Bóg jest jedyną rzeczywistością; każda istota czy indywidualne istnienie jest „mayą” czyli ułudą. Ta filozofia monizmu uzyskała najwyższy swój wyraz w Komentarzach Siankary do Upaniszadów). Zawstydziłem się, że współczułem Mistrzowi, kiedy widziałem jego martwe ciało w Puri. Zrozumiałem wreszcie, że mój guru zawsze był w pełni oświecony w Bogu, że zdawał sobie sprawę, iż jego życie i śmierć na Ziemi oraz jego obecne zmartwychwstanie nie są niczym więcej jak tylko względnością Boskich idei w kosmicznym marzeniu.
– Powiedziałem ci już Yoganando prawdę o mym życiu, śmierci i zmartwychwstaniu. Nie dręcz się z powodu mnie; raczej rozpowszechniaj wszędzie historię mego zmartwychwstania i przejścia z utworzonej marzeniem Boga Ziemi na nową planetę, utworzoną marzeniem Boga dla dusz w szacie astralnej! Nowa nadzieja wstąpi do serc nieszczęśników, zalęknionych śmiercią, marzycieli tego świata.
Moje wymagania wobec ciebie były wielkie, nieodpowiednie dla natury większości ludzi. Często łajałem cię bardziej aniżeli powinienem był. Wytrzymałeś mą próbę; twoja miłość jaśniała poprzez chmury wszystkich nagan. – Dodał delikatnie: – Przyszedłem, aby ci także powiedzieć: Nigdy już nie będę surowym sędzią. Nie będę cię nigdy więcej strofował.
Jakże dużo nagan potrzebowałem od swego wielkiego guru! Każda z nich była dla mnie opiekuńczym aniołem stróżem.
– Najdroższy Mistrzu! Łajaj mnie milion razy – strofuj mnie teraz.
– Nie będę cię już nigdy upominał. – Jego boski głos był poważny, choć za powagą ukrywał się uśmiech. – Ty i ja będziemy się razem śmiać dopóki nasze postacie w „mayi” – złudzeniu będą się wydawać odrębne, w końcu pogrążymy się jako jedność w Kosmicznym Umiłowanym; uśmiech nasz będzie Jego uśmiechem, a nasza wspólna pieśń radości będzie wibrować przez całą wieczność, by wreszcie zjednoczyć się z Absolutem.
Sri Jukteswar udzielił mi jeszcze wyjaśnień co do pewnych kwestii, których tu nie mogą ujawniać. W ciągu dwóch godzin, które spędził ze mną w pokoju hotelowym w Bombaju, udzielił mi odpowiedzi na każde pytanie. Pewna ilość przepowiedni, wypowiedzianych przez niego w ów czerwcowy dzień 1936 r., już się spełniła.
– Pożegnam cię teraz, kochany! – Przy tych słowach poczułem, że Mistrz rozpływa się w mych obejmujących go ramionach.
– Dziecko moje – zabrzmiał jego głos poruszając do głębi mą duszę – ilekroć przekroczysz wrota nirbikalpa samadhi i wezwiesz mnie, przybędę do ciebie w ciele z krwi i kości, tak samo jak dzisiaj!
Z tą niebiańską obietnicą Sri Jukteswar zniknął mi z oczu. Głos obłoku powtarzał z muzycznym echem: – Powiedz wszystkim! Każdy, kto przy pomocy nirbikalpa samadhi zrozumie, że Ziemia jest marzeniem Boga, może przejść na subtelniejsza, stworzoną także marzeniem planetę i znaleźć mnie tam zmartwychwstałego w ciele zupełnie podobnym do mego ciała ziemskiego. Yoganando, powiedz to wszystkim!
Zniknął smutek rozstania. Żal i ból z powodu jego śmierci, co tak długo pozbawiał mnie spokoju, rozwiał się teraz zupełnie. Szczęście tryskało jakby niezliczonymi fontannami z otwartej na nowo mej duszy. Kanały jej oczyściły się w ekstazie. Dawniejsze me inkarnacje Ukazały mi się przed okiem wewnętrznym jak obrazy filmowe. Dobra i zła karma przeszłości rozpuściła się w świetle kosmicznym, które dzięki wizycie Mistrza rozlało się dokoła mnie.
W niniejszym rozdziale mej autobiografii podporządkowałem się żądaniu Mistrza i podałem radosną nowinę, choć wprawi ona beztroskie obecne pokolenie w jeszcze jedno zakłopotanie. Człowiekowi dobrze znane jest pełzanie, rozpacz rzadko jest mu obca; ale jest to wyrazem jego zepsucia, a nie częścią prawdziwego losu człowieka. W dniu, w którym on tego zechce, znajdzie się na ścieżce wolności. Zbyt długo człowiek poddawał się zgorzkniałemu pesymizmowi swych doradców wmawiających w niego: „prochem jesteś” pomimo jego niezwyciężonej duszy.
Nie tylko ja jeden miałem szczęście widzieć zmartwychwstałego guru.
Jednym z uczniów Sri Jukteswara była pewna staruszka, nazywana przyjaźnie „Ma” (Matka), której dom sąsiadował z pustelnią w Puri; podczas swych porannych przechadzek Mistrz często zatrzymywał się przy niej na chwilę rozmowy. Wieczorem 16 marca 1936 r. „Ma” przybyła do aszramy i prosiła o widzenie się z guru.
– Jakże, przecież Mistrz umarł przed tygodniem! – Swami Sebananda, zarządzający teraz pustelnią w Puri, spoglądał na nią ze smutkiem.
– To niemożliwe! – Zaprotestowała staruszka z uśmiechem. Wówczas Sebananda opowiedział jej szczegółowo o pogrzebie.
– Proszę pójść za mną – powiedział – zaprowadzę na front ogrodu do jego grobu.
„Ma” potrząsnęła głową. – Dla niego nie ma grobu! Dziś rano o godzinie dziesiątej szedł koło drzwi mego domu na zwykłą swą przechadzkę. Rozmawiałam z nim przez kilka minut na wolnym powietrzu. – Proszę przyjść dziś wieczór do aszramy – rzekł.
A wtedy cudowne błogosławieństwo spłynęło na tę moją starą, siwą głowę! Nieśmiertelny guru chciał, abym zrozumiała, w jakim przemienionym ciele odwiedził mnie dziś rano!
Zdumiony Sebananda uklęknął przed nią.
– „Ma” – rzekł – jakiż ciężar smutku zdjęłaś z mego serca! On zmartwychwstał!

Opublikowano ., Człowiek, Ezoteryka, Istota Ludzka, Mistyka, Rozwój duchowy, Świadomość | 1 komentarz

Maya, matrix, jaskinia Platona

Wiele razy dyskutowaliśmy na łamach Mistyki Życia o istocie dualizmu i dualności w świecie materii. Współistnieniu dobra i zła i cykliczności wszystkich procesów. Okazuje się ze poglądy „różnych szkół” są bardzo podobne. Szkoła platońska twierdziła, że na Ziemi obserwujemy tylko cienie, a główne źródło światła istnieje poza czasem i przestrzenią.
jaskinia Platona
Bardzo podobną rolę pełni „zasłona Mayi” termin używany w hinduizmie. Bóg ( niewyczerpana Światłość) przejawia się tutaj na Ziemi w postaci Mayi (materii) złudzenia- praktycznie zlepku atomów. Prawdziwe światło( światłość) istnieje poza materią i czasem. Wydaje się, że poszukiwanie obcych cywilizacji w Kosmosie nie ma najmniejszego sensu. Cywilizacje, które nie potrafią zagęszczać materii stoją na bardzo niskim poziomie, natomiast przedstawiciele tych cywilizacji, które to potrafią kontaktują się w sposób pozazmysłowy z osobami o wysokich wibracjach albo z dziećmi , które posiadają niewinne dusze i czyste serca(objawienia maryjne).Nadchodząca Epoka Wodnika ma być tą epoką, w której istota ludzka odzyska utracone niegdyś moce .Oczywiście na przeszkodzie tego może stanąć „sztuczny matrix- sieć w.w.w. i wszelkiego rodzaju elektronika, która będzie się starała budować wirtualne światy i jednocześnie rolę człowieka sprowadzać do biologicznej maszyny. Każdy z nas, dosłownie każdy potrafi zagęszczać i rozrzedzać swoje ciało i czynić cuda identyczne jak czynił Chrystus. Wystarczy tylko jednoczyć się z Bogiem w modlitwie czy medytacji i odczuwać jego wszechobecność, zdawać sobie z tego sprawę że w rzeczywistości jesteśmy również światłem, które w sposób dualny w postaci materialnego ciała i duszy przejawia się na Ziemi. Wielcy mędrcy powiadali śmierć de facto nie istnieje- jak można zniszczyć energię? .Einstein sformułował swoje słynne równanie E=mc2 dowodzące że materia i energia to jedno ,a czas to po prostu odległość danych dwóch następujących po sobie wydarzeń. W świecie za zasłoną śmierci dualność nie istnieje podobnie jak nie istnieje płeć duszy .Prawdopodobnie dualność ta może też nie istnieć wewnątrz duchowego świata każdego z nas, jeśli potrafimy tylko wyzwolić się z okowów materii. Namiastkę tego stanu możemy doświadczyć zarówno podczas zwykłego snu jak i też odczuć w czasie głębokiej medytacji.

Opublikowano ., Ezoteryka, Matrix, Obserwacje Słońca, Świadomość | 12 komentarzy

Nauka krija-jogi

Wspominana tak często na tych stronach nauka krija-jogi stała się we współczesnych Indiach szeroko znana dzięki pośrednictwu Lahiri Mahasayi, który był guru mego guru. Sanskrycki źródłosłów wyrazu krija oznacza kri – czynić, działać i przynosić skutek; ten sam źródłosłów znajduje się w słowie karma, oznaczającym naturalną zasadę przyczyny i skutku. Krija-joga jest zatem „zjednoczeniem (joga) z Nieskończonym przez pewne działanie lub rytuał”. Jogin, który wiernie stosuje jej technikę, uwalnia się stopniowo od karmy, czyli powszechnego łańcucha przyczynowości.
Z powodów pewnych starożytnych zakazów jogi nie mogę dać na tych stronach pełnego opisu krija-jogi, gdyż książka ta przeznaczona jest dla szerokiej publiczności. Właściwej techniki należy się uczyć z kriabanu czyli krija-jogi; w tym miejscu musi wystarczyć ogólna informacja.
Krija-joga jest prostą psychofizyczną metodą, dzięki której krew ludzka ulega odwęglaniu i ponownemu nasyceniu tlenem. Atomy dodatkowego tlenu przeobrażają się w prąd życia, który odmładza mózg i centra kręgosłupa. (Znany uczony dr George W. Crile z Cleveland opisywał w 1940 r. na zebraniu Amerykańskiego Towarzystwa Popierania Rozwoju Nauki eksperymenty dowodzące, że wszystkie tkanki ciała są elektrycznie ujemne, wyjąwszy mózg i tkanki systemu nerwowego, które są elektrycznie dodatnie, ponieważ wchłaniają prędzej ożywczy tlen). Hamując proces zwiększania się ilości zatrutej krwi, jogin potrafi zwolnić lub powstrzymać proces rozkładu tkanek; jogin zaawansowany przekształca swe komórki w czystą energię. Eliasz, Jezus, Kabir i inni prorocy byli także mistrzami w posługiwaniu się krija-jogą lub inną podobną techniką, dzięki której według swej woli mogli dematerializować swe ciało.
Krija-joga jest starożytną nauką. Lahiri Mahasaya otrzymał ją od swego guru Babadżi, który na nowo odkrył i objaśnił technikę, utraconą w mrocznych wiekach.
– Krija-joga, którą za twym pośrednictwem daję światu w tym dziewiętnastym stuleciu – powiedział Babadżi do Lahiri Mahasayi
– jest kontynuacją tej samej nauki, którą przed tysiącami lat Kriszna przekazał Ardżunie, a która potem była znana Patandżalemu oraz Chrystusowi, św. Janowi, św. Pawłowi i innym uczniom. •
Kriszna, największy prorok Indii, tak mówi w Bhagawad-Gicie o krija-jodze: „Składając dech w ofierze wydechowi oraz ofiarowując wydech wdechowi, jogin neutralizuje oba te tchnienia; wyzwala w ten sposób z sercem siłę życia i poddaje ją swej władzy” (Bhagawad Gita IV: 29). Inaczej mówiąc, jogin wstrzymuje rozkład w ciele przez zabezpieczenie i dodatkową dostawę prany (siły życia), przez uspokajanie pracy płuc i serca, a także wstrzymywanie w ciele mutacji wzrostu przez opanowanie apana (prądu eliminującego). Neutralizując tak rozkład i wzrost, jogin uczy się kontrolować siły życiodajne.
Kriszna również mówi (Bhagawad Gita, IV: 1-2), że on sam w poprzedniej inkarnacji przekazał niezniszczalną jogę starożytnemu iluminatowi Wiwaswatowi, który z kolei podał ją wielkiemu prawodawcy – Manu.97 Ten z kolei nauczył jej Ikshawaku, ojca słonecznej, bohaterskiej dynastii Indii. Przekazywana w ten sposób od jednego do drugiego ta królewska joga strzeżona była przez riszich aż do nadejścia materialistycznych czasów.98 Potem z powodu obowiązującej kapłanów tajemnicy oraz zobojętnienia ludzi święta wiedza stała się stopniowo całkiem niedostępna.
Starożytny mędrzec Patandżali, wybitny przedstawiciel jogi, wspomina dwa razy o krija-jodze; napisał on: Krija-joga składa się z dyscypliny ciała, opanowania umysłu i medytacji o Aum.” Patandżali mówi o Bogu jako o Kosmicznym Dźwięku Aum, który jest Twórczym Słowem, dźwiękiem Wibrującego Motoru. Nawet człowiek początkujący w jodze może wnet usłyszeć wewnętrznie cudowny dźwięk Aum. Otrzymawszy tę błogosławioną duchową zachętę uzyskuje on pewność, że w tym momencie dotyka świata Boskiego.
Patandżali mówi po raz drugi o kontrolowaniu życia czyli technice krija-jogi w sposób następujący: „Wyzwolenie może się dokonać przez pranajamę, którą można osiągnąć przez rozdzielenie wdechu i wydechu.” (Aforyzmy II. 49).
Św. Paweł znał krija-jogę lub technikę bardzo do niej podobną, dzięki której mógł strumień życia wprowadzać do zmysłów lub wyłączyć. Dlatego mógł powiedzieć: „zaprawdę ,codziennie umieram dla chwały naszej, którą mam w Jezusie Chrystusie” (I Kor, 15:31)’ Poprawny przekład to „nasza chwała”, a nie jak się zwykle podaje „wasza chwała”. Św. Paweł miał na myśli wszechobecność Chrystusowej świadomości. Wycofując codziennie swą cielesną siłę życia
jednoczył ją przez jogę z chwałą (wieczystą szczęśliwością) Chrystusowej świadomości. W tym szczęśliwym stanie miał wyraźną świadomość, że jest martwy w stosunku do zmysłowego świata mayi. -” W początkowych okresach obcowania z Bogiem (sabikalpa samadhi) świadomość człowieka pobożnego zlewa się z Duchem Kosmosu; siła życia zostaje wycofana z ciała, które wydaje się „martwe”, czyli bez ruchu i sztywne. Jogin jest w pełni świadomy swego cielesnego stanu o zawieszonym tchnieniu życia. W miarę jednak jak postępuje ku wyższym stanom duchowym (nirbikalpa samadhi), obcuje z Bogiem w zwykłym stanie świadomości, bez fizycznego znieruchomienia, nawet podczas wykonywania swych obowiązków w świecie. (Kalpa oznacza czas lub eon. Sabikalpa oznacza podleganie czasowi lub zmianie: jakiś związek z prakriti czyli materią jeszcze się utrzymuje. Nirbikalpa oznacza: bezczasowy, niezmienny: jest to najwyższy poziom Samadhi).
Krija-joga jest narzędziem i umożliwia przyspieszenie ewolucji ludzkiej, tłumaczył Sri Jukteswar swym uczniom. Starożytni jogini odkryli, że tajemnica świadomości kosmicznej wiąże się ściśle z opanowaniem oddechu. Jest to wyjątkowy i nieśmiertelny wkład Indii do skarbca ludzkiej wiedzy. Siła życia, która normalnie absorbowana jest przez pracę serca, musi być uwolniona do wyższych rodzajów działania z pomocą pewnej metody uspokajania i uciszania potrzeb oddechu.
Krija-joga kieruje myślowo energię życia w taki sposób, aby się ona poruszała do góry i w dół dokoła sześciu ośrodków stosu pacierzowego (międzybrwiowy, szyjny, piersiowy, śledzionowy, pępkowy i podstawy kręgosłupa), odpowiadających dwunastu znakom gwiezdnym Zodiaku, czyli symbolicznemu Człowiekowi Kosmicznemu. Pół minuty obiegu energii dokoła wrażliwego przewodu pacierzowego człowieka powoduje subtelny postęp w jego ewolucji; te pół minuty krija-jogi równa się jednemu rokowi naturalnego rozwoju duchowego.
System astralny istoty ludzkiej z sześcioma (dwunastoma przez Polaryzację) wewnętrznymi konstelacjami, które poruszają się dokoła słońca, jakim jest wszystkowidzące oko duchowe, powiązany jest ze słońcem fizycznym i dwunastoma znakami zodiaku. Każdy człowiek Pozostaje w ten sposób pod wpływem z jednej strony wewnętrznego, a z drugiej zewnętrznego wszechświata. Starożytni riszi odkryli, że ^niskie i niebieskie środowisko posuwa człowieka naprzód po jego naturalnej drodze w dwunastoletnich cyklach. Księgi święte twierdzą Decydowanie, że człowiek potrzebuje miliona lat normalnej, wolnej
od zakłóceń ewolucji, aby mógł udoskonalić swój ludzki mózg w stopniu dostatecznym do wyrażania kosmicznej świadomości.
Tysiąc ćwiczeń krija-jogi wykonanych w ciągu ośmiu godzin daje joginowi w ciągu jednego dnia równoważnik tysiąca lat naturalnej ewolucji, a 365.000 lat ewolucji w jednym roku. W ciągu trzech la( jogin uprawiający krija-jogę może w ten sposób własnym inteligentnym wysiłkiem dokonać tego samego, co przyroda w ciągu miliona lat. Oczywiście, takiego wielkiego skrótu procesu ewolucyjnego za pomocą krija-jogi może się podjąć tylko wysoko rozwinięty jogin. Pod opieką swego guru przygotowuje on swoje ciało i mózg na przyjęcie sil wytworzonych przez intensywne ćwiczenia.
Człowiek, który stawia dopiero pierwsze kroki w krija-jodze, wykonuje swe ćwiczenia tylko dwa razy dziennie. Pewna ilość joginów osiąga wyzwolenie po sześciu, dwunastu, dwudziestu czterech lub czterdziestu ośmiu latach. Jogin, który umiera przed osiągnięciem pełnego urzeczywistnienia, niesie z sobą dobrą karmę swych dotychczasowych wysiłków i ćwiczeń krija-jogi; nowe jego życie niesie go harmonijnie ku jego Nieskończonemu celowi.
Krija-joga nie ma nic wspólnego z amatorskimi ćwiczeniami oddechowymi, których naucza pewna ilość zabłąkanych na fałszywych drogach zapaleńców. Wysiłki ich, aby siłą zatrzymać oddech w płucach, są nie tylko sprzeczne z naturą, ale i zdecydowanie nieprzyjemne. Natomiast ćwiczeniom krija-jogi od samego początku towarzyszy uczucie spokoju oraz kojące poczucie dobroczynnego działania na kręgosłup.
Starożytna technika jogi przeistacza oddech w myśl. Dzięki duchowemu postępowi człowiek może dojrzeć w oddechu akt mentalny.
Można by podać wiele przykładów obrazujących matematyczną zależność pomiędzy szybkością oddychania człowieka a odmianami stanów w jego świadomości. Człowiek, którego uwaga jest czymś całkowicie pochłonięta, jak np. przy śledzeniu krok za krokiem ściśle powiązanych ze sobą ogniw abstrakcyjnego rozumowania lub przy wykonywaniu jakiegoś trudnego fizycznego zadania, automatycznie oddycha bardzo powoli. Ustalenie się uwagi na jakimś przedmiocie zależy od powolnego oddychania; szybkiemu lub nierównemu oddychaniu towarzyszą z reguły szkodliwe stany emocjonalne: strach, żądza, gniew. Niespokojna małpa oddycha 32 razy na minutę, podczas gdy przeciętny człowiek 18 razy. Słoń, żółw, wąż i inne zwierzęta znane ze swej długowieczności oddychają wolniej aniżeli człowiek. Na
przykład żółw, który może osiągnąć wiek 300 lat, oddycha tylko cztery razy na minutę.
Odświeżający efekt snu należy przypisać chwilowej nieświadomości ciała i oddychania. Człowiek śpiący staje się joginem; każdej nocy wykonuje nieświadomie rytuał jogi, polegający na wyzwalaniu się od utożsamienia się z ciałem oraz na łączeniu siły życia z uzdrawiającymi prądami w obszarze ośrodka mózgu oraz sześciu ośrodków siły w kręgosłupie. W ten sposób człowiek śpiący sięga nieświadomie do rezerwuaru kosmicznej energii podtrzymującej wszelkie życie.
Jogin, który działa według własnej woli, wykonuje ten prosty, naturalny proces świadomie, a nieświadomie jako człowiek śpiący. Człowiek uprawiający krija-jogę posługuje się swą techniką w celu odżywienia i nasycenia wszystkich fizycznych komórek czystym światłem i utrzymania ich w stanie namagnetyzowanym. W sposób celowy czyni on oddech niepotrzebnym, bez wytwarzania przy tym stanu podświadomego snu czy nieświadomości.
Dzięki krija-jodze siła życia nie zostaje zmarnowana i zużyta w organach zmysłowych, lecz zostaje zniewolona do połączenia się z powrotem z subtelniejszymi energiami centrów kręgosłupa. Dzięki temu ciało jogina oraz komórki jego mózgu zostają naelektryzowane duchowym eliksirem. W ten sposób wymyka się koniecznościom praw natury, które mogą go tylko powoli – przez środki, które dostarcza właściwe pożywienie, światło słoneczne i harmonijne myśli – doprowadzić do odległego o milion lat celu. Potrzeba dwunastu lat normalnego zdrowego życia, aby spowodować choćby małą, dającą się zauważyć zmianę w budowie mózgu, a milion lat jest niezbędne do takiego wysubtelnienia substancji mózgowej, aby mogła się w niej przejawić kosmiczna świadomość.
Rozwiązując sznur oddechu, wiążący duszę z ciałem, krija-joga przedłuża życie i rozszerza świadomość w nieskończoność. Metoda jogi przerywa zabawę przeciągania liny pomiędzy umysłem a związanymi z materią zmysłami i wyzwala człowieka pobożnego, aby mógł odzyskać swe wieczyste królestwo. Wie on, że jego rzeczywista natura nie jest związana ani z fizycznym więzieniem, ani z oddechem, który jest symbolem jego śmiertelnego niewolnictwa w stosunku do powietrza i przymusu będącego konsekwencją wymogów natury 10°.
Introspekcja lub medytacja jest praktycznym sposobem na oddzielenie umysłu i zmysłów, związanych ze sobą siłą życia. Umysł kontemplacyjny, usiłujący powrócić do boskości, jest nieustannie odrzucany przez prądy życia ku zmysłom. Krija-joga, która przy
pomocy umysłu kieruje bezpośrednio siłą życia, jest najłatwiejsza i najbardziej praktyczną drogą ku Nieskończonemu. W przeciwieństwie do powolnej, niepewnej i wyboistej drogi teologicznej, drogi wozów zaprzężonych w woły, krija-joga może być słusznie nazwana „drogą lotniczą”, szybko prowadzącą ku Bogu.
Nauka jogi opiera się na empirycznym zbadaniu wszystkich form ćwiczenia skupienia i medytacji. Joga daje człowiekowi pobożnemu możliwość włączenia lub wyłączenia według swej woli prądu życia do pięciu zmysłów „telefonów”: wzroku, słuchu, węchu, smaku i dotyku. Zdobywszy tę zdolność wyłączania zmysłów jogin odkrywa, że może w łatwy sposób jednoczyć swój umysł ze światem Boskim lub światem materii. Siła życia nie może go już dłużej wbrew jego woli ściągać ku ziemskiej sferze hałaśliwych wrażeń i niespokojnych myśli. Jako pan swego ciała i umysłu krija-jogin osiąga w końcu zwycięstwo nad swym „ostatnim wrogiem” – śmiercią.
„Tak żywić się będziesz śmiercią, karmiącą się ludźmi;
A gdy śmierć już martwa, nie trzeba umierać”. (Szekspir – Sonet 146)
Życie zaawansowanego krija-jogina nie podlega skutkom dawnych jego czynów; kieruje nim wyłącznie sama dusza. Człowiek pobożny unika w ten sposób powolnego, ewolucyjnego kierownictwa ze strony własnych egoistycznych poczynań, dobrych i złych, oraz codziennego życia – niezdarnego i ślimaczego dla orlich serc.
Wyższa metoda życia duchowego uczyni jogina wolnym, wyzwolonym z więzienia swego ego, poznaje on smak wszechobecności. Siłą kontrastu niewola naturalnego życia zaczyna być dla niego upokarzająca. Jednakże człowiek, który przystosowuje swe życie do zwykłego ewolucyjnego porządku, nie może żądać od przyrody pośpiechu, gdyż potrzebuje ona miliona lat inkarnacyjnych maskarad, aby wreszcie poznał on swe ostateczne wyzwolenie i to w przypadku, gdy nie grzeszy przeciw prawom swej fizycznej i umysłowej natury.
Dalekosiężne metody joginów, zrywających z nawykiem utożsamiania się z ciałem fizycznym i umysłem, godne są polecenia każdemu, kto buntuje się przeciw perspektywie miliona lat. Te granice czasu odsuwają się jeszcze dalej w przypadku zwykłego człowieka, który nie żyje w harmonii z przyrodą, nie mówiąc już o harmonii duszy, lecz ugania się za sprzecznymi z naturą celami, gwałcąc w swej myśli i postępowaniu wymagania zdrowia i zdrowego rozsądku. Dla niego i dwa miliony lat nie wystarczą na osiągnięcie wyzwolenia.
Utożsamiając się ze swym ograniczonym „ja” człowiek staje na stanowisku, że to on myśli, pragnie, czuje, trawi pożywienie i utrzymuje się przy życiu; nigdy nie przypuszcza, choć wystarczyłaby chwila ^fleksji, że w codziennym swym życiu jest tylko marionetką w ręku swych przeszłych czynów (karmy), oraz przyrody i środowiska, ‚intelektualne reakcje każdego człowieka, jego uczucia, postawy i nawyki są wyznaczone przez skutki odpowiednich dawnych przyczyn, stworzonych w tym lub dawniejszym życiu. Jednakże królewska jego dusza stoi powyżej tych wpływów. Jogin, uprawiający krija-jogę, lekceważy drobne swobody i małe prawdy codziennego życia oraz przekracza granice wszelkich złudzeń i rozczarowań, docierając do wyzwolonego bytu. Każde pismo święte głosi, że człowiek jest żywa duszą, a nie zniszczalnym ciałem; krija-joga dostarcza człowiekowi metody przekonania się o prawdziwości tej tezy.
„Zewnętrzny rytuał”, pisze Siankara w swych sławnych Stu Wierszach (Century of Verses), „nie może zniszczyć niewiedzy, gdyż nie jest on z nią sprzeczny. Tylko wiedza urzeczywistniona niszczy niewiedzę… Wiedza nie może powstać w żaden inny sposób, jak tylko przez badanie. Kim jestem? Jak powstał ten świat? Kto jest jego twórcą? Jaka jest materialna przyczyna? Oto jaki rodzaj badania jest potrzebny”. Intelekt nie udziela odpowiedzi na te pytania, dlatego jogini rozwinęli jogę jako technikę duchowego badania.
Krija-joga jest prawdziwym „rytuałem ognia”, który często wychwala Bhagawad Gita. Oczyszczający ogień jogi przynosi wieczyste oświecenie i dlatego różni się od zewnętrznych i mało skutecznych religijnych ceremonii ognia, w których często przy akompaniamencie uroczystych śpiewów razem z kadzidłem ulega spaleniu także postrzeganie prawdy.
Zaawansowany jogin, który cały swój umysł, wolę i uczucie wstrzymuje od fałszywego utożsamiania się z cielesnymi pragnieniami oraz jednoczy swój umysł z ponadświadomymi siłami centrów kręgosłupa, żyje w świecie zgodnie z planem Boga, nie zmuszany do niczego przez bodźce przeszłości czy głupotę ludzkich motywów. Taki jogin osiąga spełnienie swego najwyższego Pragnienia, przybiwszy bezpiecznie do ostatniego portu niewyczerpanej pełni szczęścia Ducha.
Mówiąc o niezawodnej i metodycznej skuteczności jogi, Sri Kriszna wyzwala jogina w następujących słowach: „Jogin stoi wyżej aniżeli umartwiający ciało asceta, wyżej nawet aniżeli ci, co kroczą po ścieżce (dżnana-jogi) lub po ścieżce działania (karma-joga) – bądź :, uczniu Ardżuno, joginem”! (Bhagawad Gita VI:46).

Wszystkie swe zawiłe ludzkie pragnienia i tęsknoty jogin składa w ofierze Bogu i spala je na ołtarzu całopalenia, poświęconemu jedynemu, nieporównanemu Bogu. Taką w swej istocie jest prawdziwa ceremonia ognia jogi; wszystkie przeszłe i obecne pragnienia spalają się w ogniu boskiej miłości. Płomień ostateczny przyjmuje w ofierze wszystkie ludzkie szaleństwa, a człowiek staje się w nim czysty i bez skazy.

I zacytuję jeszcze jeden fragment z kolejnego rozdziału „Założenie szkoły jogi w Ranczi”

Mając do swej dyspozycji duży ogród owocowy, dwadzieścia pięć akrów urodzajnej ziemi, uczniowie, jak i ja sam spędzaliśmy wiele szczęśliwych godzin w pracy na polu w idealnych warunkach. Mieliśmy wśród zwierząt wielu ulubieńców, a między nimi – mądrą sarenkę, która była ubóstwiana przez dzieci. Ja również tak bardzo ją
225

lubiłem, że pozwalałem jej sypiać w swym pokoju. O świcie każdego dnia to małe stworzenie dreptało ku memu łóżku, aby otrzymać poranną pieszczotę.
Pewnego dnia nakarmiłem sarenkę nieco wcześniej niż zwykle gdyż miałem załatwić pewną sprawę w mieście w Ranczi. Chociaż przestrzegałem chłopców, aby jej nie karmili przed moim powrotem jeden z nich był nieposłuszny i dał małej sarence wielką ilość mleka! Gdy powróciłem wieczorem, powitała mnie smutna wiadomość: „Sarenka niemal martwa z powodu przejedzenia”.
Ze łzami w oczach położyłem pozornie martwą sarenkę na swych kolanach i modliłem się żałośnie do Boga o zachowanie jej przy życiu. Po kilku godzinach małe stworzenie otwarło oczy, powstało i zaczęło słabo chodzić. Cała szkoła krzyczała z radości.
Jednakże tej nocy otrzymałem głęboką lekcję, której nigdy nie zapomnę. Gdy czuwałem przy sarence do drugiej w nocy, nagle zasnąłem. We śnie pojawiła mi się sarenka i powiedziała do mnie: „Sprowadziłeś mnie z powrotem. Proszę cię, pozwól mi odejść; pozwól mi odejść”!
„Dobrze”, odpowiedziałem we śnie.
Zbudziłem się natychmiast i krzyknąłem:
– Chłopcy, sarenka umiera!
Dzieci zbiegły się do mnie.
Pobiegłem do kąta pokoju, gdzie umieściłem pieszczoszkę. Uczyniła ostatni wysiłek, aby powstać, a potem upadła do mych stóp martwa.
Zgodnie z karmą zbiorową, która kieruje losami zwierząt, życie sarenki dobiegło końca: sarenka była gotowa do przejścia w wyższą ‚formę życia. Jednakże moje głębokie przywiązanie do niej, które, jak „zrozumiałem później, było egoistyczne, oraz moja gorąca modlitwa zdołały zatrzymać ją w ograniczającej ją formie życia, z której dusza usilnie starała się wyzwolić. Dusza sarenki prosiła mnie we śnie, gdyż bez mego pełnego miłości zezwolenia nie chciała ani nie mogła odejść. Gdy tylko się zgodziłem – odeszła.
Wszelki smutek opuścił mnie; zrozumiałem jeszcze raz, że Bóg chce, aby Jego dzieci kochały na Ziemi wszystko jako Jego cząstkę i nie ulegały złudzeniu, że śmierć wszystko może. Człowiek nie mający głębszej wiedzy widzi tylko nieprzebyty mur śmierci, który pozornie na zawsze ukrywa najdroższych mu przyjaciół. Jednakże człowiek wolny od przywiązań. człowiek, który kocha drugich jako przejaw Boga, rozumie, że w chwil’ śmierci droga mu osoba tylko wraca w sferę radości do Boga.

Opublikowano ., Człowiek, Mistyka, Świadomość | 188 komentarzy

„Mahometański cudotwórca”

Mahometański cudotwórca to bardzo pouczający rozdział z „Autobiografii Jogina”. Działanie mahometańskiego cudotwórcy jest ściśle związane z podpisaniem pewnego rodzaju cyrografu, niekoniecznie z dobrymi duchami, czy mocami. To tworzenie przedmiotów na planie astralnym a potem fizycznym przypomina działania Wolanda z „Mistrza i Małgorzaty”. Woland tez potrafił stwarzać przedmioty, które miały krótki żywot( nie miały właściwych wiązań miedzyatomowych i po pewnym czasie zamieniały się w nicość. To trochę również przypomina świat wirtualny tworzony za pomocą komputera. Niby jest, ale w rzeczywistości go nie ma – wystarczy wyłączyć zasilanie… a świat wirtualny przestaje momentalnie istnieć. Ostatnio dowiedziałem się dziwnej rzeczy, że dzisiejsza sieć internetowa w obecnym kształcie ( zadawania pytań do wszystkich serwerów) może istnieć tylko do roku w przybliżeniu (2017) po drugie hakerzy potrafią stworzyć takie wirusy, które potrafią przejąć całą moc obliczeniowa naszych komputerów. Stworzyliśmy hydrę i nikt nie wie w jaki sposób można odciąć głowy potworowi aby nie odrastały. Tu nie wystarcza modlitwy i pozytywne myślenie- to zdecydowanie za mało.

Mahometański cudotwórca
– Przed wielu laty w tym samym pokoju, w którym teraz mieszkasz, pewien mahometański cudotwórca dokonał na moich oczach czterech cudów.
Tę zadziwiającą wiadomość przekazał mi Sri Jukteswar podczas swej pierwszej wizyty w moim mieszkaniu. Natychmiast po zapisaniu się do Kolegium w Serampore wynająłem pokój w pobliżu pensjonatu „Panthi”. Był to staromodny dom zbudowany z cegły, zwrócony frontem do Gangesu.
– Mistrzu, cóż za zbieg okoliczności! Czyżby świeżo odnowione ściany miały tyle dawnych wspomnień? – Rozglądałem się dokoła po swym skromnie umeblowanym pokoju z wielkim zainteresowaniem.
– To długa historia. – Guru uśmiechnął się sięgając do wspomnień: – Fakir91 ów nazywał się Afzal Ehan. Zdobył on niezwykłe władze dzięki spotkaniu pewnego hinduskiego jogina.
– Synu, jestem spragniony; przynieś mi trochę wody. – Taką prośbę wypowiedział pewnego dnia do Afzala pokryty pyłem san-nyasin; Afzal był wówczas młodym jeszcze chłopcem, mieszkającym w małej wsi we wschodnim Bengalu.
– Mistrzu, jestem mahometaninem. Jakże mógłbyś jako Hindus przyjąć wodę z moich rąk.
– Podoba mi się twoja prawdomówność, moje dziecko. Ja nie przestrzegam zakazów bezbożnych sekciarzy. Idź, przynieś szybko wody.
Pełne szacunku posłuszeństwo Afzala zostało wynagrodzone miłującym spojrzeniem jogina.
– Posiadasz dobrą karmę z poprzednich żywotów – zauważył on uroczyście. – Nauczę cię pewnej metody jogi, która da ci władzę nad jedną z niewidzialnych dziedzin życia. Wielkiej władzy, jaka będzie ci dana, należy używać do godnych celów; nie używaj jej nigdy egoistycznie! Dostrzegam, niestety, że przyniosłeś z poprzednich żywotouj pewne zalążki destrukcyjnych skłonności. Nie pozwól im zakiełkować i rozwinąć się przez pobudzenie ich nowymi grzesznymi czynami. Cała twoja poprzednia karma wymaga, abyś wykorzystał obecne swe życie na połączenie swych osiągnięć w zakresie jogi z najwyższymi humanitarnymi celami.
Po zapoznaniu zdumionego chłopca ze skomplikowaną techniką — mistrz znikł.
Afzal przez dwadzieścia lat wiernie wykonywał swe ćwiczenia z zakresu jogi. Cudowne jego możliwości zaczęły przyciągać powszechną uwagę. Jak się zdaje, towarzyszył mu zawsze pozbawiony ciała duch, którego on nazywał Hazratem. Ta niewidzialna istota potrafiła spełniać każde życzenie fakira.
Zlekceważywszy jednak ostrzeżenie swego mistrza Afzal zaczai nadużywać swych zdolności. Każdy przedmiot, którego dotknął i położył z powrotem, niebawem znikał bez śladu. Ta kłopotliwa zdolność czyniła Afzala niepożądanym gościem!
Od czasu do czasu odwiedzał on wielkie jubilerskie sklepy w Kalkucie w roli ewentualnego kupca. Każdy klejnot, który wziął na chwilę do ręki, znikał niebawem po jego wyjściu ze sklepu.
.Afzala otaczało często kilkuset uczniów, przyciąganych ku niemu nadzieją poznania jego tajemnicy. Fakir zapraszał ich do wspólnej podróży. Na stacji zamawiał i brał do ręki paczkę biletów. Za chwilę zwracał je kasjerowi z wyjaśnieniem: Zmieniłem swe zamiary i nie kupię ich teraz. Gdy potem wsiadał do pociągu wraz ze swą świtą, posiadał już potrzebne bilety. (Mój ojciec powiedział mi później, że Kompania Kolei Bengalsko-Nadżpurańskiej była także jedną z ofiar praktyk Afzala.)
Te postępki wywołały oburzenie przeciw niemu; bengalscy jubilerzy i kasjerzy kas kolejowych popadali w rozstrój nerwowy na widok Afzala! Policja, która usiłowała aresztować go, była bezsilna, gdyż fakir potrafił usunąć obwiniające go dowody prostym poleceniem: „Hazrat, zabierz to”!
Sri Jukteswar powstał z krzesła i wyszedł na balkon mego pokoju, z którego roztaczał się widok na Ganges. Poszedłem za nim, pragnąc się dowiedzieć czegoś więcej o tym mahometańskim Rafflesie.
– Pensjonat „Panthi” należał przedtem do jednego z mych Przyjaciół. Pewnego razu przyjaciel ten zaprosił mnie i około dwudziestu sąsiadów. Byłem wtedy młodzieńcem i bardzo byłem ciekaw głośnego akira. – Mistrz roześmiał się: Ostrzeżono mnie, aby nie mieć przy sobie nic cennego! Afzal popatrzył na mnie badawczo, a potem rzekł:
– Ty masz silne ręce. Zejdź do ogrodu, weź gładki kamień i napisz na nim kredą swoje nazwisko, a potem wrzuć go jak najdalej. Posłuchałem go. Gdy tylko kamień zniknął w odległych falach rzeki, Afzal odezwał się do mnie ponownie:
– Nabierz do garnka wody z Gangesu, aż pod domem.
Gdy wróciłem z naczyniem wody, fakir zawołał: Hazrat, wrzuć kamień do garnka!
Kamień zjawił się natychmiast. Wydobyłem go z garnka i znalazłem na nim swój podpis równie dobrze czytelny jak tuż po napisaniu
Babu (nie pamiętam nazwiska tego przyjaciela Sri Jukteswara i dlatego muszę go nazywać po prostu „Babu” – pan), jeden z mych przyjaciół znajdujących się w pokoju, nosił ciężki antyczny złoty zegarek z łańcuszkiem. Fakir oglądał go ze złowróżbnym podziwem i niebawem zegarek z łańcuszkiem znikł!
– Afzal, proszę cię, zwróć mi tę cenną pamiątkę rodzinną!
– Babu był bliski płaczu.
Mahometanin milczał chwilę stoicko, a potem rzekł: – W żelaznej kasie masz pięćset rupii. Przynieś je, a ja ci powiem, gdzie się znajduje twój zegarek. – Zrozpaczony Babu udał się natychmiast do domu. Niebawem wrócił i wręczył Afzalowi żądaną sumę.
– Idź do małego mostu w pobliżu twego domu – pouczał fakir.
– Wezwij Hazrata, aby ci dał zegarek i łańcuszek.
Babu wyszedł. Gdy powrócił, na twarzy jego widniał uśmiech ulgi, ale nie miał przy sobie żadnych kosztowności.
– Gdy zgodnie ze wskazówką wydałem rozkaz Hazratowi – opowiadał – zegarek mój koziołkując w powietrzu przyleciał do mej prawej dłoni! Możecie być pewni, że schowałem go do kasy pancernej zanim wybrałem się tu z powrotem!
Przyjaciele Babu, którzy byli świadkami tragikomicznego okupu za zegarek, spoglądali na Afzala z oburzeniem. On zaś odezwał się pojednawczo:
– Powiedzcie, co chcecie pić: Hazrat zaraz dostarczy.
Jedni poprosili o mleko, inni o soki owocowe. Nie byłem zbytnio zaskoczony, gdy zdenerwowany Babu zażądał whisky! Mahometanin wydał rozkaz, a Hazrat dostarczył z powietrza opieczętowane naczynia, które z głuchym łoskotem spoczęły na podłodze. Każdy z obecnych otrzymał napój, jakiego sobie życzył.
Obietnica czwartej w tym dniu sztuczki niewątpliwie wynagrodzi^ naszego gospodarza: Afzal ofiarował się dostarczyć natychmiast obiad-
– Zażądajmy najkosztowniejszych potraw – zaproponował pos?j pnie Babu. – Ja chcę mieć wystawny obiad za moje pięćset rup11 Wszystko ma być podane na złotych talerzach!
Skoro tylko każdy wypowiedział swe życzenia, fakir przemówił do niewyczerpanego Hazrata. Powstał duży szum; złote półmiski pełne przygotowanych w skomplikowany sposób potraw, gorących luczi, wielu pozasezonowych owoców wylądowały znikąd u naszych stóp. Wszystko było wyborne. Po godzinie uczty zaczęliśmy opuszczać pokój. Ogromny hałas, jak gdyby ktoś rzucał półmiski i talerze na stos, zmusił nas do obejrzenia się. I oto patrzcie! Nie było śladu po błyszczących talerzach ani po resztkach jedzenia!
– Gurudżi – przerwałem – jeśli Afzal mógł łatwo uzyskiwać tak cenne przedmioty jak złote półmiski, to dlaczego pożądał cudzej własności?
– Fakir nie należał do ludzi wysoko rozwiniętych – wyjaśnił Sri Jukteswar. – Opanowanie pewnej techniki jogi otwarło mu wstęp do świata astralnego, gdzie każde życzenie może być natychmiast zmaterializowane. Dzięki współdziałaniu astralnej istoty, Hazrata, mógł on aktem potężnej woli zakląć atomy energii eterycznej w dowolny kształt. Wytworzone jednak w ten sposób przedmioty są strukturalnie nietrwałe; nie można ich na dłużej zachować. Afzal zaś wciąż jeszcze pożądał bogactw świata, które choć ciężej zapracowane, mają trwalszy byt.
Roześmiałem się. – One także znikają w sposób najbardziej nieprzewidziany!
– Afzal – mówił Mistrz dalej – nie był człowiekiem, który urzeczywistniał w sobie Boga. Prawdziwi święci dokonują cudów o trwałym i dobroczynnym charakterze, a to dzięki swemu zharmonizowaniu się ze Stwórcą. Afzal był tylko zwyczajnym człowiekiem o niezwykłej zdolności sięgania do subtelnego świata astralnego, normalnie dostępnego dla ludzi śmiertelnych tylko po śmierci.
– Teraz rozumiem, Gurudżi. Świat pośmiertny zdaje się posiadać także pociągające cechy.
Mistrz zgodził się ze mną. – Od owego dnia nigdy już nie widziałem Afzala. Kilka dni później Babu przyszedł do mego domu 1 Pokazał mi gazetę, w której zamieszczone było publiczne wyznanie Mahometanina. Z niej to dowiedziałem się o wtajemniczeniu, którego mu udzielił hinduski guru.
Treść końcowej części opublikowanego dokumentu, jak go sobie Sri Jukteswar przypominał, była następująca: – Ja, Afzal Khan, piszę słowa jako akt pokuty i przestrogi dla tych, co dążą do posiadania cudownych władz. W ciągu wielu lat nadużywałem zdolności użyczonych mi dzięki łasce Boga i mego mistrza. Oszołomił mnie egoizm i złudzenie, że jestem wyższy ponad zwykłe prawa moralności Nadszedł wreszcie dzień mego obrachunku.
Niedawno spotkałem pewnego starca na drodze pod Kalkutą Utykał on boleśnie, niosąc błyszczący złotem przedmiot. Odezwałem się do niego z żądzą w sercu.
– Jestem Afzal Khan, wielki fakir. Co tam masz?
– Ta złota kula to całe moje materialne bogactwo; nie może ono interesować fakira. Błagam cię, panie, uzdrów moje kalectwo.
Dotknąłem kuli i poszedłem dalej nic nie odpowiadając. Starzec kuśtykał za mną. Niebawem krzyknął: Moje złoto znikło!
Gdy nie zwracałem na to uwagi, odezwał się nagle bardzo silnym głosem, dziwnie nie licującym z jego słabym ciałem:
– Czy nie poznajesz mnie?
Stanąłem jak wryty, oniemiały i przerażony spóźnionym odkryciem, że ten niepozorny stary kaleka jest ni mniej ni więcej tylko wielkim świętym, który dawno, dawno temu wtajemniczył mnie w jogę. Wyprostował się, a ciało jego stało się natychmiast silne i młodzieńcze.
– Tak to! – Spojrzenie mego guru było płomienne. – Na własne oczy widzę, że sił swych używasz nie na wspomaganie cierpiącej ludzkości, lecz na łupienie jej jak pospolity złodziej! Odejmuję ci twe tajemne zdolności; Hazrat jest już wolny od ciebie. Nie będziesz już dłużej postrachem Bengalu!
Zawołałem Hazrata z boleścią, lecz po raz pierwszy nie zjawił przed mym wewnętrznym okiem. Jakaś ciemna zasłona mayi nagle podniosła się wewnątrz mnie; ujrzałem jasno bluźnierczy charakter swego życia.
– Guru mój, dziękuję ci za przybycie i rozproszenie mego długiego złudzenia. – Łkałem u jego stóp. – Przyrzekam ci zapomnieć o swych światowych ambicjach. Chcę usunąć się w góry, aby samotnie medytować o Bogu w nadziei, że odpokutuję za moją grzeszną przeszłość.
Mistrz spojrzał na mnie z cichym współczuciem – widzę twą szczerość – rzekł wreszcie. – Ze względu na twe dawniejsze posłuszeństwo oraz obecny twój żal i skruchę okażę ci swą łaskę. Wszystkie inne twe władze przepadły, lecz ilekroć będzie ci potrzeba pożywienia lub odzieży, możesz wezwać Hazrata, on ci to dostarczy. A teraz idź i w górach samotnych oddaj się całym sercem wysiłkowi zrozumienia Boga.
Potem mój guru znikł; pozostały mi łzy i rozmyślania. Do widzeń^ świecie! Idę szukać przebaczenia u Kosmicznego Umiłowanego.

Opublikowano ., Istota Ludzka, Matrix, OSTRZEŻENIE, Rozwój duchowy | 33 komentarzy

Doznanie kosmicznej świadomości

Z wielką przyjemnością zacytuję kolejny, niezwykły fragment „Autobiografii jogina” autorstwa Joganandy o poszukiwaniu Boga i doznaniu Kosmicznej Świadomości

„- Jestem z powrotem, Gurudżi. – Zawstydzona moja twarz była bardziej wymowna od mobh słów.
– Chodźmy do kuchni i poszukajmy coś do zjedzenia. – Zachowanie się Sri Jukteswara było tak naturalne, jak gdyby tylko kilka godzin dzieliło nas od ostatniego spotkania.
– Mistrzu, musiałem sprawić ci zawód przez tak nagłe odejście od mych obowiązków tutaj. Myślałem, że będziesz zagniewany na mnie.
– Nie, oczywiście nie! Gniew rodzi się tylko z pokrzyżowania pragnień, a ja nie oczekuję niczego od drugich. Dlatego ich działania nie mogą stanąć w sprzeczności z moimi życzeniami. Nie posłużyłbym się tobą do mych osobistych celów.
– Panie! Nieraz się słyszy mgliste zdania o miłości Bożej – lecz teraz po raz pierwszy mań: konkretny jej przykład płynący z twej wielkiej osobowości! Na ziemi nawet ojciec niełatwo przebacza swemu synowi, który porzuca sprawy swego ojca bez uprzedzenia. Ty jednak nie okazujesz najmniejszego gniewu, chociaż musiałeś mieć wiele kłopotu z powodu wielu niedokończonych przeze mnie zadań.
Patrzyliśmy sobie wzajemnie w oczy, w których błyszczały łzy. Zalała mnie fala szczęścia, byłem świadomy, że Pan w postaci mego guru rozpłomienia małe płomyki w mym sercu do niepojętych rozmiarów kosmicznej miłości.
W kilka dni później udarem się rano do pustego pokoju Mistrza. Zamierzałem medytować, lecz moje nieposłuszne myśli nie chciały uczestniczyć w tym chwalebnym zamiarze. Rozpraszały się jak ptaki przed myśliwym.
– Mukunda! – Głos Jutkteswara dochodził do mnie z odległego zewnętrznego balkonu.
Popadłem w stan równie buntowniczy jak moje myśli. Mistrz zawsze zachęca mnie do medytacji, mruczałem do siebie. Nie powinien mi przeszkadzać, gdy wie, po co przyszedłem do tego pokoju.
Mistrz wezwał mnie ponownie; uporczywie milczałem. Za trzecim razem w tonie jego zabrzmiała nagana.
– Panie, medytuję! – wykrzyknąłem z protestem.
– Wiem, jak medytujesz! – zawołał mój guru – masz umysł rozproszony jak liście w czasie burzy! Chodź tu do mnie.
Zburczany i zdemaskowany, poszedłem do niego zasmucony.
– Biedny chłopcze, góry nie mogły ci dać tego, czego pragnąłeś.
Mistrz mówił pieszczotliwie i pocieszająco. Spokojne jego spojrzenie było niezgłębione. – Pragnienie twego serca się spełni.
Sri Jukteswar mówił w sposób zagadkowy; byłem tym nieco oszołomiony. Uderzył mnie łagodnie w pierś powyżej serca.
Ciało moje znieruchomiało całkowicie, jakby potężny magnes wyciągnął powietrze z mych płuc. Dusza i świadomość uwolniły się momentalnie ze swych fizycznych więzów i jak jakiś świetlisty fluid wypłynęły ze wszystkich porów mego ciała. Ciało było niby martwe, niemniej w głębi intensywnej świadomości wiedziałem, że nigdy przedtem nie żyłem w pełni. Moje poczucie tożsamości nie ograniczało się teraz do samego ciała, lecz ogarniało także wszystkie atomy. Ludzie na dalekich ulicach poruszali się łagodnie na odległej mej peryferii. Korzenie drzew i roślin były widoczne dzięki mglistej przejrzystości gleby; dostrzegałem wewnętrzny przepływ ich soków.
Cała okolica jakby obnażona znajdowała się przede mną. Mój zwykły frontalny sposób widzenia zmienił się teraz na rozległe sferyczne widzenie, dostrzegające naraz wszystko. Przez tył głowy widziałem ludzi przechodzących ulicą Rai Ghat; zauważyłem również białą krowę, która powoli się zbliżała. Gdy znalazła się przed otwartą bramą aszramy, obserwowałem ją także fizycznymi oczami. Gdy przeszła dalej poza ceglaną ścianę, widziałem ją nadal wyraźnie.
Wszystkie przedmioty w obrębie mego panoramicznego widzenia drgały i wibrowały jak szybko zmieniające się obrazy filmu. Moje ciało i Mistrza, dziedziniec kolumnowy, meble i podłoga, drzewa i światło słoneczne w pewnej chwili gwałtownie się poruszyły, aż wszystko się roztopiło w świetliste morze, podobnie jak kryształy cukru wrzucone do szklanki wody rozpuszczają się, gdy się je porusza. Jednoczące wszystko światło pojawiało się kolejno po materializacjach form w metamorfozach ujawniających działanie prawa przyczyny i skutku w stworzeniu.
Ocean radości uderzył o spokojne, nieskończone brzegi mej duszy; Duch Boga, zrozumiałem, jest niewyczerpaną szczęśliwością; ciało Jego to niezliczone tkanki światła. Wzbierająca we mnie wspaniałość zaczęła wyłaniać miasta, kontynenty, ziemię, systemy słoneczne i gwiezdne, delikatne mgławice unoszące się w przestworzach wszechświata. Cały kosmos, łagodnie jaśniejący, jak miasto widziane w nocy z dala, migotał w nieskończoności mej istoty. Ostro zarysowane linie globów nieco zanikały na najdalszych krańcach, widziałem tam łagodne promieniowanie, nigdy nie słabnące. Było ono nieopisanie subtelne; obrazy planet tworzyły się z gęstego światła.
Boskie promieniowanie wylewało się z Wiecznego Źródła, rozpalając się w Mleczne Drogi, przeobrażając się w nie dające się opisać aury. Wciąż na nowo widziałem, jak twórcze promienie zagęszczały się w konstelacje gwiazd, a potem rozpływały się w płaty przejrzystego płomienia. Dzięki rytmicznemu zanikaniu sekstyliony światów przechodziły w stan przeźroczystej światłości, firmament stawał się ogniem.
Dostrzegłem centrum najwyższego nieba jako punkt intuicyjnego postrzegania w mym sercu. Promienisty blask szedł od jądra mojej istoty ku każdej części struktury wszechświata. Błoga amrita, nektar nieśmiertelności, pulsowała we mnie z płynnością żywego srebra. Słyszałem rozbrzmiewający twórczy głos Boga jako Aums3; wibrowanie Kosmicznego Motoru.
Nagle powietrze wróciło do mych płuc. Z rozczarowaniem niemal nie do zniesienia zrozumiałem, że moja nieskończona niezmierzoność przepadła. Z powrotem byłem zamknięty w upokarzającej klatce ciała, niełatwo dającej się przystosować do potrzeb Ducha. Jak marnotrawny syn musiałem porzucić swój makrokosmiczny dom i uwięzić się w ciasnym mikrokosmosie.
Mój guru stał przede mną nieruchomy, upadłem do jego świętych stóp, pełen wdzięczności za doświadczenie kosmicznej świadomości, którego od dawna namiętnie szukałem. Guru podniósł mnie i powiedział spokojnie i bezpretensjonalnie:
– – Nie możesz się upić ekstazą. Czeka cię duża praca na świecie. Chodź, zamieciemy balkon, a potem przejdziemy się nad Ganges.
Przyniosłem miotłę; zdawałem sobie sprawę, że Mistrz uczy mnie tajemnicy zrównoważonego życia. Dusza musi się unosić nad kosmogonicznymi otchłaniami, podczas gdy ciało wypełnia swoje codzienne obowiązki. Gdy wyszliśmy później na przechadzkę, wciąż jeszcze Pozostawałem w stanie niewyrażalnego zachwytu. Widziałem nasze ciała jako dwa obrazy astralne poruszające się po drodze nad rzeką, obrazy, których istotę stanowiło czyste światło.
– Duch Boga aktywnie podtrzymuje każdą formę i siłę we wszechświecie; On sam jednak jest transcendentalny i daleki w błogiej,
nieogarnionej próżni poza światami wibracyjnych zjawisk84 – objaśniał Mistrz. – Święci, którzy rozumieją swą boskość, nawet będąc w ciele, wiedzą o swym podwójnym istnieniu. Starannie wykonują swą ziemską działalność, pozostają jednak pogrążeni w wewnętrznym stanie szczęścia. Pan stworzył wszystkich ludzi w bezgranicznej radości Swego bytu. Chociaż ludzie są boleśnie skrępowani swoim ciałem, to jednak Bóg oczekuje, że dusze stworzone na jego obraz wzniosą się ostatecznie ponad wszelkie utożsamienie się ze zmysłami i z powrotem z nim się zjednoczą.
Wizja kosmiczna nauczyła mnie wiele w sposób trwały. Codziennie po uciszeniu myśli mogłem się uwolnić od złudnego przekonania, że jestem masą ciała, krwi i kości chodzącą po twardym gruncie materii. Obserwowałem, że oddech i niespokojny umysł podobne są do gwałtownych burz, które przekształcają ocean światła w fale materialnych form – w ziemię, niebiosa, istoty ludzkie, ptaki, zwierzęta, drzewa. Nie można ujrzeć Nieskończonego jako Jedynego Światła dopóki się nie uciszy tych burz. Ilekroć uciszyłem te dwie formy zamętu, obserwowałem jak niezliczone fale stworzenia roztapiały się w jedno świecące morze, podobnie jak fale oceanu, gdy ustaje burza, w jasności odzyskują swą jedność.
Mistrz obdarza ucznia boskim doświadczeniem kosmicznej świadomości, gdy z pomocą medytacji uczeń wzmocni swój umysł w takim stopniu, że ten ogrom perspektywy go nie przytłoczy. Doświadczenia tego nie można nigdy nikomu użyczyć na podstawie samej tylko intelektualnej jego gotowości lub otwartości umysłu. Tylko należyte jego wzmocnienie z pomocą ćwiczeń jogi i nabożnej bhakti może przygotować umysł na przyjęcie wyzwalającego wstrząsu wszechobecności. Przychodzi on jako naturalna i nieunikniona konieczność do każdego prawdziwie pobożnego człowieka. Intensywne pragnienie zaczyna pchać człowieka ku Bogu z nieodpartą siłą. Pan, jak wizja kosmiczna, zostaje przyciągnięty przez magnetyczny zapał człowieka, który szuka go w kręgu swej świadomości.”

Opublikowano ., Człowiek, Ezoteryka, Kosmos, Rozwój duchowy, Świadomość | 35 komentarzy