Śpieszmy się

Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
zostaną po nich buty i telefon głuchy
tylko co nieważne jak krowa się wlecze
najważniejsze tak prędkie że nagle się staje
potem cisza normalna więc całkiem nieznośna
jak czystość urodzona najprościej z rozpaczy
kiedy myślimy o kimś zostając bez niego

Nie bądź pewny że czas masz bo pewność niepewna
zabiera nam wrażliwość tak jak każde szczęście
przychodzi jednocześnie jak patos i humor
jak dwie namiętności wciąż słabsze od jednej
tak szybko stąd odchodzą jak drozd milkną w lipcu
jak dźwięk trochę niezgrabny lub jak suchy ukłon
żeby widzieć naprawdę zamykają oczy
chociaż większym ryzykiem rodzić się niż umrzeć
kochamy wciąż za mało i stale za późno

Nie pisz o tym zbyt często lecz pisz raz na zawsze
a będziesz tak jak delfin łagodny i mocny

Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
i ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą
i nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości
czy pierwsza jest ostatnią czy ostatnia pierwszą

ks. Jan Twardowski
znicze

Opublikowano ., Człowiek | 1 komentarz

Jednak zjawisko synchroniczności istnieje! Podsumowanie aktywności największej od 24 lat plamy na Słońcu o numerze 2192

Wraz z rozwojem( rozrostem i zmianą konfiguracji plamy 2192, a właściwie 12192) zastanawiałem się, co oznaczają litery FKC oznaczające klasę tej plamy, co to jest klasyfikacja plam słonecznych wg Mc Intosha i czy kiedykolwiek w ostatnim okresie ( XX wiek XXI wiek) pojawiła się plama o większej powierzchni. Z dostępnych źródeł dowiedziałem się, że największa jak do tej pory plama została zaobserwowana pod koniec marca 1947 roku i miała 6132 milionths W porównaniu z nią plama 2192 ( 2750 milionths) jest prawie 3-krotnie mniejsza. Co ciekawe w 1947roku w lipcu miało miejsce zdarzenie w Roswell i odkrycie jaskini w Qumran, w której były zgromadzone papirusy z okresu wczesnochrześcijańskiego. Okazuje się, że podobne ( jeśli nie takie same) rozważania były prowadzone na blogu Hawkeye Astro Blog.Co jest jednak bardzo zastanawiające to to, że żadnemu rozbłyskowi nie towarzyszył koronalny wyrzut masy i ten fakt różnił zachowanie plamy 2192 z 2014 roku od plamy 486 z 2003 roku ( wtedy nastąpił rozbłysk klasy X17.2, któremu towarzyszyło CME i był bezpośrednio skierowany w Ziemię( zorza polarna była widziana na Florydzie!) Pewnym wytłumaczeniem braku CME może być to że rozbłyski zachodziły na powierzchni Słońca. Po prostu Bóg miał nas Ziemian w swojej opiece :)
ranking_biggest_sunspots

AR2192 – największa grupa plam tego cyklu niczym bliźniacza poprzedniczka z października 2003: małe śledztwo
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w usłudze TwitterUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Aktywność słoneczna słoneczna w dalszym ciągu ulega wzrostowi. Dzisiejszy tekst będzie nie tyle o ostatnich wydarzeniach na Słońcu, co o swobodnych przemyśleniach jakie nasuwają się w związku z widoczną gołym okiem grupą plam 2192 i jej podobieństwie do pewnej grupy poprzedniego cyklu, która dostarczyła silnych burz magnetycznych i zórz polarnych również w ostatniej dekadzie października, tyle że 2003 roku.

W dniu wczorajszym, 20 października, doszło do pięciu rozbłysków klasy M, z których najsilniejszy klasy M4.5 w zakresie rentgenowskim miał miejsce o godz. 18:37 CEST. Żadnemu z tych zjawisk nie towarzyszyły większe wyrzuty koronalne, dotychczasowe zjawiska pozostaną więc bez wpływu na aktywność geomagnetyczną. Tak wygląda poziom emisji rentgenowskiej rejestrowanej przez sondę GOES za ostatnie dni – robi się ładnie, ale myśląc o zorzach musimy liczyć na więcej. A tak tarcza słoneczna z 21 października 2014 roku – warto ten wygląd i tego potwora w południowo-wschodniej części tarczy zapamiętać – dlaczego, o tym od kolejnego zdania.

Sprawcą wszystkich rozbłysków jest potężna grupa plam 2192 – największa, jaka powstała dotychczas na Słońcu podczas trwającego od 2008 roku 24. cyklu aktywności słonecznej. Obszar ten posiada niespokojne pole magnetyczne beta-gamma-delta czyniące go kandydatem do wytwarzania kolejnych silnych rozbłysków, które w przypadku wystąpienia z wyrzutami koronalnymi między 22 a 26 października, będą miały szanse mieć większy wpływ na aktywność zórz polarnych.

Obszar aktywny 2192 w niedzielne przedpołudnie posiadał powierzchnię 1240 milionowych powierzchni, czyli tłumacząc z polskiego na nasz, ponad 3650 mln km2 (10 milionowych to 30,4 mln km2). Już wtedy, ledwie po wyłonieniu zza krawędzi dostrzegalny był gołym okiem, z użyciem samego filtra słonecznego, co na tym blogu wobec kiepskiego 24. cyklu słonecznego zawsze traktuję jako wystarczający powód do ogłoszenia alarmu dla czytelników i jeszcze gorętszego zachęcenia do obserwacji. Część z Was z pewnością już z tego skorzystała – bardzo się cieszę, część pewnie nie – a jeśli nie, to czas najwyższy!

Obecnie rozmiary tego regionu wynoszą już 2180 milionowych, co stawia go na pierwszym miejscu wśród obszarów aktywnych obecnego cyklu i daje mu prawo równać się z najciekawszymi regionami bardziej intensywnego 23. cyklu – jak choćby z grupą 486, którą za moment weźmiemy sobie na celownik w rozważaniach.

Ewolucja obszaru 2192 od 18 do 20.10.2014 z porównaniem wielkości Ziemi (SDO)

W związku z powyższym nie muszę chyba zachęcać do obserwowania zmian w budowie tej grupy amatorskimi metodami, bo wydaje się to jasne jak Słońce. Mimo tak słabego maksimum mamy teraz najbardziej imponującą rozmiarami grupę plam w tym cyklu, widoczną gołym okiem, która co pewien czas emituje istotne rozbłyski. Takiego rarytasu jaki dostaliśmy od Słońca na ostatnią dekadę października jako amatorzy astronomii nie możemy nie docenić. Powiecie – pogoda. To prawda. Ale nawet u nas zdarzają się rozpogodzenia – wystarczy choć jedno, na godzinę czy pół, by takiej niezapomnianej obserwacji dokonać. Byle z zachowaniem metod bezpieczeństwa!

Grupa 2192 niczym niesforna 486 z października 2003
Ileż to podobieństw ma obszar 2192 z grupą 486 z poprzedniego maksimum! Ale najpierw trochę efektownego wspominania. Obszar aktywny 486 wytworzył się na Słońcu tuż przed trzecią dekadą października 2003 roku. W chwili położenia na tarczy porównywalnego do obecnego dla obszaru 2192 – kwadrant południowo-wschodni, S13E24, grupa 486 (wóczas S15E31) posiadała rozmiar 2170 milionowych powierzchni, czyli nawet była o 10 milionowych mniejsza, niż dzisiejsza grupa.

Grupa 486 przemieszczała się na porównywalnych szerokościach heliograficznych – 15 stopni szerokości południowych, podczas gdy obecna 2192 według stanu na 21.10, godz. 14:00 CEST ma położenie S13E24, a więc znajduje się o 2 stopnie jeszcze bliżej słonecznego równika od swojej poprzedniczki z 23. cyklu. To oznacza bardziej bezpośrednie skierowanie na Ziemię podczas przetaczania się przez centralne rejony tarczy. Wreszcie pod względem budowy, grupy te są praktycznie bliźniacze – w obu przypadkach są to grupy klasy FKC według klasyfikacji plam McIntosh’a, co przekłada się w tej sytuacji na tą samą budowę pola magnetycznego – w obu przypadkach beta-gamma-delta, czyniącego taki region niestabilnym magnetycznie obszarem zdolnym produkować rozbłyski najwyższej energii.

porownanie_486_i_2192

Porównanie położenia na tarczy, rozmiarów i budowy obszarów aktywnych 486 z 23. cyklu słonecznego i 2192 z 24. cyklu.
W obu przypadkach grupy posiadają tę samą klasę FKC wg klasyfikacji McIntosha, oraz te same typy pól magnetycznych beta-gamma-delta, przyczyniające się do emisji najsilniejszych rozbłysków.
(na podst. zdjęć SOHO i SDO)

Pamiętacie, co grupa 486 wyczyniała w ostatnim tygodniu października 2003 roku? Rok temu z okazji 10. rocznicy tamtych wydarzeń napisałem tu specjalny czteroczęściowy cykl tekstów, zachęcam by do niego zajrzeć. 28 października 2003 roku przy bezpośrednim skierowaniu na Ziemię grupa 486 wyemitowała rozbłysk klasy X17.2 połączony z wyrzutem koronalnym full-halo uwolnionym w przestrzeń z prędkością około 2000 km/sek. – osiągnął on Ziemię nieco ponad 24 godziny od rozbłysku i wywołał burzę magnetyczną kategorii G5. Zorze polarne zatańczyły nawet nad Florydą! Rozbłysk ten był jedynie zaczątkiem nirwany dla astroamatorów na przełomie października i listopada 2003 – to co najlepsze, dopiero się rozkręcało, a wspomniany cykl tekstów to przypomina.

Mamy wiele podobieństw słynnej grupy 486 do będącej coraz lepiej skierowaną ku Ziemi grupą 2192. Dzieje się to w niemal tym samym okresie roku, co 11 lat temu, ale akurat samo podobieństwo czasu może być tylko zbiegiem okoliczności – mimo to wartym, moim zdaniem, odnotowania. Zastanawiać się można też czy zarysuje się jakaś powtórka z rozrywki w kolejnych dniach oraz czy jesteśmy jeszcze w końcowej fazie drugiego szczytu obecnego cyklu, czy może już schodzimy po równi pochyłej do kolejnego minimum.

Znaczenie w szacowaniu fazy cyklu ma bowiem nie tylko wspomniana lokalizacja obszarów według szerokości heliograficznych zgodna z prawem Spörera. Także ze względu na budowę grupy 2192 jak i pozostałych grup ostatnimi czasy widocznych, można podejrzewać, że przechodzimy przez fazę cyklu podobną do tej z ostatniego kwartału 2003 roku – wówczas zarysował się drugi szczyt 23. cyklu słonecznego. Także w zależności od budowy poszczególnych grup można szacować nie tylko prawdopodobieństwo silnych rozbłysków z uwagi na skomplikowane pola magnetyczne takich obszarów, ale też oceniać, w której fazie cyklu się znajdujemy.

W marcu pisałem tu o rozważaniach zakładających trwanie drugiego szczytu obecnego 24. cyklu słonecznego, parę miesięcy później w podobnym tonie wyrazili się heliofizycy NASA z Instytutu Marshall Space Flight Center, jeszcze później doświadczyliśmy… pierwszego dnia od trzech lat z zerową liczbą Wolfa, po czym aktywność stopniowo zaczęła rosnąć, przynosząc m.in. najsilniejszą jak dotąd (G3) burzę magnetyczną tego roku, i obecnie wciąż zdaje się sugerować trwanie, być może w formie ostatków, tego drugiego szczytu. Jednocześnie równie prawdopodobna zdaje się być trwająca właśnie faza spadku, już po maksimum danego cyklu, w której uwidacznia się stopniowe wygasanie aktywności aż do czasu kolejnego minimum. Historia pokazuje bowiem, że właśnie także w trakcie fazy spadkowej, dochodziło do zjawisk tak geoefektywnych, przynoszących silne rozbłyski, potężne wyrzuty koronalne i rozległe zorze polarne, jak podczas maksimów, tyle, że w bardziej sporadycznym wydaniu.

Podsumowując jakoś te rozważania, mamy coraz bliżej centrum tarczy największą jak dotąd grupę plam 24. cyklu słonecznego – 2192 – która wykazuje coraz większe podobieństwo w budowie i niespokojnej naturze do wspomnianej grupy 486 widocznej na tarczy w ostatnim tygodniu października 2003 roku. Tak jak 486, tak 2192 przemieszcza się przez porównywalne szerokości heliograficzne, po równoleżnikach nieodległych znacząco od słonecznego równika – co tym bardziej poprawi bezpośrednie skierowanie „twarzą w twarz” na Ziemię, gdy ruch obrotowy przyniesie ją do centrum tarczy (22-26.10). Nierozwiązaną kwestią pozostaje pytanie, czy grupa 2192 powtórzy choćby w pewnym stopniu wyczyny swojej bliźniaczej poprzedniczki? Idzie chłodny wyż, idą rozpogodzenia, Księżyc w nowiu nie rozświetla nieba, a skierowanie grupy 2192 na Ziemię coraz korzystniejsze. Ach, żeby tak powtórzyła się końcówka października 2003!

Rozbłysk klasy X1.6 i ogólna aktywność z 22.10.2014
Dodane 22.10.2014 / 21:50 CEST [LINK DO AKTUALIZACJI]

Z dniem 22 października obszar aktywny 2192 ponownie uległ zwiększeniu z 2180 do 2410 milionowych powierzchni, co czyni go nie tylko rekordową grupą plam obecnie trwającego 24. cyklu aktywności słonecznej, ale też największą grupą od czasu uformowania wspomnianej wyżej grupy 486 dokładnie 11 lat temu, w ostatniej dekadzie października 2003.

Dzień ten rozpoczął się od silnego rozbłysku klasy M8.7, którego maksimum wystąpiło o godz. 03:59 CEST. Do przekroczenia progu najwyższej klasy X zabrakło zatem zaledwie 1,3 jednostki skali promieniowania rentgenowskiego. Zjawisku towarzyszyła emisja radiowa typu IV, która często oznacza powstanie dużych wyrzutów koronalnych – niestety tym razem teoria nie pokryła się z praktyką i do CME nie doszło. Zjawisko pozostanie więc bez wpływu na aktywność geomagnetyczną – jedynym jego efektem były kilkunastominutowe blackouty fal radiowych poziomu R2 na osłonecznionej części Ziemi w czasie rozbłysku – głównie rejony Azji. O godz. 07:17 CEST obszar 2192 wyemitował rozbłysk klasy M2.7 – maksimum było jednak krótkotrwałe, zjawisko zakończyło się cztery minuty później i do wyrzutu koronalnego nie doszło.

Najsilniejszy jak dotąd rozbłysk wystąpił o godz. 16:24 CEST – maksimum w klasie X1.6 utrzymywało się cztery minuty, ale rozbłysk zakończył się dopiero o 16:50 – to trzecie pod względem energii zjawisko 2014 roku. Po chwili na osłonecznionej półkuli ziemskiej nastąpił blackout radiowy poziomu R3, którego skutki odczuwalne były jeszcze przez około godzinę. I niestety – na tym blackoucie kończy się wpływ tego silnego rozbłysku na Ziemię. Co frustrujące, rozbłysk nie uwolnił koronalnego wyrzutu masy.

Niestety mimo dużej ilości rozbłysków, natura tych wszystkich zjawisk pozostaje ta sama – za żadnym razem nie doszło do przerwania linii pola magnetycznego tego obszaru w trakcie rekoneksji tych linii, co można dostrzec analizując zdjęcia z SDO w długościach fali 94, 131 i 171 angstremów. Po każdym z rozbłysków linie pola magnetycznego tych plam pozostają niezmienne i posiadają takie same właściwości jak przed rozbłyskami. Aby do uwolnienia materii słonecznej doszło, linie takie w wyniku rekoneksji muszą ulec rozerwaniu – wówczas zgromadzona energia i materia zostaje uwolniona w przestrzeń. Z kolei w długości 193 angstremów, kanału przeznaczonego do obserwacji korony słonecznej, po żadnym, zwłaszcza tym najsilniejszym rozbłysku, można dostrzec, że nie doszło do żadnych zaburzeń charakterystycznych przy uwalnianiu CME: nie widzimy ani rozchodzącej się fali uderzeniowej, ani pociemnienia koronalnego widocznego przy emisji CME, a pętle koronalne nad obszarem 2192 związane z jego polem magnetycznym pozostają w niezmiennej postaci i położeniu. Także więc i ten rozbłysk swój wpływ na Ziemię kończy zaledwie godzinnym blackoutem radiowym wysokich częstotliwości nad Europą, Atlantykiem po wschodnie obszary obu Ameryk.

W trakcie fazy spadkowej rozbłysku klasy X1.6 doszło do rozbłysku klasy M1.4 z dawnego obszaru 2181 znajdującego się jeszcze za wschodnią krawędzią tarczy. Zjawisku towarzyszył niewielki wyrzut koronalny, który z uwagi na wystąpienie za wschodnią krawędzią, uwolniony został daleko na wschód od linii Słońce-Ziemia. Jest to jednak zawsze kolejna potencjalna grupa plam, które być może stanie się interesującym obszarem po ponownym wstąpieniu na tarczę.

Mimo wysokiej jak ten cykl aktywności słonecznej w ostatnich godzinach, jako amatorzy nocnego nieba spragnieni wzmożonej aktywności zórz polarnych nie mamy na razie szczęścia. Żaden z dotychczasowych rozbłysków w grupie 2192 nie uwolnił CME, co z jednej strony niczego jeszcze nie przekreśla na najbliższe dni, ale z drugiej rodzi obawy, że kolejnym ewentualnym rozbłyskom, nawet tym najwyższej energii, nie będą towarzyszyć wyrzuty koronalne, dopóki nie nastąpi odpowiednia przebudowa grupy plam 2192 i linii pola magnetycznego w jej obrębie.

Obszar 2192 w dalszym ciągu pozostaje niestabilną magnetycznie grupą plam, która najpewniej będzie produkować kolejne silne rozbłyski. Z dniem dzisiejszym rozpoczął się czterodniowy okres przejścia tej grupy przez centrum tarczy i bezpośredniego skierowania na Ziemię – trzymajmy kciuki by kolejnym rozbłyskom towarzyszyły silne wyrzuty koronalne. Weekend zapowiada się z chłodnym, ale pogodnym wyżem, Księżyc jutro znajdzie się w nowiu, zatem w przypadku silnych CME, na ewentualne wyczekiwanie zórz mielibyśmy wymarzone okoliczności. Grupo 2192, do dzieła!

Więcej

http://astrohawkeye.blogspot.com/2014/10/najwieksza-grupa-plam-24-cyklu-slonecznego-niczym-grupa-486-z-poprzedniego-maksimum.html

Opublikowano Człowiek, Obserwacje Słońca | 76 komentarzy

Niepotrzebna? zmiana czasu zimowego na letni

Po raz pierwszy zmiana czasu z zimowego na letni miała miejsce w Niemczech w roku 1916 w czasie I Wojny Światowej. W artykule zamieszczonym poniżej twierdzi się ze z punktu psychiki człowieka gorsza jest zmiana wiosenna bo śpimy o godzinę krócej i organizmowi dość trudno przyzwyczaić się do tego nowego rytmu czasu. Z mojej obserwacji wynika jednak zupełnie inna teza. Dużo gorsza jest zmiana jesienna bo jest dzień krótszy o godzinę po południu Słońce zamiast zachodzić np o 17.20 zachodzi już o 16.20. Niektórzy ludzie nie lubią kiedy szybko wieczorem lubi się ciemno i wtedy gorzej się czują. Prawdopodobnie ten efekt nie maiłby mniejsza gdyby ewentualna zmiana czasu miała miejsce po koniec września , a nie pod koniec października kiedy Słońce już stosunkowo szybciej zachodzi. Ideałem byłby jeden czas albo letni albo zimowy. Problematyczne jest też sporządzanie kosmogramów dla osób urodzonych za granicą. Trzeba pamiętać, że w różnych krajach w sposób odmienny wprowadzano czas letni. Są również kraje jak USA, w których w niektórych stanach wprowadza się czas letni a w innych nie.

Skąd te zmiany?
Stosowanie czasu letniego ma umożliwić bardziej efektywne wykorzystanie światła słonecznego (dziennego). Latem czas lokalny przesuwany jest o godzinę do przodu w stosunku do czasu geograficznego, dzięki czemu zachód słońca następuje godzinę później.
Czas zimowy, to czas lokalny obowiązujący w okresie jesienno-zimowym. Jesienią czas lokalny przesuwany jest o godzinę do tyłu, tak więc zrównuje się z czasem geograficznym.
W które dni roku następuje zmiana czasu?
W Unii Europejskiej zmiana czasu z zimowego na letni następuje w ostatnią niedzielę marca o 1:00 (czasu uniwersalnego UTC), natomiast zmiana czasu z letniego na zimowy następuje w ostatnią niedzielę października również o 1:00 w nocy czasu uniwersalnego, ale tym razem o godzinę do tyłu.
W Polsce
W Polsce zmiany czasu letniego i zimowego regulowane są rozporządzeniem Prezesa Rady Ministrów z 5 stycznia 2012 r. w sprawie wprowadzenia i odwołania czasu letniego środkowoeuropejskiego w latach 2012–2016 (Dz.U. 2012 nr 0 poz. 33). Zgodnie z tym rozporządzeniem zmiana czasu z zimowego na letni polega na zmianie wskazań zegarów z godziny 2:00 na godzinę 3:00, która będzie godziną początkową czasu letniego środkowoeuropejskiego. Powrót do czasu zimowego wymaga cofnięcia o jedną godzinę wskazań zegarów, tj. z godz. 3:00 na 2:00.
Zmiany czasu na świecie
Początki
Jednymi z pionierskich krajów we wprowadzaniu czasu letniego były Niemcy, którzy zaczęli go stosować podczas I wojny światowej, a dokładnie 30 kwietnia 1916 roku (powrót do czasu zimowego nastąpił 1 października 1916 r.). Podyktowane to było chęcią zaoszczędzenia węgla używanego do produkcji energii elektrycznej, a jednocześnie bardzo cennego w czasie wojny. Wkrótce zmiany czasu zostały wprowadzone w Wielkiej Brytanii, a następnie w większości krajów europejskich. W Rosji przejście na czas letni wprowadzono w 1917 r. a w Stanach Zjednoczonych w 1918 r.
W Polsce przejścia z czasu zimowego na letni i z powrotem stosowane było okresowo. Wprowadzone w okresie między I a II wojną światową, następnie podczas okupacji hitlerowskiej, a po wojnie w latach 1946 — 1949, 1957 — 1964 oraz od 1977 roku do chwili obecnej.
Obecnie
W 2014 roku zmianę czasu stosuje 79 krajów, przy czym w niektórych z nich zmiany dotyczą tylko wybranych części, np. w Stanach Zjednoczonych. Łącznie dotyczą one ponad miliarda ludzi na całym świecie. Znacznie więcej, bo aż 159 krajów, nie stosuje w ogóle zmiany czasu, w tym Chiny oraz Indie. W Europie zmiany czasu dotyczą większości państw z wyjątkiem Islandii oraz Rosji. Jedynym wysoko uprzemysłowionym państwem, które nie wprowadziło czasu letniego, jest Japonia.
Stosowanie czasu letniego od wielu lat budzi kontrowersje, raz po raz wysuwane są nowe argumenty za i przeciw takiemu rozwiązaniu. Przykładowo, wg Belfast Telegraph dodatkowa godzina światła dziennego popołudniu jest korzystna dla turystyki, ponieważ zwiększa liczbę odwiedzających, którzy biorą udział w różnego rodzaju imprezach i spotkaniach organizowanych na świeżym powietrzu. To z kolei przekłada się na większe zarobki sklepów, restauracji, transportu oraz organizatorów imprez.
Kontrowersje wokół stosowania czasu letniego
Wprowadzenie czasu letniego miało na celu zapewnienie więcej światła słonecznego popołudniami kosztem mniejszej ilości światła porankami. Więcej światła słonecznego popołudniami jest korzystne dla sprzedaży, uprawiania sportów, wypoczynku i innych czynności wykonywanych zazwyczaj po godzinach pracy. Z drugiej strony mniejsza ilość światła porankami jest niekorzystna w rolnictwie i innych zajęciach zależnych od światła słonecznego. Wydłużenie czasu dostępnego światła popołudniami ma pozytywny wpływ na bezpieczeństwo ruchu drogowego — powoduje zmniejszenie liczby wypadków drogowych [1].
Wątpliwe oszczędności
Oszczędność energii elektrycznej była i jest jednym z podstawowych argumentów podawanych jako uzasadnienie dla zmian czasu. Więcej światła wieczorami oznacza mniejsze zapotrzebowanie na energię zużytą na potrzeby oświetlenia. Z drugiej strony oszczędności te są niwelowane przez większe zapotrzebowanie na energię rano, m.in. klimatyzację, ogrzewanie (wg. raportu amerykańskiego National Bureau of Economic Research z 2008 r.). Podobne wnioski zostały wyciągnięte na podstawie badań przeprowadzonych przez zespół Hendrika Wolffa z University of Washington.
W pewnym sensie zmiany czasu przyczyniają się do większego zużycia energii, choć nie elektrycznej, a paliwa do samochodów. Dzięki dłuższym popołudniom więcej ludzi chętniej spędza czas poza domem, co najczęściej wiąże się z jazdą samochodem, co z kolei powoduje większe zużycia paliwa. Oczywiście, sytuacja ta jest korzystna przede wszystkim dla koncernów paliwowych, ale zyskują również podmioty z branży rozrywkowej, turystycznej i handlowej, które mogą świadczyć swoje usługi na świeżym powietrzu o godzinę dłużej.
Negatywny wpływ na zdrowie
Niedawne badania pokazały, że przestawianie zegarów o godzinę do przodu w marcu wiąże się ze zwiększonym o 10% ryzykiem wystąpienia zawałów serca w poniedziałek oraz wtorek po niej następujących [6, 7]. Nie wiadomo dokładnie jakie są przyczyny tego zjawiska, jednak badacze wymieniają m.in. krótszy czas przeznaczony na sen oraz czasową rozbieżność z naszym zegarem biologicznym. Co ciekawe, zmiana październikowa ma efekt odwrotny, tzn. dłuższy sen wynikający z dodatkowej godziny zmniejsza nieco ryzyko wystąpienia zawałów serca.
W celu zniwelowania skutków wiosennej zmiany czasu zalecana jest pobudka pół godziny wcześniej w sobotę i niedzielę, niż wynikałoby to z naszego typowego planu dnia. W ten sposób nasz biologiczny zegar ma więcej czasu na przestawienie się i zmniejszamy nieco dyskomfort odczuwany w poniedziałek rano.

Więcej

http://www.kalendarzswiat.pl/zmiana_czasu/

Opublikowano Człowiek, Eksperymenty, Istota Ludzka, Matrix | 2 komentarzy

Będziesz żył tylko jako cyfrowe wspomnienie…..

Chip ,smartfony ,sterowanie różnego rodzaju gadżetami poprzez bezprzewodowa sieć WI-FI to naprawdę kusząca wizja. Ruchome chodniki, którymi poruszasz się wzdłuż ulicy. Gadające lodówki zamawiające potrzebne produkty. W domu pełna automatyka – smart fon otwierający bramę garażową. Samochód, który nie ruszy zimową porą, jeśli nie zmieni mu się opon letnich na zimowe. Samochód, który reaguje tylko na głosy właściciela, albo jego najbliższej rodziny. Podobnie inteligentny domofon może za pomocą identyfikacji naszego głosu czy linii papilarnych lub źrenicy naszego oka otworzyć drzwi do naszego domu lub nie. Nasz inteligentny dom odczytuje nawet nasze najskrytsze myśli za pomocą wbudowanego w naszą głowę chipa. System jednocześnie wie na co zachorowaliśmy, kto jest naszym wpółmałżonkiem, zna datę i godzinę urodzenia naszego dziecka. System też zna, na podstawie analizy naszego DNA, nasze skłonności do wszelkiego rodzaju chorób. W każdym pokoju wisi telewizor, nie ma żadnej książki w nasze biblioteczce, bo wszystkie książki można znaleźć we wszech władnej sieci. To ona praktycznie decyduje o naszym dniu, o naszym życiowym partnerze o naszej pracy. System wie o nas wszystko, zna nawet nasze myśli, usiłuje spełnić nasze najskrytsze pragnienia. Jednak system ten posługuje się cały czas w jakiś sposób energią elektryczną .Nie ma perpetum mobile. System musi być cały czas zasilany albo z sieci albo z UPS-a, albo z generatora albo baterii – nie ma innej opcji. Nagle zachodzi czarny scenariusz – potężny rozbłysk na Słońcu który, niszczy sieć elektroenergetyczną w ponad 50% krajów na cały świecie.Być może jest to jedyny sposób, aby „ucywilizować sieć” Władcy sieci zobaczą, że nie można wprowadzać wirtualnego świata w życie w sposób niekontrolowany, bo wirtualny świat istnieje tylko w sposób cyfrowy, Najgorzej będzie ,jeśli Człowiek pozostanie tylko hologramem, albo cyfrowym wspomnieniem i niczym więcej….

Opublikowano ., Człowiek, Matrix, OSTRZEŻENIE, Świadomość | 68 komentarzy

Olbrzymia plama 2192 na Słońcu, prawie na wprost Ziemi

W każdej chwili może nastąpić rozbłysk słoneczny klasy co najmniej X10, a może nawet jeszcze silniejszy. Średnica tej plamy jest prawie równa średnicy Jowisza czyli 125000 km a średnica Jowisza to 143000 km. Dorównuje już swoją średnicą największym plamom słonecznym z marca 2001 roku i listopada 2003 roku, kiedy nastąpiły rozbłyski klasy X20 i X28 . Gdyby długotrwały rozbłysk podobnej klasy nastąpił w najbliższych trzech-pięciu dniach, powstałaby z wielkim prawdopodobieństwem silna burza magnetyczna. Być może moglibyśmy oglądać piękna zorzę, nawet na naszej szerokości geograficznej .Niestety zjawisku powstania zorzy z dużym prawdopodobieństwem będzie towarzyszyć zjawisko zakłócenie łączności komórkowej czy satelitarnej. W skrajnej sytuacji, przy długotrwałym impulsie indukcji elektromagnetycznej o polaryzacji południowej mogą nastąpić silne przepięcia w sieci elektromagnetycznej, mogące spowodować tzw. blackout ( zanik napięcia) podobny do zdarzenia w Kanadzie w marcu 1989 roku
Olbrzym_2192

Opublikowano Człowiek, Obserwacje Słońca, OSTRZEŻENIE | 20 komentarzy

Niezwykłe spotkanie Joganandy z katolicką mistyczką Teresą Neumann

Nie wiedziałem, że takie niezwykłe spotkanie miało miejsce. Jest ono bardzo często wymieniane przy okazji omawiania kontaktów międzyreligijnych.Te dwie święte osoby porozumiewały się między sobą niemal bez słów.Choć religijnie bardzo różni, to duchowo bardzo sobie bliscy.Poniżej kolejny cytat z „Autobiografii Jogina”.

- Wracaj do Indii. Czekałem cierpliwie na ciebie przez piętnaście lat. Niedługo opuszczę ciało i popłynę ku Świetlistemu Brzegowi. Przybywaj, Yoganando!
Głos Sri Jukteswara zabrzmiał wstrząsająco w wewnętrznym mym uchu podczas medytacji, którą odbywałem w mej siedzibie na Górze Waszyngtona. Przebywszy w mgnieniu oka dziesięć tysięcy mil, słowa te przeniknęły mnie jak blask błyskawicy.
Piętnaście lat! Tak, uświadomiłem sobie, teraz jest rok 1935; spędziłem w Ameryce piętnaście lat szerząc nauki swego guru. Teraz mistrz mnie odwołuje.
Wkrótce potem opisałem to wydarzenie memu drogiemu przyjacielowi Jamesowi Lynnowi. Dzięki codziennemu stosowaniu krija-jogi jego duchowy rozwój był tak znaczny, że często nazywałem go „świętym Lynnem”. W nim i w wielu innych ludziach na Zachodzie widzę z radością spełnienie się przepowiedni Babadżi, że Zachód wyda również świętych, którzy z pomocą odwiecznej ścieżki jogi osiągną prawdziwe urzeczywistnienie Boga w sobie.
Mr. Lynn ofiarował się szlachetnie pokryć koszta mej podróży, po rozwiązaniu w ten sposób sprawy finansowej poczyniłem przygotowania do podróży przez Europę do Indii. W marcu 1935 r. zarejestrowałem zgodnie z prawem Stanu Kalifornia Towarzystwo Urzeczywistniania Jaźni (Self Realization Fellowship – SRF) jako korporację nie związaną z żadną sektą i nie obliczoną na zysk, a mającą trwale istnieć. Towarzystwu podarowałem wszystko co w Ameryce posiadałem, włącznie z prawami autorskimi do napisanych przeze mnie książek. Utrzymuje się ono ze sprzedaży moich pism oraz, jak większość innych wychowawczych i religijnych instytucji, z darów swych członków i publiczności.
„Wracam do Indii”, rzekłem mym uczniom. „Nigdy nie zapomnę Ameryki”.
Na pożegnalnym bankiecie, urządzonym na moją cześć w L°s Angeles przez mych przyjaciół, spoglądałem długo w ich twarze i myślałem z wdzięcznością: „Panie, kto pamięta, że Ty jesteś Jedynym Dawcą wszystkiego, ten nigdy nie zazna braku słodyczy przyjaźni ludzkiej”.
Wypłynąłem z Nowego Jorku 9 czerwca 1935 r. statkiem „Europa”. Towarzyszyło mi dwóch uczniów; mój sekretarz C. Richard Wright i starsza pani z Cincinnati, miss Ettie Bletsch. Na oceanie zażywaliśmy dni spokoju, które stanowiły przyjemny kontrast do poprzednich pełnych pośpiechu tygodni. Okres naszych wywczasów był jednak krótki; szybkość nowoczesnych statków morskich ma też pewne ujemne strony!
Jak każda inna grupa ciekawskich turystów i my także zwiedzaliśmy ogromne i stare miasto Londyn. Następnego dnia zostałem zaproszony do wygłoszenia przemówienia na wielkim zebraniu w Cax-ton Hali, na którym przedstawiony zostałem londyńskim słuchaczom przez Sir Harry Lauder’a w jego szkockiej posiadłości. Niebawem przeprawiliśmy się przez Kanał na kontynent, ponieważ pragnąłem odbyć specjalną pielgrzymkę do Bawarii. Czułem, że jest to jedyna sposobność do odwiedzenia wielkiej katolickiej mistyczki Teresy Neumann z Konnersreuth.
Przed laty czytałem o Teresie zdumiewające sprawozdanie. Informacje w czytanym przeze mnie artykule były następujące:
(1) Teresa, urodzona w 1898 r., padła ofiarą wypadku mając lat dwadzieścia, w wypadku straciła wzrok i została sparaliżowana.
(2) W 1923 r. odzyskała cudownie wzrok dzięki modlitwom do św. Teresy „Mały Kwiat”. Później zostały uzdrowione także inne członki Teresy Neumann.
(3) Od 1923 r. Teresa Neumann powstrzymuje się całkowicie od jedzenia i picia, z wyjątkiem konsekrowanego opłatka podczas codziennej komunii.
(4) W 1926 r. pojawiły się na jej głowie, piersi, rękach i stopach stygmaty czyli rany Chrystusa, gdyż przeżywała w swym ciele wszystkie jego cierpienia.
(5) Znając normalnie tylko codzienny język niemiecki swej wsi, Teresa podczas swych piątkowych transów wypowiada zdania, które uczeni zidentyfikowali jako starożytne aramejskie. W niektórych momentach swych wizji mówi także po hebrajsku i grecku.
(6) Za zezwoleniem władz kościelnych Teresa pozostawała kilka razy pod ścisłą naukową obserwacją. Dr. Fritz Gerlich, wydawca Protestanckiego czasopisma niemieckiego, przybył do Konnersreuth, aby „zdemaskować katolickie oszustwo”, jednakże skończyło się na tym, że napisał ze czcią biografię Teresy.
Jak zawsze, na Wschodzie czy Zachodzie, gorąco pragnąłem poznać świętych. Toteż cieszyłem się, gdy 16 lipca nasze małe grono przybyło do niezwykłej wsi Konnersreuth. Wieśniacy bawarscy okazali żywe zainteresowanie naszym samochodem (przywiezionym z nami z Ameryki), jak i osobliwie dobraną grupą jego pasażerów: młody Amerykanin, starsza pani i Hindus o oliwkowej cerze i długich włosach podgarniętych pod kołnierz płaszcza.
Teresa_Nemann_Jogananda
TERESA NEUMANN, C. RICHARD WRIGHT i SRI YOGANANDA
Mały dom Teresy, czysty i zgrabny, z kwitnącymi pelargoniami przy prymitywnej studni, był niestety zamknięty na głucho. Ani sąsiedzi, ani przechodzący listonosz wiejski nie potrafili nam udzielić informacji. Zaczął padać deszcz; towarzysze moi namawiali mnie do odjazdu.
– Nie – rzekłem z uporem – pozostanę tu, dopóki nie znajdę jakiegoś śladu Teresy.
Kiedy po dwóch godzinach siedzieliśmy jeszcze w samochodzie wśród posępnego deszczu, westchnąłem skarżąc się: – Panie – dlaczego przyprowadziłeś mnie tutaj, jeśli jej nie ma?
Koło nas zatrzymał się jakiś mówiący po angielsku człowiek, który ofiarował nam swą pomoc.
– Nie wiem dokładnie, gdzie jest teraz Teresa – rzekł – lecz wiem, że często udaje się z wizytą do domu profesora Franca Wutza, nauczyciela języków obcych na uniwersytecie w Eichstatt, osiem mil stąd.
Nazajutrz rano gromadka nasza pojechała do cichego miasta Eichstatt. Dr. Wutz powitał nas serdecznie w swym domu. – Tak, Teresa jest tutaj: – Zawiadomił ją o gościach. Niebawem posłaniec wrócił z jej odpowiedzią.
– Chociaż biskup prosił mnie, abym nikogo nie przyjmowała bez jego zgody, to przyjmę człowieka bożego z Indii.
Głęboko wzruszony jej słowami poszedłem za doktorem Wutzem na piętro do salonu. Teresa weszła natychmiast, promieniejąc aurą pokoju i radości. Ubrana była w czarną suknię i miała na głowie „nienagannie białe nakrycie. Chociaż miała wówczas trzydzieści siedem lat, wyglądała na znacznie młodszą; posiadała prawdziwie dziecięcą świeżość i czar. Zdrowa, dobrze zbudowana, o rumianych policzkach Tpogodna – oto święta – która nie je!
Teresa powitała mnie bardzo uprzejmym podaniem ręki. Uśmiechnęliśmy się promiennie w milczącym zjednoczeniu, poznając, że każde z nas jest miłośnikiem Boga.
Dr Wutz ofiarował się uprzejmie służyć za tłumacza. Gdy usiedliśmy, zauważyłem, że Teresa patrzy na mnie z naiwną ciekawością – widocznie Hindus należy w Bawarii do rzadkości.
– Czy pani nic nie je? – Pragnąłem usłyszeć odpowiedź z jej własnych ust.
– Nic oprócz Hostii o godzinie szóstej rano każdego dnia.
– Jak duża jest Hostia?
– Jest cienka jak papier i nie większa od małej monety. Dodała: – Przyjmuję ją jako sakrament, jeśli nie jest konsekrowana, nie potrafię połknąć.
– Chyba nie mogła pani żyć tylko tym przez dwanaście lat?
– Żyję światłem Boga.
Jakże prosta była jej odpowiedź! – Einsteinowska!
– Widzę, że pragnie pani powiedzieć, iż energia spływa do ciała pani z eteru, słońca i powietrza.
Przelotny uśmiech pojawił się na jej twarzy. – Bardzo jestem szczęśliwa widząc, że pan rozumie, w jaki sposób żyję.
– Święta pani; życie jest codziennym potwierdzeniem prawdy wypowiedzianej przez Chrystusa: „Nie samym chlebem żyje człowiek, ile wszelkim słowem, które pochodzi z ust Bożych” (Mateusz 4:4) Bateria ciała ludzkiego odnawia się z pomocą nie tylko ciężkiego pokarmu (chleba), ale i wibracyjnej kosmicznej energii (słowo lub Aum). Niewidzialna moc spływa do ciała ludzkiego przez rdzeń przedłużony (medulla oblongata). Ten szósty centr ciała znajduje się w tyle karku na szczycie pięciu czakramów (w sanskrycie „koła” lub ;centra promieniującej siły kręgosłupa). Rdzeń przedłużony jest głównym wejściem, przez który uzupełnia się w ciele zasób powszechnej siły życiowej (Aum) i łączy się bezpośrednio z ludzką siłą woli, skupioną w kutastha (siódmym centrze) czyli centrze Chrystusowej świadomości w trzecim oku pomiędzy brwiami. Energia kosmiczna jest wtedy zgromadzona w mózgu jako rezerwuar nieskończonych możliwości, wspominanych w Wedach jako „tysiącpłatkowy lotos światła”. Biblia chrześcijańska mówi o Aum jako o „Duchu Świętym”, czyli niewidzialnej sile życiowej, która w sposób boski podtrzymuje wszelkie stworzenie. – „Azaliż nie wiecie, iż ciało wasze jest kościołem Ducha Świętego, który w was jest, którego macie od Boga, a nie jesteście sami swoi?” (I. Korynt. 6:19).
Teresa ponownie ucieszyła się z mego objaśnienia: – Tak właśnie jest. Jednym z powodów, dla których jestem obecnie na Ziemi, jest danie świadectwa, że człowiek może żyć niewidzialnym światłem Boga, a nie tylko pożywieniem.
– Czy może pani uczyć innych, w jaki sposób można żyć bez pokarmów?
Była tym trochę zaskoczona. – Nie mogę tego czynić. Bóg tego nie chce.
Gdy wzrok mój padł na jej mocne zgrabne dłonie, Teresa pokazała mi kwadratową, świeżo zagojoną ranę na odwrocie każdej dłoni. Na obu dłoniach pokazała mi mniejsze świeżo zagojone ranki w kształcie półksiężyca. Każda rana przechodziła na wskroś przez dłoń. Widok ten przypomniał mi wyraźnie wielkie kwadratowe żelazne gwoździe zaostrzone półkoliście, dotychczas używane na Wschodzie, lecz których nigdy nie widziałem na Zachodzie.
Święta opowiedziała mi nieco o swych cotygodniowych transach. Jako bezsilny widz obserwuje całą mękę Chrystusa. Co tydzień, od północy we czwartek do godziny pierwszej po południu w piątek, rany jej otwierają się i krwawią; traci 10 funtów ze swych normalnych 121 funtów wagi. Choć Teresa intensywnie cierpi w swej współczującej miłości, lecz mimo to wyczekuje radośnie tych cotygodniowych wizji swego Pana.
Zrozumiałem od razu, że zgodnie z intencją Boga osobliwe jej życie ma utwierdzić wszystkich chrześcijan co do historycznej autentyczności życia Jezusa i jego ukrzyżowania, opisanego w Nowym Testamencie, oraz ukazać dramatycznie zawsze żywy związek pomiędzy Mistrzem Galilejskim a jego pobożnymi czcicielami.
Profesor Wutz opowiedział mi o niektórych ze swych doświadczeń ze świętą.
– Często wybieramy się w kilka osób razem z Teresą na kilkudniowe wycieczki krajoznawcze po Niemczech – mówił mi dr Wutz. – Występuje wtedy uderzający kontrast: podczas gdy my ^zjadamy trzy posiłki dziennie, Teresa nie je nic. Ona pozostaje świeża jak róża, nie odczuwając zmęczenia, które wywołuje w nas podróż. G3y my zaczynamy być głodni i polować na przydrożne gospody, ona śmieje się wesoło.
Na dodatek profesor dodał szereg interesujących fizjologicznych szczegółów: – Ponieważ Teresa nie przyjmuje wcale pożywienia, żołądek jej się skurczył. Nie wydziela ona żadnych odchodów, lecz jej gruczoły potne funkcjonują normalnie: skóra jej zawsze jest miękka i elastyczna…
W chwili pożegnania wyraziłem wobec Teresy życzenie asystowania przy jej transie.
– Dobrze, proszę przybyć do Konnersreuth w najbliższy piątek – odpowiedziała mi uprzejmie. – Biskup da wam pozwolenie. Jestem bardzo szczęśliwa, że odszukaliście mnie w Eichstatt.
Teresa uściskała wielokrotnie mą rękę i odprowadziła naszą grupę do bramy. Mr. Wright uruchomił samochodowe radio; święta oglądała je z entuzjastycznymi okrzykami. Zebrał się dokoła nas tak duży tłum, że Teresa cofnęła się do domu. Ujrzeliśmy ją w oknie, skąd przyglądała się nam i żegnała nas ruchami ręki.
Z rozmowy, którą odbyliśmy następnego dnia z dwoma braćmi Teresy, bardzo uprzejmymi i sympatycznymi, dowiedziałem się, że święta sypia tylko jedną lub dwie godziny w nocy. Pomimo licznych ran na ciele jest ona aktywna i pełna energii. Kocha ptaki, dogląda akwarium i często pracuje w swym ogródku. Korespondencja jej jest obfita: pobożni katolicy proszą ją o modlitwę i uleczające błogosławieństwo. Wiele osób dzięki niej zostało uzdrowionych z poważnych chorób.
Jej brat Ferdynand, mający około dwudziestu trzech lat, wyjaśniał mi, że Teresa potrafi dzięki swej modlitwie wywołać w swym ciele dolegliwości innych ludzi. Święta się powstrzymuje od jedzenia od czasu, gdy modliła się, aby choroba pewnego młodzieńca z jej parafii, przygotowującego się do świeceń kapłańskich, została przeniesiona na jej gardło.
We czwartek po południu nasza gromadka zajechała do biskupa, który z pewnym zdumieniem spoglądał na moje powiewające loki. Napisał chętnie swe zezwolenie. Nie trzeba było składać żadnej opłaty; zarządzenie Kościoła ma na celu po prostu ochronę Teresy przed natłokiem przygodnych turystów, którzy w poprzednich latach przyjeżdżali w piątki tysiącami.
W piątek przyjechaliśmy do Konnersreuth koło godziny dziewiątej trzydzieści. Zauważyłem, że mały dom Teresy posiada specjalny .częściowo oszklony sufit, który ma jej zapewnić obfitość światła. Z zadowoleniem ujrzeliśmy, że drzwi do niej nie są zamknięte, lecz gościnnie szeroko otwarte. Zastaliśmy około dwudziestu osób, zaopatrzonych w zezwolenie na odwiedzenie Teresy. Wiele z nich przybyło z dużej odległości, aby zobaczyć trans mistyczny.
Teresa przeszła przez pierwszą moją próbę w domu profesora, poznając intuicyjnie, że pragnąłem ją zobaczyć ze względów duchowych, a nie dla zaspokojenia przelotnej ciekawości.
Druga moja próba polegała na tym, że bezpośrednio przed wejściem do jej pokoju wprawiłem się w stan jogicznego transu, aby zjednoczyć się z nią telepatycznie. Po czym wszedłem do jej pokoju, wypełnionego odwiedzającymi ją osobami; Teresa leżała w białej szacie na łóżku. Wraz z Mr. Wrightem, postępującym tuż za mną, zatrzymałem się zaraz za progiem, przejęty grozą niezwykłego i strasznego widoku.
Spod powiek Teresy spływała krew cienkim i nieprzerwanym, szerokim na cal pasmem. Wzrok jej, zwrócony w górę, skupiony był w oku duchowym w środku czoła. Materiał otaczający jej głowę był zmoczony krwią stygmatycznych ran od cierniowej korony. Biała szata była splamiona czerwono pod sercem od rany w jej boku, w miejscu, w którym przed wiekami ciało Chrystusa doznało ostatniej zniewagi od włóczni żołnierza.
Ręce Teresy wyciągnięte były w macierzyńskim, błagalnym geście; twarz jej miała wyraz zarazem cierpiący i boski. Zmieniona pod wielu względami – wewnętrznie i zewnętrznie – wyglądała wątlej. Szeptała słowa w obcym języku drżącymi wargami do osób widzialnych dla jej wewnętrznego wzroku.
Zharmonizowawszy się z nią, zacząłem widzieć obrazy jej wizji-Patrzyła na Jezusa dźwigającego krzyż wśród szyderczego tłumu. W ciągu godzin poprzedzających nasze przybycie Teresa miała już szereg wizji z ostatnich dni życia Chrystusa. Jej trans rozpoczyna się zwykle od scen zdarzeń następujących po Ostatniej Wieczerzy. Wizje jej kończą się śmiercią Jezusa na krzyżu lub niekiedy złożeniem Jego ciała do grobu). Nagle podniosła głowę w przerażeniu: Pan upadł pod okrutnym ciężarem. Wizja znikła. Wyczerpana gorącym współczuciem, Teresa opadła ciężko na poduszkę.
W tej chwili usłyszałem poza sobą głośny głuchy odgłos. Odwróciwszy na sekundę głowę ujrzałem dwóch mężczyzn wynoszących czyjeś omdlałe ciało. Ponieważ nie wyszedłem jeszcze z głębokiego stanu nadświadomości, nie rozpoznałem od razu osoby, która zemdlała. Skupiłem z powrotem swe spojrzenie na twarzy Teresy, śmiertelnie bladej pod strumyczkami krwi, jednakże spokojnej i promieniującej czystością i świętością. Później obejrzałem się i ujrzałem Mr Wrighta, stojącego z dłonią przy policzku, z którego ciekła krew.
– Dick – zapytałem z niepokojem – czyś to ty upadł?
– Tak, zasłabłem pod wrażeniem tego strasznego obrazu.
– No, rzekłem pocieszając go – jesteś dzielny, skoro wróciłeś i patrzysz w dalszym ciągu.
Pamiętając o kolejce cierpliwie czekających pielgrzymów, pożegnaliśmy milcząco Teresę i opuściliśmy jej świętą atmosferę.
Teresa przeżyła prześladowania hitleryzmu i według amerykańskich wiadomości z 1954 r. nadal przebywa w Konnersreuth.
Następnego dnia pojechaliśmy w naszym małym gronie na południe, zadowoleni, że nie jesteśmy uzależnieni od pociągu, lecz możemy się zatrzymać naszym fordem wszędzie po drodze, gdzie się nam spodoba. Cieszyliśmy się każdą minutą podróży przez Niemcy, Holandię, Francję i Alpy Szwajcarskie. We Włoszech pojechaliśmy specjalnie do Asyżu, aby uczcić apostoła pokory, św. Franciszka. Podróż nasza po Europie zakończyła się w Grecji, gdzie zwiedziliśmy ateńskie świątynie oraz zobaczyliśmy więzienie, w którym szlachetny Sokrates118 wypił swój śmiertelny napój. Podziw ogarnia człowieka na widok artyzmu, z jakim starożytni Grecy wykonywali swe dzieła twórcze w alabastrze.
Przeprawiliśmy się statkiem przez słoneczne Morze Śródziemne i, wylądowaliśmy w Palestynie. Wędrując dzień za dniem po Ziemi Świętej przekonałem się bardziej niż kiedykolwiek o wartości pielgrzymek. Dla wrażliwego serca duch Chrystusa przenika wszystko w Palestynie. Chodziłem ze czcią w Betlejem, Getsemane, Kalwarii i na świętej Górze Oliwnej, nad rzeką Jordan i Jeziorem Genezaret.
Zwiedziliśmy miejsce Bożego narodzenia, warsztat Józefa Cieśli Grób Łazarza, dom Marty i Marii, Wieczernik. Odtwarzając starożytne czasy, scena za sceną, oglądałem boski dramat odegrany kiedyś przed wiekami przez Chrystusa.
Potem odwiedziliśmy Egipt ze współczesnym Kairem i starożytnymi piramidami. Następnie przyszła kolej na podróż statkiem przez wąskie Morze Czerwone i rozległe Morze Arabskie – aż wreszcie ukazały się Indie.

Opublikowano ., Człowiek, Mistyka, Świadomość | 143 komentarzy

Zmartwychwstanie Sri Jukteswara

Sri Jukstewar opuścił swoje ciało wieczorem 9 marca 1936.Został pochowany 10 marca zgodnie ze starożytnym obrządkiem w ogrodzie aszramy w Puri.(Hinduskie zwyczaje pogrzebowe wymagają spalenia ciała w stosunku do ludzi świeckich; ciała swamich i mnichów nie są palone, lecz grzebane, czasem czyni się wyjątki. Uważa się, że ciała mnichów zostały symbolicznie spalone w ogniu mądrości podczas składania ślubów zakonnych).

Zacytuję teraz niesamowity rozdział z „Autobiografii Jogina” Powiedziałbym tak TO ZMIENIA POSTAĆ RZECZY.Sri Jukstewar twierdzi, że jego ciało od strony astralnej jest zupełnie rozrzezdzone, wręcz przezroczyste, natomiast od strony ziemskiej posiada cechy „twardej materii”.

Zmartwychwstanie Sri Jukteswara

„Pan Kriszna”! Pełna chwały postać Awatara ukazała mi się w promienistym blasku, gdy siedziałem w swym pokoju w hotelu Regent w Bombaju. Niewysłowiona wizja, jaśniejąca ponad dach wysokiego budynku po drugiej stronie ulicy, rozbłysła nagle przed mym wzrokiem, gdy wyglądałem z szeroko otwartego okna na trzecim piętrze.
Bliska postać skinęła dłonią ku mnie, uśmiechając się i pochylając na powitanie głowę. Gdy nie mogłem zrozumieć dokładnie zlecenia Pana Kriszny, oddalił się On z gestem błogosławieństwa. W cudownym uniesieniu czułem zapowiedź jakiegoś duchowego zdarzenia.
Moja podróż na Zachód została na razie odłożona. Już miałem zaplanowanych kilka publicznych wystąpień w Bombaju przed powrotem do Bengalu.
Gdy po południu o godz. trzeciej, dnia 19 czerwca 1936 r., siedziałem na łóżku w hotelu w Bombaju – w tydzień po wizycie Sri Kriszny, zostałem nagle wyrwany ze swej medytacji niezwykłym światłem. Przed mymi otwartymi i zdumionymi oczami cały pokój przeobraził się w jakiś niezwykły świat, a światło słoneczne przeistoczyło się w nadzmysłową wspaniałość.
Porwała mnie fala zachwytu, gdy ujrzałem Sri Jukteswara w ciele z krwi i kości!
– Synu mój! – powiedział Mistrz tkliwie, z anielskim, czarującym uśmiechem.
Po raz pierwszy nie uklęknąłem na powitanie u jego stóp, lecz natychmiast rzuciłem się, by chciwie porwać go w ramiona. Chwila nad wszystkie chwile! Udrękę ubiegłych miesięcy uznałem za nic nie znaczącą zapłatę za spadające teraz na mnie potężnym potokiem szczęście.
– Mistrzu mój, ukochany mego serca, dlaczego mnie opuściłeś? – W nadmiarze radości mówiłem bez związku. – Dlaczego pozwoliłeś mi odejść na Kumbha Melęl Jakże gorzkie robiłem sobie wyrzuty, że cię opuściłem!
– Nie chciałem ci zakłócać radosnych nadziei związanych z zobaczeniem miejsca, gdzie po raz pierwszy spotkałem Babadżi. Opuściłem cię tylko na krótko, czyż nie jestem znów z tobą?
– Czy to jednak ty jesteś, Mistrzu, ten sam Lew Boży? Czy masz takie samo ciało jak pogrzebane pod bezlitosnym piaskiem w Puri?
– Tak, moje dziecko, jestem ten sam. To ciało jest z krwi i kości. Chociaż mnie samemu przedstawia się jako eteryczne, to dla twego wzroku jest fizyczne. Z atomów kosmicznych stworzyłem całkiem nowe ciało, z kosmicznego marzenia, które złożyłeś w Puri w piaskach ze snu, w swym świecie snu. Naprawdę zmartwychwstałem nie na Ziemi, lecz na astralnej planecie. Mieszkańcy jej potrafią lepiej niż mieszkańcy Ziemi czynić zadość wymaganiom. Pewnego dnia ty i ukochani przez ciebie przybędziecie tam, aby być razem ze mną.
– Nieśmiertelny guru, powiedz mi więcej! Mistrz uśmiechnął się wesoło. – Proszę cię, kochany – rzekł – czy nie zechcesz zwolnić nieco swego uścisku?
– Tylko trochę – obejmowałem go chwytem ośmiornicy. Mogłem zauważyć ten sam co dawniej, słaby, miły i naturalny zapach, charakterystyczny dla jego ciała. Wspominam wrażenie, jakiego doznałem, dotykając jego boskiego ciała, jeszcze dziś trwa w mych ramionach i dłoniach, ilekroć przypomnę sobie te wspaniałe godziny.
– Podobnie jak posyła się na Ziemię proroków, aby pomagali ludziom wypełniać ich fizyczną karmę, tak i ja zostałem skierowany przez Boga, abym służył ludziom na astralnej planecie – wyjaśniał mi Sri Jukteswar. – Nazywa się ona „Hiranialoka”, czyli oświecona planeta astralna! Pomagam tam zaawansowanym w uwalnianiu się od karmy astralnej, a tym samym w osiągnięciu wyzwolenia od ponownych urodzin; każdy z nich w ostatniej swej ziemskiej inkarnacji zdobył w drodze medytacji zdolność świadomego opuszczenia swego fizycznego ciała w chwili śmierci. Nikt nie może się dostać do „Hiranialoki”, jeśli na Ziemi nie przekroczy stanu sabikalpa samadhi i nie sięgnie do wyższego stanu nirbikalpa samadhi. (W stanie sabikalpa samadhi człowiek pobożny dochodzi na drodze postępu duchowego do stanu wewnętrznego boskiego zjednoczenia, jednakże swej kosmicznej świadomości nie potrafi utrzymać inaczej, jak tylko w stanie transu. Z pomocą ciągłej medytacji osiąga on wyższy stan nirbikalpa samadhi, w którym może swobodnie poruszać się po świecie i wykonywać swe zewnętrzne obowiązki nie tracąc urzeczywistnienia Boga w sobie).
Mieszkańcy „Hiranialoki” przeszli już przez zwykłe sfery świata astralnego, dokąd po śmierci muszą iść z Ziemi prawie wszystkie istoty
ludzkie; zlikwidowali oni tam wiele nasion swych dawnych działań w astralnych światach. Tylko daleko posunięte w rozwoju istoty potrafią skutecznie dokonać dzieła odkupienia pracy w astralnym świecie. Potem, w celu pełniejszego wyzwolenia swych dusz z kokonu karmicznych śladów znajdujących się w ich ciałach astralnych, zawsze te istoty zostają skierowane przez prawo karmy do narodzenia się w nowym ciele astralnym w „Hiranialoce”, na słońcu astralnym lub w niebie, gdzie zmartwychwstałem, aby im pomagać. W „Hiranialoce” znajdują się także wysoko rozwinięte istoty, które przybyły z wyższego i subtelniejszego świata przyczynowego.
Umysł mój był teraz tak doskonale zharmonizowany z umysłem mego guru, że mógł mi on przekazywać swe słowa-obrazy częściowo w słowach, a częściowo bezpośrednio w formie myśli. W ten sposób odbierałem je jako skondensowane pojęcia.
– Czytałeś w pismach świętych – mówił Mistrz dalej – że Bóg zamknął człowieka w trzech kolejnych ciałach: pojęciowym ciele, zwanym też przyczynowym, subtelnym ciele astralnym; będącym siedzibą myślowej i emocjonalnej natury człowieka, oraz ciężkim ciele fizycznym. Na ziemi człowiek wyposażony jest w zmysły fizyczne. Istota astralna działa z pomocą swej świadomości i uczuć oraz ciała zbudowanego z żywotronów (prany).121 Istota okryta ciałem przyczynowym pozostaje w szczęśliwym świecie idei. Moja praca dotyczy tych istot astralnych, które przygotowują się do wejścia w świat przyczynowy.
– Mistrzu godny uwielbienia, proszę mi powiedzieć coś więcej o świecie astralnym. – Chociaż rozluźniłem lekko swój uścisk na prośbę Sri Jukteswara, obejmowałem go nadal ramionami. Obejmowałem swój skarb nad skarby, mego guru szydzącego ze śmierci, aby do mnie dotrzeć!
– Istnieje wiele planet astralnych, na których pełno jest astralnych istot – rozpoczął Mistrz. – Aby podróżować z jednej planety na drugą, mieszkańcy ich posługują się astralnymi środkami, to jest masami światła i poruszają się prędzej niż elektryczność i radioaktywne energie.
Świat astralny, zbudowany z rozmaitych subtelnych drgań światła 1 barw, jest setki razy większy aniżeli materialny kosmos. Cały świat fizycznego stworzenia podobny jest do małego mocnego kosza wiszącego pod ogromnym świetlistym balonem astralnej sfery. Podobnie Jak wiele fizycznych słońc i gwiazd wędruje w przestrzeni, tak istnieją też niezliczone astralne układy słoneczne i gwiezdne. Planety ich mają astralne słońce i księżyce o wiele piękniejsze niż fizyczne. Astralne ciała niebieskie przypominają zorze polarne, a astralna zorza słoneczna olśniewa bardziej aniżeli zorza księżycowa o łagodnych promieniach. Astralny dzień i noc są dłuższe aniżeli dzień i noc na Ziemi.
Świat astralny jest niezmiernie piękny, czysty, jasny i pełen ładu. Nie ma w nim martwych planet ani nieurodzajnych krajów. Nie ma też plag ziemskich – chwastów, bakterii, owadów i wężów. Inaczej niż na Ziemi, gdzie istnieją różne klimaty i pory roku, na planetach astralnych panuje równa temperatura wieczystej wiosny, a tylko czasem pada świetlisty biały śnieg i deszcz różnobarwnych świateł. Planety astralne obfitują w opałowe jeziora, jasne morza i tęczowe rzeki.
Zwykły świat astralny „Hiranialoki” zaludniony jest milionami istot astralnych, które wcześniej lub później przybyły z Ziemi, jak również niezliczoną ilością wróżek, syren, ryb, zwierząt, chochlików, gnomów, półbogów i duchów, przebywających na różnych astralnych planetach, zależnie od swych karmicznych właściwości. Istnieją rozmaite sfery rezydencji, czyli wibracyjne dziedziny dla dobrych i złych duchów. Duchy dobre mogą swobodnie podróżować, złe natomiast są uwięzione w ograniczonych strefach. W ten sam sposób jak istoty ludzkie żyją na powierzchni ziemi, robaki wewnątrz gleby, ryby w wodzie, a ptaki w powietrzu, istoty astralne o rozmaitym stopniu rozwoju mają wyznaczone odpowiednie wibracyjne strefy.
Wśród upadłych ciemnych aniołów, wypędzonych z innych światów, panują tarcia i wojny przy pomocy astralnych pocisków lub myślowych – wzbudzonych „mantrami” 122 wibracyjnych promieni. Istoty te mieszkają w przepojonych mrokiem i posępnością dziedzinach niższego świata astralnego, wyczerpując swą złą karmę.
W ogromnych przestrzeniach ponad ciemnym astralnym więzieniem wszystko jest promienne i piękne. Z natury swej świat astralny jest bardziej niż Ziemia zharmonizowany z Boską wolą i planem doskonałości. Każdy przedmiot astralny powstaje dzięki woli Boga, a częściowo przez akt woli astralnych istot. Istoty te posiadają zdolność zmieniania lub uwydatniania piękna i kształtu wszystkiego oraz przywilej modyfikowania i udoskonalania według ich woli astralnego świata. Na Ziemi ciało stałe można przeobrazić w płynne lub w inną postać tylko z pomocą naturalnych lub chemicznych procesów, natomiast stałe ciała astralne można zmieniać w astralne płyny, gazy lub w energię momentalnie przez sam akt woli mieszkańców tego świata.
– Ziemia jest areną wojen i morderstw na morzu, lądzie i w powietrzu – mówił dalej mój guru – natomiast w świecie astralnym panuje szczęśliwa harmonia i równowaga. Istoty astralne zależnie od swej woli dematerializują lub materializują swą postać. Kwiaty, ryby lub zwierzęta mogą chwilowo przeobrażać się w astralnych ludzi. Każda istota astralna może swobodnie przybierać każdą postać i porozumiewać się z łatwością z innymi. Nie ogranicza ich pod tym względem żadne określone i niezmienne prawo natury; od każdego astralnego drzewa można z powodzeniem zażądać, aby wydało z siebie na przykład mango lub inny pożądany owoc, kwiat, a nawet jakikolwiek inny przedmiot. Istnieją wprawdzie pewne karmiczne ograniczenia, nie ma ich jednak w świecie astralnym w zakresie pożądania różnych form. Wszystko wibruje twórczym światłem Boga.
Nikt nie rodzi się z kobiety; istoty astralne materializują swe potomstwo z pomocą swej woli kosmicznej w specjalnie kopiowanych astralnie skondensowanych formach. Istoty, które niedawno utraciły fizyczne ciało, przybywają do rodzin astralnych na ich zaproszenie, przyciągane przez podobne umysłowe i duchowe skłonności.
Ciało astralne nie jest wrażliwe na chłód ani gorąco, czy inne naturalne warunki. Anatomia jego obejmuje astralny mózg czyli tysiącpłatkowy lotos światła oraz sześć obudzonych centrów „suszum-ny” – czyli astralnej mózgowo-rdzeniowej osi. Serce wciąga energię kosmiczną jak i światło oraz pompuje je do astralnych nerwów
1 komórek ciała. Istota astralna może oddziaływać na swe ciało „żywotronową” siłą lub „mantrycznymi” wibracjami.
Ciało astralne jest ścisłym odpowiednikiem ostatniej fizycznej postaci. Istoty astralne zachowują ten sam wygląd, jaki miały w młodości w swej ostatniej fizycznej postaci podczas ostatniego swego pobytu na Ziemi. Czasem istota astralna zachowuje, tak jak ja to uczyniłem, swój starczy wygląd. – Mistrz, emanujący z siebie samą kwintesencję młodości, uśmiechnął się wesoło.
– Odmiennie niż w przestrzennym, trójwymiarowym świecie fizycznym, który poznaje się tylko za pośrednictwem pięciu zmysłów, sfery astralne można widzieć przy pomocy wszystko obejmującego szóstego zmysłu intuicji – mówił dalej Sri Jukteswar. – Za pomocą samego intuicyjnego odczuwania wszystkie istoty astralne widzą, słyszą, wąchają, smakują oraz dotykają. Posiadają one troje oczu,
z których dwa są częściowo zamknięte. Trzecie i zarazem główne oko, Umieszczone pionowo na czole, jest otwarte. Istoty astralne posiadają wszystkie zewnętrzne organy zmysłowe – uszy, oczy, nos, język i skórę – lecz posługują się zmysłem intuicji, aby doznawać wrażeń zmysłowych, mogą one posłużyć się każdą cząsteczką swego ciała-mogą one widzieć uchem, nosem lub skórą. Potrafią również słyszeć oczami lub językiem, jak również poznawać smak za pomocą uszu lub skóry i tak dalej. (Przykładów tego rodzaju zdolności nie brakuje nawet na Ziemi, jak świadczy o tym np. przypadek Heleny Keller i innych rzadko spotykanych osób).
Fizyczne oko człowieka narażone jest na niezliczone niebezpieczeństwa i łatwo ulega zranieniu lub uszkodzeniu; ciało eteryczne także może być czasem zranione lub potłuczone, lecz można je od razu uleczyć samym aktem woli.
– Gurudewa – czy każdy człowiek astralny jest piękny?
– W świecie astralnym jest rzeczą znaną, że piękność jest cechą duchową, a nie właściwością zewnętrznej budowy – odpowiedział Sri Jukteswar. – Dlatego istoty astralne małe przywiązują znaczenie do rysów twarzy. Mają one jednak swobodę ubierania się w nowe barwne z astralnej materii ciała. Podobnie jak ludzie światowi wkładają nowy strój na uroczyste okoliczności, tak istoty astralne mają nieraz sposobność do przyozdabiania się specjalnie dobranymi kształtami.
Radosne uroczystości na wyższych planetach astralnych, takich jak w „Hiranialoce”, odbywają się wówczas, gdy jakaś istota dzięki duchowym swym osiągnięciom wyzwala się ze świata astralnego i jest gotowa do wstąpienia do nieba świata przyczynowego. Przy takich sposobnościach Niewidzialny Ojciec Niebieski i święci, którzy są w Nim pogrążeni, materializują się w ciałach według swego uznania i przyłączają się do astralnego święta. Człowiek żarliwie pobożny postrzega Boga w postaci Bożej Matki albo pojmuje Nieskończonego w aspekcie ojcowskim. Indywidualność, w którą Stwórca wyposażył każde ze swych stworzeń, umożliwia spełnienie wszelkich życzeń i postulatów. – I ja i mój guru uśmiechnęliśmy się szczęśliwi.
– Przyjaciele z innych dawniejszych wcieleń z łatwością rozpoznają się w astralnym świecie – opowiadał dalej Sri Jukteswar swym pięknym, podobnym do fletu głosem. – Ciesząc się nieśmiertelnością przyjaźni przekonują się o niezniszczalności miłości, co do której często nasuwają się wątpliwości w chwili smutnego, pozornego rozstania się z ziemskim życiem.
Intuicja istot astralnych przenika zasłony i obserwuje ludzi na Ziemi, człowiek jednak nie może widzieć świata astralnego dopóki nie rozwinie się w nim przynajmniej w pewnej mierze jego szósty zmysł-
Tysiące mieszkańców Ziemi miało chwilowe przebłyski widzenia astralnych istot lub astralnego świata.
– Przebywając w „Hiranialoce” istoty o zaawansowanym rozwoju pozostają podczas długiego astralnego dnia i nocy najczęściej w stanie przebudzonym i ekstazie, pomagając wyzwolić się ziemskim duszom. Istoty „Hiranialoki” mają od czasu do czasu astralne wizje podobne do snów. Umysły ich są zazwyczaj pochłonięte świadomym stanem najwyższej szczęśliwości nirbikalpy.
Mieszkańcy różnych światów astralnych podlegają jeszcze mentalnym cierpieniom. Wrażliwe umysły wyższych istot na planetach podobnych do „Hiranialoki” odczuwają ostry ból w razie popełnienia jakiejś pomyłki w postępowaniu lub postrzeganiu prawdy. Te bardziej rozwinięte istoty usiłują zharmonizować każdy swój czyn i myśl z doskonałością duchowego prawa.
Porozumiewanie się mieszkańców świata astralnego odbywa się całkowicie na drodze astralnej telepatii i telewizji, nie ma tam nieporozumień i zamieszania, które mieszkańcy Ziemi muszą cierpieć z powodu pisanego lub mówionego słowa. Jak na ekranie kina ludzie zdają się poruszać i działać w szeregu świetlnych obrazów, choć wcale nie oddychają – zupełnie tak samo istoty astralne zachowują się i działają jak inteligentnie kierowane i uporządkowane obrazy świetlne, bez konieczności oddychania tlenem. Człowiek dla utrzymania się przy życiu potrzebuje ciał stałych, płynnych i gazowych oraz energii, natomiast istoty astralne odżywiają się głównie światłem kosmicznym.
– Mistrzu mój, czy istoty astralne w ogóle jedzą? – Chłonąłem jego zdumiewające objaśnienia wszystkimi możliwymi sposobami – umysłem, sercem i duszą. Ponadmaterialne prawdy są realne i niezmienne, podczas gdy przelotne doświadczenia i wrażenia zmysłowe są zawsze tylko chwilowe i względnie prawdziwe, bo tracą niebawem całą swą żywość w pamięci. Słowa mego guru odbiły się tak głęboko na pergaminie mej istoty, że w każdym czasie, przestawiwszy swój umysł w stan nadświadomy, mogę wyraźnie ożywić swe boskie doświadczenie.
– W świecie astralnym rosną obficie świetliste, podobne do promieni jarzyny – odpowiedział mi guru. – Istoty astralne spożywają rośliny i piją nektar płynący ze wspaniałych fontann światła iż astralnych strumieni i rzek. Podobnie jak na Ziemi można wydobyć z eteru niewidzialne obrazy osób i ukazać je w telewizyjnym aparacie, po czym znów rozpływają się one w przestrzeni, tak stworzone przez Boga niewidzialne astralne obrazy jarzyn i roślin unoszących się w eterze mogą być zmaterializowane na astralnej planecie aktem woli jej mieszkańców. W ten sposób materializują się najbujniejsze twory wyobraźni tych istot, jak na przykład całe ogrody pachnących kwiatów, które potem wracają do stanu eterycznej niewidzialności. Chociaż mieszkańcy niebiańskich planet w rodzaju „Hiranialoki” są niemal całkowicie wolni od konieczności jedzenia, to możliwy jest jeszcze wyższy stopień niczym nie uwarunkowanego istnienia, przysługujący w świecie przyczynowym duszom prawie że całkowicie wyzwolonym, które nie jedzą nic oprócz manny szczęśliwości.
Wyzwolona od ziemskiego istnienia istota astralna spotyka mnóstwo swych krewnych – ojców, matki, żony i przyjaciół, pozyskanych podczas różnych inkarnacji na ziemi123, w miarę jak pojawiają się oni w różnych częściach astralnego świata. Toteż bywa ona w kłopocie, gdy ma zdecydować, kogo ma bardziej kochać: uczy się w ten sposób obdarzać wszystkich jednakową boską miłością jako dzieci i zindywidualizowany przejaw Boga. Chociaż zewnętrzny wygląd kochanych osób mógł się zmienić odpowiednio do nowych ich przymiotów rozwiniętych w późniejszym życiu, istota astralna przy pomocy nieomylnej intuicji rozpoznaje je, przebywające wszystkie ongiś w innych sferach istnienia i wita je w nowej ich astralnej siedzibie. Ponieważ każdy stworzony atom wyposażony jest w niezniszczalność – przeto przyjaciela astralnego można rozpoznać zawsze bez względu na kostium, jaki przywdzieje, zupełnie tak samo jak na Ziemi rozpoznaje się aktora pomimo jego przebrania, jeśli tylko dokładnie się go obserwuje.
Okres życia w świecie astralnym jest znacznie dłuższy niż na Ziemi. Dla normalnie rozwiniętych istot astralnych wynosi on od pięciuset do tysiąca lat, mierzonych wedle ziemskiej miary czasu. Podobnie jak niektóre drzewa potrafią przeżyć większość drzew o całe tysiąclecia, tak niektóre astralne istoty żyją znacznie dłużej aniżeli wynosi przeciętny okres życia astralnego. Ludzie przybywający do świata astralnego zatrzymują się w nim dłużej lub krócej, odpowiednio do ciężaru swej fizycznej karmy, która po oznaczonym okresie czasu ściąga ich z powrotem na Ziemię.
Istota astralna nie zmaga się boleśnie ze śmiercią, gdy przychodzi czas utracenia przez nią świetlistego ciała. Mimo że wiele z tych istot jest nieco zdenerwowanych, kiedy zachodzi potrzeba porzucenia przez nich ciała astralnego, by żyć nadal w bardziej subtelnym ciele pozamaterialnym. Świat astralny jest wolny od przymusowej śmierci, choroby i starości. Te trzy plagi są przekleństwem ziemi, gdzie człowiek pozwala swej świadomości utożsamiać się niemal całkowicie z ułomnym ciałem fizycznym, które stale wymaga powietrza, pożywienia i snu, aby w ogóle mogło istnieć.
Śmierci fizycznej towarzyszy ustanie oddechu i rozpad komórek ciała. Śmierć astralna polega na rozproszeniu się „żywotronów”, owych wiecznych jednostek energii, które składają się na życie istot astralnych. Przy śmierci fizycznej człowiek traci świadomość swego fizycznego ciała, lecz staje się świadomy swego subtelnego ciała w świecie astralnym. Doświadczywszy we właściwym czasie astralnej śmierci, człowiek przechodzi ze świadomości astralnych urodzin i zgonu do przeżycia na nowo fizycznego urodzenia się i śmierci. Te powtarzające się cykle astralnego i fizycznego życia są nieuniknionym przeznaczeniem nieoświeconych istot. Opisy nieba i piekła, znajdujące się w pismach świętych, budzą niekiedy u ludzi głębsze niż podświadome wspomnienia długiego łańcucha doświadczeń radości w astralnym i rozczarowań w ziemskim świecie.
– Ukochany Mistrzu – zapytałem – czy mógłbyś opisać bardziej szczegółowo różnicę pomiędzy narodzeniem się na nowo na Ziemi i w sferach astralnej i przyczynowej?
– Człowiek jako zindywidualizowana dusza jest zasadniczo istotą o ciele przyczynowym – odrzekł mój guru. – Ciało to jest matrycą trzydziestu pięciu idei potrzebnych Bogu jako podstawowe lub przyczynowe siły myślowe, z których później stworzył subtelne ciało astralne o dziewiętnastu elementach oraz ciężkie ciało fizyczne o szesnastu elementach.
Dziewiętnaście elementów ciała astralnego to elementy myślowe, emocjonalne i ,,żywotroniczne”(praniczne). Do tych dziewiętnastu składników należą: inteligencja, ego, czucie i umysł (świadomość zmysłowa), pięć narzędzi poznania, czyli subtelnych odpowiedników zmysłów wzroku, słuchu, węchu, smaku i dotyku, pięć narzędzi działania, czyli mentalnych odpowiedników wykonawczych zdolności rozmnażania się, wydzielania, mowy, ruchu i manualnych czynności oraz pięć narzędzi „siły życiowej”, które mogą dokonywać w ciele funkcji krystalizacji, asymilacji, eliminacji, przemiany i krążenia. To subtelne połączenie dziewiętnastu elementów trwa nadal po śmierci ciała fizycznego, które zbudowane jest z szesnastu ciężkich metalicznych i niemetalicznych pierwiastków.
Bóg wymyślił w Sobie wielką ilość rozmaitych idei i dokonał ich projekcji na ekranie swych marzeń. W ten sposób pojawiła się Pani Kosmicznego Marzenia przystrojona we wszystkie swe niezmierzone i nieskończone ozdoby względności.

W trzydziestu pięciu kategoriach myślowych ciała przyczynowego Bóg wypracował całą złożoność ciała astralnego o dziewiętnastu składnikach i ciała fizycznego człowieka o szesnastu elementach. Przez kondensację sił wibracyjnych, najpierw subtelnych, a potem cięższych, stworzył On ciało astralne człowieka, a w końcu jego fizyczną postać. Zgodnie z prawem względności, dzięki któremu Pierwotna Przyczyna stała się oszołamiająco zróżnicowana, kosmos przyczynowy i ciało przyczynowe są odmienne od astralnego kosmosu i astralnego ciała. Podobnie świat fizyczny i ciało fizyczne człowieka różnią się w sposób charakterystyczny od innych form stworzenia.
Ciało fizyczne zbudowane jest z obiektywizowanych i zestalonych marzeń stwórcy. Dwójnie przeciwieństw zawsze są obecne na ziemi: choroba i zdrowie, ból i przyjemność, zysk i strata. Istoty ludzkie napotykają w trójwymiarowej materii ograniczenia i opór. Gdy choroba lub inne przyczyny podważą poważnie ludzkie pragnienie życia, przychodzi śmierć; wówczas człowiek porzuca przejściowo ciężki płaszcz ciała. Dusza jednak pozostaje nadal w ciałach astralnych i przyczynowych. (Termin „ciało” oznacza tu wszelkie mieszkanie duszy, ciężkie lub subtelne. Trzy ciała, fizyczne, astralne i przyczynowe, są klatkami ptaka rajskiego.) Siłą zespalającą, która łączy razem te trzy ciała, jest pragnienie. Siła niespełnionych pragnień jest źródłem całej niewoli człowieka.
Pragnienia fizyczne człowieka mają swe źródło w jego egoizmie i zmysłowych przyjemnościach.
Pragnienia astralne skupiają się dokoła przyjemności o charakterze wibracyjnym. Istoty astralne znajdują przyjemność w eterycznej muzyce sfer i zachwycają się widokiem wszelkich stworzeń jako niewyczerpaną grą światła. Mogą one również wąchać, smakować i dotykać światła. Pragnienia astralne człowieka są wtedy związane z jego astralną zdolnością projekcji wszelkich przedmiotów i doświadczeń jako form światła czy sfery skondensowanych myśli czy marzeń.
Pragnienia sfery przyczynowej znajdują spełnienie w samym tylko postrzeganiu. Istoty osadzone w samym tylko ciele przyczynowym, prawie że już całkiem wolne, widzą cały wszechświat jako urzeczywistnię idei-marzenia Boga; potrafią one zmaterializować wszystko w samej myśli. Dlatego istoty świata przyczynowego uważają, że zarówno przyjemności fizyczne, jak i rozkosze astralne są grube i tłumią delikatną wrażliwość duszy. Istoty te spełniają swe pragnienia przez natychmiastową ich materializację. (Podobnie jak Babadżi pomógł Lahiri Mahasayi uwolnić się od podświadomego pragnienia pałacu,

pragnienia pochodzącego z jakiegoś dawniejszego życia, jak to opisano w rozdziale 34). Kto okryty jest tylko delikatną zasłoną ciała przyczynowego, może podobnie jak Stwórca powoływać wszechświaty do bytu, ponieważ wszelkie stworzenie uczynione jest z kosmicznej tkani-ny-marzenia, dusza przybrana w lekką materię świata przyczynowego posiada ogromną moc realizacyjną.
Dusza z natury swej jest niewidzialna i może być dostrzeżona tylko dzięki obecności jej ciała lub ciał. Już sama obecność ciała oznacza, że jego istnienie stało się możliwe dzięki niespełnionym marzeniom.
Dopóki dusza ludzka znajduje się zamknięta w jednym, dwóch lub trzech naczyniach cielesnych, szczelnie zatkanych korkami niewiedzy i pragnień, nie może się ona zlać z oceanem Ducha. Gdy grube fizyczne naczynie zostanie rozbite młotem śmierci, pozostałe dwa naczynia – astralne i przyczynowe – nadal przeszkadzają duszy w świadomym zjednoczeniu się z Wszechobecnym Życiem. Gdy człowiek dzięki mądrości osiąga stan wolny od pragnień, wówczas potęga tego stanu unicestwia pozostałe dwa naczynia. Dusza wyłania się nareszcie wolna; stanowi ona wówczas jedność z Niezmierzoną Przestrzenią.
Poprosiłem swego boskiego guru, aby rzucił nieco więcej światła na wysoki i tajemniczy świat przyczynowy.
– Świat przyczynowy jest nieopisanie subtelny. Aby go zrozumieć, trzeba mieć ogromną zdolność koncentracji; trzeba bowiem umieć zamknąwszy oczy wizualizować świat astralny i świat fizyczny w całym ich ogromie – świetlisty balon ze stałym koszem – jako istniejące tylko w idei. Jeśli dzięki tej nadludzkiej koncentracji uda się komuś przeistoczyć lub rozwiązać oba te światy z całą ich złożonością w same czyste idee, to będzie mógł on dotrzeć do świata przyczynowego i stanąć na linii granicznej stapiania się umysłu i materii. Z owego punktu będzie widział wszystkie stworzone rzeczy – ciała stałe, płyny, gazy, elektryczność, energię, wszystkie istoty, bogów, ludzi, zwierzęta, rośliny, bakterie – jako formy świadomości, podobnie jak człowiek może zamknąć oczy i rozumieć, że istnieje, chociaż ciało jego jest niewidzialne dla jego fizycznych oczu i jest dla niego obecne tylko jako wyobrażenie.
Cokolwiek istota ludzka może uczynić w wyobraźni, to istota świata przyczynowego może uczynić w rzeczywistości. Inteligencja ludzka o najbujniejszej wyobraźni potrafi najwyżej sięgnąć, w myśli tylko, od jednej skrajności do drugiej, skoczyć z jednej planety na drugą, rzucić się w nieskończoną przepaść wieczności lub wzbić się jak rakieta w baldachim galaktyki, czy zabłysnąć reflektorem na Drodze Mlecznej w gwiezdnych przestworzach. Natomiast istota świata przyczynowego posiada o wiele większą wolność i potrafi momentalnie i bez wysiłku objawić swe myśli obiektywnie, bez jakichkolwiek trudności materialnych lub astralnych czy karmicznych ograniczeń.
Istoty świata przyczynowego rozumieją, że świat fizyczny zbudowany jest nie z elektronów, a świat astralny nie z „żywotronów”, lecz oba stworzone zostały z najdrobniejszych cząsteczek myśli Bożej, posiekanych i podzielonych przez „Mayę”, prawo względności, które wyraźnie interweniuje, aby oddzielić stworzenia od ich stwórcy.
Dusze w świecie przyczynowym poznają się wzajemnie jako zindywidualizowane punkty radosnego Ducha; ich myśli-rzeczy są jedynymi przedmiotami, które je otaczają. Widzą one, że różnica pomiędzy ich ciałami i myślami jest tylko natury pojęciowej. Jak człowiek zamknąwszy oczy może sobie wyobrazić oślepiające białe światło lub bladobłękitną mgłę, tak istoty świata przyczynowego potrafią samą swą myślą widzieć, słyszeć, wąchać, smakować i dotykać; dzięki potędze umysłu kosmicznego potrafią stworzyć każdą rzecz lub ją zniweczyć.
W świecie przyczynowym zarówno śmierć jak i ponowne urodzenie dokonują się w myśli. Istoty mające ciało przyczynowe spożywają tylko ambrozję wieczyście nowej wiedzy. Piją ją ze źródeł pokoju, wędrują po bezdrożnej ziemi postrzeżeń, pływają w bezbrzeżnym oceanie szczęśliwości. Ba! Ich jasne ciała myślowe ogarniają tryliony stworzonych przez Ducha planet, dostrzegają nowe bańki wszechświatów, gwiazdy mądrości, spektralne marzenia o złotych mgławicach na niebiańskim łonie nieskończoności!
Wiele istot pozostaje przez tysiące lat w świecie przyczynowym. Dzięki głębszym ekstazom dusze wyzwolone wydobywają się z małego ciała przyczynowego i przywdziewają ogrom całego świata przyczynowego, wszelkie oddzielne wiry idei, partykularne fale nocy, miłości, woli, radości, pokoju, intuicji, ciszy, samoopanowania i skupienia roztapiają się w wiecznie radosnym Morzu Szczęśliwości. Dusza już nie musi doświadczać radości jako zindywidualizowana fala świadomości, lecz zanurza się w Jednym Kosmicznym Oceanie ze wszystkimi swymi falami – w wiecznym uśmiechu, dreszczu i pulsowaniu radości.
Gdy dusza wydobywa się z kokonu trzech ciał, uwalnia się na zawsze od prawa względności i staje się niewypowiedzialnym Zawsze Istniejącym. („Kto zwycięży, uczynię go filarem w świątyni Boga mego, a więcej z niej nie wyjdzie (tj. nie będzie się wcielał na nowo)… „Kto zwycięży, dam mu siedzieć z sobą na tronie moim, jakom ja też zwyciężył i zasiadłem z Ojcem moim na tronie Jego” – Objaw. 3:12-21). Oto motyl wszechobecności, a na skrzydłach jego wyryte są gwiazdy, księżyc i słońce! Dusza rozwinięta w Ducha pozostaje sama w dziedzinie bezświetlnego światła, bezmrocznej ciemności, upojona ekstazą radości boskiego marzenia o kosmicznym stworzeniu.
– Dusza wolna! – zawołałem ze czcią.
– Gdy dusza ostatecznie się wydobywa z trzech osłon cielesnych złudzeń – mówił Mistrz dalej – jednoczy się z Nieskończonym bez utraty swej indywidualności. Chrystus osiągnął tę ostateczną wolność zanim jeszcze urodził się jako Jezus. W ciągu trzech okresów swej przeszłości, symbolizujących się w Jego ziemskim życiu jako trzy dni Jego śmierci i zmartwychwstania, osiągnął On moc zbudzenia się w pełni w Duchu.
Człowiek nierozwinięty musi przejść przez niezliczone ziemskie astralne i przyczynowe wcielenia w celu wydobycia się z tych ciał. Mistrz, który osiągnął tę ostateczną wolność, może wybrać powrót na ziemię w roli proroka, prowadzącego inne dusze ludzkie z powrotem ku Bogu lub, jak ja to uczyniłem – wybrać pobyt w świecie astralnym. Zbawiciel ujmuje tam nieco z brzemienia karmy mieszkańcom i w ten sposób pomaga im zakończyć cykl reinkarnacji w świecie astralnym i przejść na stałe w świat przyczynowy. Dusza wyzwolona może także udać się do świata przyczynowego i pomagać przebywającym tam istotom w skróceniu ich życia w ciele przyczynowym, a przez to w osiągnięciu Absolutnej Wolności.
– O zmartwychwstały! Chcę wiedzieć więcej o karmie, która zmusza dusze do wracania do trzech światów. – Pomyślałem sobie, że mógłbym bez końca słuchać mego wszystkowiedzącego Mistrza. Nigdy za jego życia ziemskiego nie byłem w mocy przyswoić sobie naraz tak dużo jego mądrości. Obecnie po raz pierwszy uzyskałem jasny i określony wgląd w zagadkowe obszary na pograniczu życia i śmierci.
– Karma fizyczna, czyli pragnienia człowieka, musi się całkowicie wyczerpać zanim stanie się możliwy jego stały pobyt w astralnych światach – wyjaśniał mi guru przejmującym głosem. – Dwa rodzaje istot przebywają w sferze astralnej. Ci, co mają jeszcze ziemską karmę do pozbycia i wobec tego muszą zamieszkać z powrotem w grubym ciele fizycznym, aby spłacić swe karmiczne długi, mogą być zaliczeni po śmierci fizycznej raczej do chwilowych gości aniżeli do stałych mieszkańców świata astralnego.
Istoty o niespłaconej ziemskiej karmie nie mogą po śmierci astralnej przejść do wysokiej sfery kosmicznych idei świata przyczynowego, lecz muszą krążyć tam i z powrotem pomiędzy światem fizycznym a światem astralnym, zdobywając stopniowo świadomość swego fizycznego ciała z jego szesnastu grubymi składnikami oraz ciała astralnego z jego dziewiętnastu subtelnymi elementami. Za każdym jednak razem po utracie ciała fizycznego nie-rozwinięta istota ziemska pozostaje po większej części w głębokim odrętwieniu snu śmierci i mało jest świadoma piękna astralnej sfery. Po wypoczynku astralnym człowiek taki powraca do świata materialnego po dalsze lekcje i stopniowo przyzwyczaja się, dzięki powtarzaniu swej podróży, do światów o subtelnej astralnej budowie.
Z drugiej strony, normalnymi czyli stałymi mieszkańcami astralnego świata są istoty wyzwolone na zawsze z wszelkich materialnych ograniczeń; nie mają one potrzeby powracania więcej do grubych drgań Ziemi. Istoty te mają do spłacenia tylko astralną i przyczynową karmę. Po śmierci astralnej przechodzą one do nieskończenie subtelniejszego świata przyczynowego. Utraciwszy pod koniec pewnego okresu, określonego przez prawo karmiczne, myślową formę ciała przyczynowego, te rozwinięte istoty powracają do „Hiranialoki” lub na inną podobną, wysoką astralną planetę i rodzą się w nowym ciele astralnym, aby wyrównać swą niespłaconą astralną karmę.
– Synu mój, teraz możesz głębiej zrozumieć, że zmartwychwstałem z woli Bożej – mówił dalej Sri Jukteswar – raczej jako zbawca wracających ze świata przyczynowego i reinkarnujących się w sferze astralnej dusz aniżeli tych istot świata astralnego, które przybywają z Ziemi. Jeśli na istotach, które przybywają z Ziemi pozostają ślady materialnej karmy, to nie mogą one wznieść się do bardzo wysokich planet astralnych w rodzaju „Hiranialoki”.
– Podobnie jak ludzie, którzy nie nauczyli się z pomocą medytacji cenić wyższych radości i korzyści astralnego życia, wskutek czego po śmierci pragną powrócić do ograniczonych, niedoskonałych przyjemności Ziemi, tak wiele istot astralnych w okresie po normalnym rozpadzie ciała astralnego nie potrafi przeżywać wysokiego stanu duchowego szczęścia w świecie przyczynowym, lecz zatrzymawszy swą myśl na grubym i jaskrawym szczęściu świata astralnego, pragnie znaleźć się z powrotem w astralnym raju. Istoty te muszą spłacić najpierw swą ciężką karmą astralną zanim po śmierci astralnej będą mogły uzyskać prawo do trwałego pobytu w świecie przyczynowym, tak nieznacznie oddzielonym od Stwórcy.
Tylko taka istota, która już nie ma żadnych pragnień doznawania przyjemności w pięknym dla oka świecie astralnym i nie da się skusić do powrotu do niego, pozostaje w świecie przyczynowym. Dopełniwszy tam dzieła likwidowania całej przyczynowej karmy czyli zalążków przyszłych pragnień, uwięziona dusza zrzuca ostatnią z trzech form niewiedzy i wynurzywszy się z ostatniego zamknięcia w ciele przyczynowym, łączy się z wieczystym.
– Czy teraz rozumiesz? – Mistrz uśmiechnął się czarująco.
– Tak, dzięki twej łasce. Nie mam słów wdzięczności!
Nigdy ani z pieśni, ani z opowiadań nie otrzymałem tyle wiedzy dającej natchnienie. Chociaż hinduskie pisma święte mówią o światach przyczynowym i astralnym oraz o trzech ciałach człowieka, to jakże blade i dalekie od rzeczywistości są te ich stronice w porównaniu z żywą prawdą przeżyć mego zmartwychwstałego Mistrza! Dla niego nie istniał żaden nieznany świat, z którego granic żaden podróżny nie wraca!
– Przenikanie się trzech ciał człowieka znajduje swój wyraz w troistej jego naturze w rozmaity sposób – mój wielki guru mówił dalej. – Podczas swego pobytu na Ziemi istota ludzka jest mniej lub bardziej świadoma swych trzech ciał. Gdy człowiek celowo posługuje się swymi zmysłami, smakując, wąchając, dotykając, słuchając lub patrząc, wówczas zasadniczo działa on głównie z pomocą swego fizycznego ciała. Gdy wyobraża sobie, że coś lub kogoś chce, działa głównie przy pomocy astralnego ciała. Ciało przyczynowe czynne jest wówczas, gdy człowiek myśli lub zagłębia się w introspekcji albo medytacji; kosmiczne, genialne myśli zjawiają się u człowieka, który nawykowo posługuje się swym ciałem przyczynowym. W tym znaczeniu można sklasyfikować ogólnie każdą jednostkę ludzką jako: „człowieka materialnego”, „człowieka energii” lub jako „człowieka intelektualnego”.
Przez około szesnaście godzin dziennie człowiek utożsamia się ze swym fizycznym narzędziem. Potem śpi: jeśli ma sny, pozostaje w swym ciele astralnym, stwarzając bez wysiłku wszelkie przedmioty, podobnie jak to czynią istoty astralne. Jeśli sen człowieka jest głęboki i wolny od obrazów, może on na kilka godzin przenieść swą świadomość lub poczucie swego ,ja” do ciała przyczynowego; taki sen daje nowe siły. Człowiek mający sny kontaktuje się ze swym astralnym, a nie przyczynowym ciałem; sen jego nie jest w pełni pokrzepiający.
Z miłością obserwowałem Sri Jukteswara w czasie jego cudownego wykładu.
– Boski Guru – rzekłem – ciało twe wygląda tak samo jak wtedy, gdy ostatnio płakałem nad nim w aszramie w Puri.
– O tak, moje ciało jest doskonałą kopią starego, materializuję lub dematerializuję tę postać, kiedy zechcę, o wiele częściej aniżeli to czyniłem za życia na Ziemi. Dzięki szybkiej dematerializacji podróżuje obecnie momentalnie ekspresem świetlnym z planety na planetę, lub właściwiej, z astralnego świata do przyczynowego lub fizycznego. – Mój boski guru uśmiechał się. – Chociaż w tych dniach poruszałeś się tak szybko, nie miałem żadnej trudności w odszukaniu cię w Bombaju!
– O Mistrzu, tak głęboko martwiłem się z powodu twej śmierci!
– Ach, pod jakim względem umarłem? czy nie ma w tym jakiejś sprzeczności? – Oczy Sri Jukteswara mrugały z miłością i rozbawieniem.
– Ty tylko marzysz na Ziemi; na Ziemi widziałeś tylko moje ciało-marzenie – mówił guru dalej. – Potem pogrzebałeś to ciało-marzenie. Teraz moje subtelniejsze ciało fizyczne, które oglądasz, a nawet teraz ściskasz zbyt mocno! zmartwychwstało na innej, subtelniejszej planecie wyobrażonej przez Boga. Pewnego dnia to subtelniejsze ciało-marzenie jak i subtelniejsza planeta-marze-nie również umrze; one także nie są wieczne. Każda barika-marze-nie musi wreszcie prysnąć przy bliższym jej dotknięciu. Dostrzegaj, mój synu Yoganando, różnicę pomiędzy marzeniem a Rzeczywistością.
Ta idea wedyjskiego zmartwychwstania zdumiała mnie. (Idea Życia i śmierci jako względności samej myśli. Wedanta uczy, że Bóg jest jedyną rzeczywistością; każda istota czy indywidualne istnienie jest „mayą” czyli ułudą. Ta filozofia monizmu uzyskała najwyższy swój wyraz w Komentarzach Siankary do Upaniszadów). Zawstydziłem się, że współczułem Mistrzowi, kiedy widziałem jego martwe ciało w Puri. Zrozumiałem wreszcie, że mój guru zawsze był w pełni oświecony w Bogu, że zdawał sobie sprawę, iż jego życie i śmierć na Ziemi oraz jego obecne zmartwychwstanie nie są niczym więcej jak tylko względnością Boskich idei w kosmicznym marzeniu.
– Powiedziałem ci już Yoganando prawdę o mym życiu, śmierci i zmartwychwstaniu. Nie dręcz się z powodu mnie; raczej rozpowszechniaj wszędzie historię mego zmartwychwstania i przejścia z utworzonej marzeniem Boga Ziemi na nową planetę, utworzoną marzeniem Boga dla dusz w szacie astralnej! Nowa nadzieja wstąpi do serc nieszczęśników, zalęknionych śmiercią, marzycieli tego świata.
Moje wymagania wobec ciebie były wielkie, nieodpowiednie dla natury większości ludzi. Często łajałem cię bardziej aniżeli powinienem był. Wytrzymałeś mą próbę; twoja miłość jaśniała poprzez chmury wszystkich nagan. – Dodał delikatnie: – Przyszedłem, aby ci także powiedzieć: Nigdy już nie będę surowym sędzią. Nie będę cię nigdy więcej strofował.
Jakże dużo nagan potrzebowałem od swego wielkiego guru! Każda z nich była dla mnie opiekuńczym aniołem stróżem.
– Najdroższy Mistrzu! Łajaj mnie milion razy – strofuj mnie teraz.
– Nie będę cię już nigdy upominał. – Jego boski głos był poważny, choć za powagą ukrywał się uśmiech. – Ty i ja będziemy się razem śmiać dopóki nasze postacie w „mayi” – złudzeniu będą się wydawać odrębne, w końcu pogrążymy się jako jedność w Kosmicznym Umiłowanym; uśmiech nasz będzie Jego uśmiechem, a nasza wspólna pieśń radości będzie wibrować przez całą wieczność, by wreszcie zjednoczyć się z Absolutem.
Sri Jukteswar udzielił mi jeszcze wyjaśnień co do pewnych kwestii, których tu nie mogą ujawniać. W ciągu dwóch godzin, które spędził ze mną w pokoju hotelowym w Bombaju, udzielił mi odpowiedzi na każde pytanie. Pewna ilość przepowiedni, wypowiedzianych przez niego w ów czerwcowy dzień 1936 r., już się spełniła.
– Pożegnam cię teraz, kochany! – Przy tych słowach poczułem, że Mistrz rozpływa się w mych obejmujących go ramionach.
– Dziecko moje – zabrzmiał jego głos poruszając do głębi mą duszę – ilekroć przekroczysz wrota nirbikalpa samadhi i wezwiesz mnie, przybędę do ciebie w ciele z krwi i kości, tak samo jak dzisiaj!
Z tą niebiańską obietnicą Sri Jukteswar zniknął mi z oczu. Głos obłoku powtarzał z muzycznym echem: – Powiedz wszystkim! Każdy, kto przy pomocy nirbikalpa samadhi zrozumie, że Ziemia jest marzeniem Boga, może przejść na subtelniejsza, stworzoną także marzeniem planetę i znaleźć mnie tam zmartwychwstałego w ciele zupełnie podobnym do mego ciała ziemskiego. Yoganando, powiedz to wszystkim!
Zniknął smutek rozstania. Żal i ból z powodu jego śmierci, co tak długo pozbawiał mnie spokoju, rozwiał się teraz zupełnie. Szczęście tryskało jakby niezliczonymi fontannami z otwartej na nowo mej duszy. Kanały jej oczyściły się w ekstazie. Dawniejsze me inkarnacje Ukazały mi się przed okiem wewnętrznym jak obrazy filmowe. Dobra i zła karma przeszłości rozpuściła się w świetle kosmicznym, które dzięki wizycie Mistrza rozlało się dokoła mnie.
W niniejszym rozdziale mej autobiografii podporządkowałem się żądaniu Mistrza i podałem radosną nowinę, choć wprawi ona beztroskie obecne pokolenie w jeszcze jedno zakłopotanie. Człowiekowi dobrze znane jest pełzanie, rozpacz rzadko jest mu obca; ale jest to wyrazem jego zepsucia, a nie częścią prawdziwego losu człowieka. W dniu, w którym on tego zechce, znajdzie się na ścieżce wolności. Zbyt długo człowiek poddawał się zgorzkniałemu pesymizmowi swych doradców wmawiających w niego: „prochem jesteś” pomimo jego niezwyciężonej duszy.
Nie tylko ja jeden miałem szczęście widzieć zmartwychwstałego guru.
Jednym z uczniów Sri Jukteswara była pewna staruszka, nazywana przyjaźnie „Ma” (Matka), której dom sąsiadował z pustelnią w Puri; podczas swych porannych przechadzek Mistrz często zatrzymywał się przy niej na chwilę rozmowy. Wieczorem 16 marca 1936 r. „Ma” przybyła do aszramy i prosiła o widzenie się z guru.
– Jakże, przecież Mistrz umarł przed tygodniem! – Swami Sebananda, zarządzający teraz pustelnią w Puri, spoglądał na nią ze smutkiem.
– To niemożliwe! – Zaprotestowała staruszka z uśmiechem. Wówczas Sebananda opowiedział jej szczegółowo o pogrzebie.
– Proszę pójść za mną – powiedział – zaprowadzę na front ogrodu do jego grobu.
„Ma” potrząsnęła głową. – Dla niego nie ma grobu! Dziś rano o godzinie dziesiątej szedł koło drzwi mego domu na zwykłą swą przechadzkę. Rozmawiałam z nim przez kilka minut na wolnym powietrzu. – Proszę przyjść dziś wieczór do aszramy – rzekł.
A wtedy cudowne błogosławieństwo spłynęło na tę moją starą, siwą głowę! Nieśmiertelny guru chciał, abym zrozumiała, w jakim przemienionym ciele odwiedził mnie dziś rano!
Zdumiony Sebananda uklęknął przed nią.
– „Ma” – rzekł – jakiż ciężar smutku zdjęłaś z mego serca! On zmartwychwstał!

Opublikowano ., Człowiek, Ezoteryka, Istota Ludzka, Mistyka, Rozwój duchowy, Świadomość | 1 komentarz