Wpis z dziennika pokladowego z Nautilusa, z 13 lipca 2017

#13 lipca 2017 Zderzenie z rozpędzonym pociągiem – wpis w Dzienniku Pokładowym 13 lipca 2017

Jestem z bardzo… małej rodziny. Nie mam rodzeństwa, a to oznacza, że wszelkie „zawirowania naszej trójki” rozkładają się na bardzo małą ilość osób i każdy wstrząs jednego z elementów takiego układu oznacza dramatyczne konsekwencje dla pozostałej dwójki. Muszę Państwu opisać chyba jeden z najbardziej dramatycznych dni w moim życiu, czyli 25 maja b.r., kiedy mój ojciec przeżył zatrzymanie akcji serca i został cudem (brakowało dosłownie 2-3 minut!) przywrócony do żywych przez Pogotowie Ratunkowe. Piszę o tym w „Dzienniku Pokładowym”, gdyż są tam dwa wątki absolutnie związane z tematyką, którą zajmujemy się na pokładzie okrętu Nautilus.

Zacznę od tego, że od dłuższego czasu bardzo bałem się poranków i telefonów od mamy. Przeczuwałem w zupełnie irracjonalny, niezrozumiały sposób, że taki moment przyjdzie i będzie wcześnie rano telefon, który będzie miał bardzo dramatyczny wymiar. Chodź trudno w to uwierzyć, ale ja nawet znałem treść tego, co usłyszę wtedy w słuchawce telefonu. Kiedy 25 maja o godzinie 6.30 moja Mama zadzwoniła do mnie i wręcz wykrzyczała krótką prośbę o to, abym „natychmiast (!) jechał do domu, bo ojciec…” ja od wielu tygodni znałem treść tego, co usłyszałem. Uwierzycie w to? Ale to i tak jeszcze nic.

Był wieczór 24 maja. Za kilka godzin mój ojciec stoczy najważniejszą walkę w swoim życiu o to, aby nadal pozostać na naszym świecie, a nie przejść do świata „światła”. Pamiętam, że wróciłem do domu późno po bardzo ciężkim dniu w pracy i praktycznie natychmiast położyłem się spać. I nagle przyśnił mi się niesłychanie realistyczny sen, którego realizm przebił wszystko co śniło mi się do tej pory. We śnie byłem razem z moimi rodzicami w pokoju, który miał ściany, ale przezroczyste. Widziałem przez nie dokładnie to, jak z jednej strony zbliża się do nas jakaś jasna postać. Pamiętam dokładnie, jak wyglądała: była białą smugą, bez głowy czy widocznych rąk czy nóg, ale właśnie takim „smugowatym stworem”. Wiedziałem, że jest to zło, które chce wyrządzić krzywdę mojej rodzinie. Próbowałem ją odgonić, ale ta tajemnicza „biała smuga” była niesłychanie uparta i docierała do naszego pokoju to z jednej, to z drugiej strony. Moja walka z nią była mordercza, trwała bardzo długo, aż wreszcie udało mi się skrzyżować ręce i wypowiadając stanowcze słowa przegoniłem ją. Biała postać znikła, a ja obudziłem się zlany potem. Była godzina 3.00 w nocy, a trzy godziny później zaczął się dramat z sercem mojego ojca. Czy to może być przypadek? Może, ale… proszę wybaczyć – jestem absolutnie pewien, że nie był to przypadkowy sen.

Cała historia zakończyła się szczęśliwie. Mój Tato dostał rozrusznik serca, dochodzi do zdrowia i czuje się coraz lepiej. Ja przez ostatnie dwa miesiące miałem przez to potworne wydarzenie świat lekko postawiony na głowie, gdyż musiałem być więcej z Mamą… długo by mówić – na pewno Państwo wiecie, co oznacza taka sytuacja i jakie ma konsekwencje dla całej rodziny. Zwłaszcza tak małej, jak moja. Tym razem w ostatniej chwili udało nam się uskoczyć przed rozpędzonym pociągiem…

Powiem Państwu szczerze: tego dnia rano po przyjeździe do domu moich rodziców widziałem straszne rzeczy… Najpierw przez prawie kwadrans na moich oczach były podejmowane desperackie próby ponownego uruchomienia serca mojego ojca, a następnie znosiłem go nieprzytomnego w ratowniczym kocu (razem z dwójką ratowników) do karetki pogotowia. Coś tego dnia we mnie pękło, coś się skończyło. Wiedziałem wcześniej oczywiście, że wszyscy jesteśmy istotami śmiertelnymi fizycznie (bo nasza dusza jest nieśmiertelna), ale to wszystko wydawało się szczęśliwie nie dotyczyć jeszcze moich najbliższych. Od dwóch miesięcy wiem, że jest inaczej. Nic już nie jest takie samo, jak było wcześniej. Ja też jestem także innym człowiekiem. Czy lepszym? Myślę, że na pewno.

To moje zawirowanie rodzinne wpłynęło w oczywisty sposób na działanie okrętu Nautilus, gdyż musiałem na wiele tygodni zostawić pokład i zająć się zwłaszcza przerażoną Mamą, której nagle zaczął się zawalać na głowę cały świat. A musicie Państwo wiedzieć, że moi rodzice są cudownym dowodem na to, że pomysł spędzenia życia „we dwoje” jest boskim, cudownym pomysłem. Gdyby wszyscy ludzie na Ziemi byli wobec siebie tak jak są moi rodzice, to z pewnością świat byłby znacznie lepszy niż ten obecnie… ale to taka mała uwaga „na marginesie”.

Na koniec tego wpisu w „Dzienniku Pokładowym” chcę się podzielić pewnym moim przemyśleniem dotyczącym starzenia się i upływu czasu. Od wielu lat fascynują mnie wysokie góry i losy ludzi, którzy się na nie wspinają. Jestem jak najbardziej przeciwny narażaniu własnego życia i zdobywaniu z próżności „kolejnych szczytów”, ale jednocześnie porusza mnie to, co spotyka ludzi powyżej ośmiu tysięcy metrów. Nigdzie indziej życie i śmierć nie chodzą ze sobą tak bardzo w parze, a ludzie mogą obserwować siebie i innych w sytuacjach ostatecznych, krańcowych. Znam bardzo dobrze (praktycznie na pamięć) przebieg wszystkich najważniejszych wypraw w wysokie Himalaje i ostatnio kilka epizodów ze „zdobywania ośmiotysięczników” dołączyłem nawet do naszych prezentacji o tzw. polskich zjawiskach niewyjaśnionych.

Narasta we mnie przemożne uczucie, że ludzkie życie przypomina wspinanie się w góry, a każdy kolejny „tysiąc metrów” jest niczym pokonywanie kolejnych dziesiątek lat naszego życia.Życie do 30 roku życia jest bardzo podobne do wchodzenia na góry do 3 tysięcy metrów. Nie ma żadnych problemów, na szczyt może wejść praktycznie każdy, nawet wjechać górską kolejką. Dochodzimy do kolejnej bariery, czyli czterdziestu lat w życiu człowieka, którą ja bym przyrównał do zdobywania górskich szczytów o wysokości czterech tysięcy metrów. Tu także jest wejść dosyć prosto, ale coraz częściej słychać o tym, że ktoś „odpadł od ściany”. Niby granica czterech tysięcy metrów jest bezpieczna dla wspinaczy, ale są odcinki, na których może zdarzyć się prosty błąd…

I tak dochodzimy do 50 lat, czyli przekraczania w wysokich górach pięciu tysięcy metrów. Tu jeszcze daleko do „ciągłego zagrożenia życia”, ale powyżej takiej wysokości grozi nam wiele niebezpieczeństw, które na niższych wysokościach nie istnieją. Trzeba obserwować własny organizm, czy przypadkiem dobrze znosi lekko rozrzedzone powietrze. Należy pamiętać o przyzwyczajaniu się do takiej wysokości… To wszystko zmienia się z granicą sześciu tysięcy metrów, kiedy to żarty się kończą i choć nadal oddycha się „przyjemnie i łatwo”, to gdzieś z tyłu głowy musimy mieć myśl, że w każdej chwili możemy rozpocząć „walkę o życie” z powodu zaburzeń naszego organizmu. Większość jednak tę barierę przechodzi bez problemów.

Zupełnie inna sytuacja jest powyżej siedmiu tysięcy metrów, czyli w tym moim porównaniu do ludzkiego wieku po przekroczeniu siedemdziesiątego roku życia. Wtedy widać wyraźnie, że wielu wspinaczy idących obok nas zostało gdzieś z tyłu na ścianach, coraz większa część odpadła od ścian. Świadomość niebezpieczeństwa i zagrożenia życia narasta z pokonaniem każdej kolejnej „setki” w wysokości, ale prawdziwe szaleństwo zaczyna się powyżej ośmiu tysięcy metrów. Nieprzypadkowo nazywa się tereny powyżej ośmiu tysięcy „strefą śmierci”.

Przebywanie tam grozi śmiercią ze stu tysięcy powodów. Brak wystarczającej ilości tlenu w powietrzu, trudności z oddychaniem, brak siły na pokonywanie nawet prostej grani czy uskoku. Każda czynność wykonywana powyżej ośmiu tysięcy metrów wymaga potwornego wysiłku, czego kompletnie nie rozumieją ludzie beztrosko „biegający” po dwu czy trzy-tysięcznikach. Powyżej granicy 8500 metrów bez butli tlenowych mogą przebywać już tylko jednostki…

Ludzkie życie systematycznie się wydłuża, ale nadal zdobywanie „kolejnych, wysokich szczytów” jest równie trudne jak było przed wiekami. Pomaga nam technologia (i w górach i w życiu), ale mimo wszystko jest ogromne ryzyko przypadkowego błędu, który może zakończyć naszą wspinaczkę. I najgorsze jest to, że wobec potęgi gór, a także ludzkiego przeznaczenia –  człowiek jest całkowicie bezradny.

 https://www.nautilus.org.pl/dziennik.html?year=2014&month=2&startFrom=0&i=1
Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii ., Dusza, Istota Ludzka, Rozwój duchowy, Świadomość. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

31 odpowiedzi na „Wpis z dziennika pokladowego z Nautilusa, z 13 lipca 2017

  1. Margosia pisze:

    „…ludzkie życie przypomina wspinanie się w góry, a każdy kolejny „tysiąc metrów” jest niczym pokonywanie kolejnych dziesiątek lat naszego życia…”
    ___
    Bardzo trafne wg. mnie… porównanie 🙂
    Mi, nasze ludzkie życie kojarzy się z układaniem pasjansa, w którym raz położona karta nie może być cofnięta, a która powoduje odpowiednie konsekwencje w dalszym rozkładzie…

    • Dawid56 pisze:

      Czasmi udaje mi sie cofnac karte, to znaczy zmienic plany na skutek okreslonych znakow,wowczas stosuje metode sprzezenia zwrotnego. Wprowadzamm zmiany do okreslonego zamiaru i …..niekiedy dobrze na tym wychodze.
      Np jest taki pasjans Solitare ktory moze „wyjsc” latwo lub trudno.Jesli nie wychodzi albo wychodzi bardzo trudno , to znaczy ze cos jest „nie tak” i cos trzeba zmienic w planach.

  2. Rekju2 pisze:

    w którym raz położona karta nie może być cofnięta, a która powoduje odpowiednie konsekwencje w dalszym rozkładzie…

    Mi, nasze ludzkie życie kojarzy się z układaniem pasjansa ?

    Czyzby byl to jedyny sens naszego zycia bycia ukladanka pasjansa ?

    • Margosia pisze:

      „Czasmi udaje mi sie cofnac karte, to znaczy zmienic plany na skutek okreslonych znakow…”
      ___
      Wspaniale Dawidzie 🙂 ❤ ale… nie zawsze tak było… prawda ?
      Trzeba było doświadczyć kilka, a może nawet… kilkanaście… "potknięć, upadków, rozczarowań…" – by nauczyć się dostrzegać owe… „określone znaki”… 🙂
      * * *
      „…Czyzby byl to jedyny sens naszego zycia bycia ukladanka pasjansa ?”
      ___
      Nigdzie nie napisałam Jurek2, że… „jedynym sensem naszego życia jest bycie układanką pasjansa”, napisałam, że… mi, nasze ludzkie życie kojarzy się z układaniem pasjansa, w którym raz położona karta nie może być cofnięta…
      – Czy dostrzegasz tę… subtelną różnicę ?

      Co zaś tyczy się… sensu życia, to… dla każdego z nas jest on czymś innym i każdy postrzega go odmiennie, na swój własny sposób…

      Kiedyś… przeczytałam piękną wypowiedź jednej z Mądrych Osób, pani Chérie Carter-Scott, która w jednej ze swoich książek m.in. napisała:

      „…Przyjęto cię na naukę w pełnym wymiarze godzin do nieformalnej szkoły zwanej życiem.
      Każdy dzień w tej szkole da ci możliwość opanowania nowych lekcji.
      Możesz lubić te lekcje albo ich nie znosić, ale wiedz, że… są one częścią obowiązkowego programu nauczania…”

      Z tego wynika, że… każdy z nas ma swój własny cel i etap oraz odmienną, niepowtarzalną drogę doświadczania Życia…
      Idąc tą drogą… „pobieramy wiele lekcji” przeznaczonych jedynie dla nas, lekcji które musimy opanować, aby urzeczywistnić ten nasz cel…, a przyswojenie sobie i ich z-rozumienie – daje nam klucz do odkrycia i nadania sensu i znaczenia własnemu życiu…

      Kiedy opanujemy już podstawowe lekcje…, „podnosi się poprzeczka”, bo stajemy się gotowi by pobierać bardziej zaawansowane nauki u innego nauczyciela, jakim jest otaczający nas świat zjawisk…

      Nikomu też… nie uda się uniknąć tych lekcji, ani wymigać od nauki… 🙂
      Idąc przez życie możemy „otrzymać” trudne lekcje, które innych ominą, ktoś inny z kolei… może zmagać się z wyzwaniami, które nam zostaną oszczędzone…

      Był taki czas w moim życiu, że… miałam tego życia serdecznie dość! , bo lekcje jakie przede mną się pojawiały były – z mojego ówczesnego punktu widzenia – bardzo trudne i bolesne…
      Dziś… patrzę na nie z lekkim przymrużeniem oka, ale też z zadowoleniem, że w trudnych chwilach… „nie poszłam na łatwiznę” i stawiłam czoło temu, co pojawiało się na mojej drodze życia…

      • Dawid56 pisze:

        Wspaniale Dawidzie 🙂 ❤ ale… nie zawsze tak było… prawda ? 100
        Trzeba było doświadczyć kilka, a może nawet… kilkanaście… „potknięć, upadków, rozczarowań…” – by nauczyć się dostrzegać owe… „określone znaki”…

        Masz, racje Malgosiu w 100% Takie jest zycie, bo zycie to nieustanna nauka i to jest na woj sposob piekne 🙂

        • Margosia pisze:

          „…bo zycie to nieustanna nauka i to jest na swoj sposob piekne” 🙂
          ___
          Dokładnie Dawidzie…

          Patrząc z tej perspektywy, nawet… nabyte „blizny życiowe” wydają się być błahostkami…

          • marek pisze:

            Patrząc z tej perspektywy, nawet… nabyte „blizny życiowe” wydają się być błahostkami…

            Faktycznie pełen dramatyzmu ten wpis do dziennika , tylko jak dla mnie to podgrzewane ziemniaki lub cały obiad ….

            Ta ziemia chyba naprawdę jest opóźniona w rozwoju jej naczelnej cywilizacji ,a jeżeli nie ,to już na pewno mistyczne strony do potrzeb czasów nie dorastają….

            …ale cóż z tego …ważne ,że dzieci sobie pogadają ….

  3. Rekju2 pisze:

    napisałam, że… mi, nasze ludzkie życie ?

    No wlasnie moglibysmy sie roz-pis-sywac na temat definicji zycia.Bo z tego co wiem-y? mozna byloby sie pokusic nad
    pytankiem nim i zaraz dalej bo
    mam jedna uwage nim POciagne dalej a mianowicie cos do ponizszego cytatu :

    Kazdy dzien w tej szkole da ci mozliwosc opanowania nowych lekcji.Mozesz lubic te lekcje albo ich nie znosic, ale wiedz, ze… sa one czescia obowiazkowego
    a moze obowiazkowego placenia za psa ktorego nie posiadasz.
    (dlaczego obowiazkowy?)? programu nauczania…”

    Krotko do powyzszego.
    Odrabiamy te obowiazkowe slupki od kilku tys.lat i co wiemy na temat czym jest nasze zycie jego definicja,czym jest wlasnie
    nasze zycie a nie wspomne o
    innych z zyciem zwiazanym
    i nie tylko na tej planecie.
    Przy okazji dodam od siebie ze my jako ludzie w razie czego ktos nas moze w kazdej chwili odtworzyc i to nie koniecznie w tym samym nam prawde mowiac gowno przez nas znanym-wcale nie rozumianym U.S. !

    napisałam, że… mi, nasze ludzkie życie ? Oczywiscie my mowimy o nas-zym spostrzeganiu i jak zwykle widziane naszymi ograniczonymi receptorkami
    i na Ziemi. MY o naszym zyciu
    i o sobie ? Przy tym wiedzac ze wiemy ze nic nie ….?

    Np.nie znajac naszej pra matki
    wlasnej histori ale na temat naszego zycia rozpisywac sie mozemy, bo ?

    Odrabiamy te obowiazkowe slupki bezskutecznie, jak
    dotad ! Czyli prawda jest ze odrabiamy ale ustalone z kiedy?s
    przez kogos slupki i nie dziwi
    mnie fakt ze stoimy w miejscu
    w rozwoju pomimo urzadzen jakie do dyspozycji nam sie nieznacznie biologicznie i roznie wczipowano !

     

    kojarzy się z układaniem pasjansa,

    Kojarzyc sie moze a dlaczego nie z rozsadkiem czlowieka.

    Tylko dlaczego kojarzy sie z czym?s zamiast np.kiedy zaczyna sie nasze zycie i rodzaj.Biologiczne zycie,kiedy ono sie zaczyna ?
    Istnieje zapewne inny aspekt-cik zycia np.filozoficzny i spojrzenie czy nasze zycie jest rzeczywiscie,obojetnie czy pasjansem a moze klatka filmowa jedynie.

    w którym raz położona karta nie może być cofnięta…

    Czyli zycie zaprogramowane,
    odnawialne.Skoro tak bo wszystko na to wyglada to i odpowiedz tkwi-la w cytacie
    – Czy dostrzegasz tę… subtelną różnicę

    • marek pisze:

      KRYSTALICZNY DŹWIĘK I NADZIEJA archanioł Metatron via James Tyberonn
      tłumaczenie: Teresa Serafinowska
      źródło tekstu

      Pozdrawiam Mistrzów, jestem Metatron, anioł Światła, i dołączam do tej sesji przez Tyberonna z krystalicznej służby.

      Drodzy Ludzie, wśród twórczych dzieł artystycznych dostępnych dla Dusz w Kosmosie, żywym Omnwszechświecie i Omni-Ziemi, żadne nie stanowi takiego dobrodziejstwa, jakie wyraża muzyka. Niektóre formy tego, co można nazwać muzyką klasyczną i muzyką nowej ery, faktycznie pobudzają i regenerują siłę życiową oraz synchronizują komórki w mózgu człowieka i jego ciele fizycznym. Te formy kryształowych muzycznych wzorców faktycznie mają wpływ na ciało, umysł i duszę. Ich wzorce będą także równoważyć i pobudzać system czakr w sposób wykraczający poza wasze obecne rozumienie.

      Chcemy przez to powiedzieć, że ludzie regularnie słuchający doskonałych form muzyki, które mogą być określane jako krystaliczne wzory, będą w rzeczywistości pozostawać zdrowi i psychicznie sprawni dłużej niż ludzie, którzy tego nie robią. Takie muzyczne rytmy to kody kreacji, które ożywiają komórki ludzkiego ciała i upiększają reakcję poznawczą w ludzkim mózgu. Przecież, gdy ludzkie ciało sięs tarzeje, maleje pamięć wizualno-przestrzennym, pamięć krótkotrwała staje się mniej płynna, mniej funkcjonalna. Niektóre formy muzyki utrwalają funkcję poznawczą mózgu, zmniejszają uwarunkowania degeneracyjne,jakie mogłyby narastać za fizycznego życia.

      Niezwykły klasyczny przykład udoskonalonego muzycznego wzorowania jest przedstawiony w 9. Symfonii Beethovena, nazywanej „Oda do radości”. Nie tylko w harmonicznych przepływach nut muzycznych orkiestry, ale w połączeniu z ludzkim głosem, refrenem. W Odzie znajduje się pełne spektrum kodów stworzenia życia. Jeśli ktoś miałby widzieć muzykę w wymiarze fizycznym, to 9-ta symfonia Beethovena od początku do końca pokazywałaby wyświetlany skomplikowany pęd i pełną gamę kolorów oraz kształtów kodów uniwersalnego tworzenia, a ja dodam, że w wyższych wymiarach muzyka jest nie tylko słyszana ale można ja zobaczyć zarówno w formie kolorów jak i form geometrycznych.

      Muzyka i czysty dźwięk równoważą ludzką trójcę ( ciało, umysłi ducha) oraz synergistycznie łączą i zestrajają 33-czakry powodując lepszą komunikację z czymś, co można nazwać innymi rzeczywistościami i szerszą świadomością.

      strony nie podaję ….wiadomo skąd to jeeeee..

      jeju , je…. je ……je .

      na te wszystkie gorzkie żale ,dobrze łyknąć po gorzale …a tak naprawdę posłuchać , a nie myśleć czym jest życie ….

      jadę do swoich smreków …

      baj , baj ….dzieciaczki….

      • Margosia pisze:

        „… klasyczny przykład udoskonalonego muzycznego wzorowania jest przedstawiony w 9. Symfonii Beethovena, nazywanej „Oda do radości”…, a ja dodam, że w wyższych wymiarach…”
        ___
        A ja dodam, że… błędne przekonania prowadzą nawet do… toksycznej „miłości”…
        Świetnie wyśpiewała to Kayah…

      • Dawid56 pisze:

        Z mojej stronu, muzyka to kody, powiem wiecej kody pokolenia.Tak sie dziwnie zlozylo ze wyrastalem na zespolach Pink Floyd, King Crimson, Genesis, Yes, Emerson Lake and Palmer, czy nawet Deep Purpley.Potem czyli po 40 a moze i 45 latach okazalo sie ze Ci muzycy podlaczyli sie pod przeslanie po Wodstocku, czyli po slynnym koncercie w Momnterey.
        Pomimo ze niektorzy nazwali by muzyke zespolow ktore wymienilem muzyka halasliwa, jednak jest mi ona bardzo bliska , po prostu zawiera kod do moich mloedzienczych lat.
        Nie wychowalem sie na Beatelsach, ani na Prsley´u .To tak jakbym z wagonu mojego muzycznego pociagu widzial wagon z gdzie jada Presley i Beatelsi, a ja nie wsiadlem do tego wagonu.Oczywiscie zdaraly sie tez inne utwory innych wykonawcow czy zespolow ktore zrobily na mnie wrazenie, ale nie byly to te same kody..

  4. Rekju2 pisze:

    a tak naprawdę posłuchać , a nie myśleć czym jest życie ….

    Ludzie beda sie migac a moze sie migaja od odpowiedzi czym jest zycie piszac o zyciu. Wiemy juz z wypowiedzi ze definicja zycia zawierac moze lub zawiera m.inn. sluchanie muzyki. Nie moge z kolei dyskutowac o
    zyciu bo nie znam jej definicji.
    Ze me tzw.zycie moze jest jaka?s czastka czego?s np.przedzialu czas?owego od kolyski po perspektywe odejscia do krainy cieni ze jest ono jedna z mi nieznanej form biologicznego odnawialnego w przypadku czlowieczego niewolnictwa, poszukujacego sensu i definicji zycia.

    PS.
    A moze juz kiedys zylismy gdzie?s i zapomnielismy o tym ?

    • Margosia pisze:

      „… a tak naprawdę posłuchać , nie myśleć czym jest życie …”
      ___
      Kto nie myśli… „czym jest życie” – sam nie wie po co się narodził!

      *
      „…A moze juz kiedys zylismy gdzie?s i zapomnielismy o tym ?”
      ___
      Żyliśmy, żyjemy i żyć będziemy 🙂 bo tylko to, co martwe przemija i rozpada się podlegając cyklom wzrostu i zaniku…
      To, co żywe nie umiera – tylko formy i istności zmienia…

      • marek pisze:

        To, co żywe nie umiera – tylko formy i istności zmienia…

        powiedział las do lasu ….którego już nie ma ….

        od kamienia do stworzenia i tyle po drodze ględzenia

  5. Dawid56 pisze:

    Kto nie myśli… „czym jest życie” – sam nie wie po co się narodził!

    O tyn , czym jest zycie, dlaczego sie poruszam, dlaczego moje rece sie poruszaja i nogi, to pytanie sobie zadaje od chwili kiedy skonczylem chyba 5 a moze 6 lat.

    • Margosia pisze:

      „…to pytanie sobie zadaje od chwili kiedy skonczylem chyba 5 a moze 6 lat.”
      ___
      I to jest wspaniałe Dawidzie, bo… zdrowa ciekawość jest jedną z głównych sił wspomagających nasz rozwój intelektualno-duchowy…

      Zadając pytania i poszukując na nie odpowiedzi w sobie… człowiek rozwija swą intuicję wiodącą do wewnętrznej wiedzy ukrytej w swym wnętrzu i pomaga omijać splątane ze sobą labirynty kłamstw… głoszone przez różne nawiedzone cudaki… jak m.in. te z „ogrodów nowej ziemi”, które zamiast poszerzać horyzonty myślowe jeszcze bardziej je zawężają…

      • marek pisze:

        I to jest wspaniałe Dawidzie, bo… zdrowa ciekawość jest jedną z głównych sił wspomagających nasz rozwój intelektualno-duchowy…

        Łojo jo jo jo jo joj ……widzę u Małgosi postęp w myśli …..już się duchowość z intelektem bratają ….szkoda tylko że za podszeptem wiedzy ukrytej we wnętrzu …muzyki klasycznej nie słuchają ….

        aj waj marek
        nie rób ……

    • dariamade pisze:

      To trzeba poczuc Dawidzie.
      Dla mnie to naturalne ze przejawiamy sie w kazdej formie.
      Niedawno spacerujac wsrod pól, świerszcze bylo mocno slychac, rozlozylam rece i poczułam radosc i lekkosc. I ta lekkoscia jestesmy. Niesamowite odczucia. Wystarczy wyjsc na łono natury.

      • marek pisze:

        jedność można poczuć z matką lub ducha …dariamade ….i jakaś częśc ludzi obcując z przyrodą nie nazywając tego to czuje ….

        Matka natura śpiewa , pieści i dźwięczy …..lecz co do ducha zaczyna być problem gdy przyłoży się ucho do brzucha obżarciucha …

  6. Dawid56 pisze:

    człowiek rozwija swą intuicję wiodącą do wewnętrznej wiedzy ukrytej w swym wnętrzu i pomaga omijać splątane ze sobą labirynty kłamstw…

    Malgosiu oczywiscie tak 🙂 ale caly czas moge dalej powiedziec „wiem ze nic nie wiem”

  7. Rekju2 pisze:

    A Ci ‚panowie?’ i tak was Maja,
    swymi ziemskimi gluPOtami jasra i to od momentu,gdy sie
    z chinczykami i innymi ludami
    na arke Noego,nie zalapali.

  8. Dawid56 pisze:

    Mialem dzisiaj bardzo dziwny sen:
    Snila mi sie umierajaca osoba kolo mnie. Lekarze ja juz prawie zakryli przescieradlem.To bylla kobieta wce szansrednim wieku.Byla jednak lekarka ktora dala jej jeszcze jedna szanse chociaz nie bylo oznak zycia.Polecila mi abym obserwowal umarla dziewczyne(kobiete) choc ona nie dawala jej juz zadnej szansy.Nagle zauwazylem ze tor tej dziewczyny( kobiety) unosi sie i calej sily zaczalem krzyczec”Ona zyje”.Lekarka szybko przebiegla i sen sie skonczyl, a ja odniosem wrazenie ze dziewczyna wrocila do zycia dzieki mnie.

    • Margosia pisze:

      „… ”Ona zyje”… odniosem wrazenie ze dziewczyna wrocila do zycia dzieki mnie.”
      ___
      Bardzo ciekawy sen Dawidzie 🙂
      Mi się skojarzył z… uzdrowieniem, przywróceniem do życia Twojej żeńskiej energii…
      Ale to tylko moje… takie luźne skojarzenia… 😉

    • Maria_st pisze:

      Dawidzie prawie 10 lat temu miałam bardzo podobny sen do Twojego :

      „znajduje sie w budynku..niby dom, ale wyglada jak szpital, lub miejsce
      dla chorych.
      Wchodze do jednego z pokoi, na dziwnym łózku lezy facet, wygląda na
      martwego…ja musze cos przy nim zrobic, przygotowac do
      czegos……podchodze do łóżka, patrze a on ma rece z gumy jak lalki,
      dłonie zacisniete…cos ma w nich.    Wyciagam cos z lewej dłoni,
      podchodze do prawej…chce ja otworzyc a tn  ” nieboszczyk” uderza
      mnie tą dłonia w twarz, jakby sie bronil przed tym……..w końcu po
      kilku takich wysiłkach, otwieram tą, mocno zaciśnieta dłon…jest tam
      mały ..zyjacy i pełzajacy  krab, rak….ta osoba …zaczyna sie
      przebudzac…jakbym wyrwała ja z czegos….wystraszyłam sie..próbuje z
      powrotem mu włozyc w ta dłoń tego pełzacza / gora czerwona, dol czarny
      /…niestety zniszczylam go a ta osoba zaczyna dochodzic do
      siebie…..ale ja w leku wychodze stamtad…sadzac, ze żle
      zrobilam….Na koniec, jeszcze stojac przy drzwiach…widze, ze ta
      osoba….zaczyna wstawac….   Czy dobrze zrobilam, budzac ja do
      życia?  Takie pytanie mialam w sobie. ”

      Po czasie wiedziałam Kim jest ta osoba

  9. Dawid56 pisze:

    Malgosiu , trudno powiedziec , ale nigdy dotad nie mialem tak dziwnego snu.

    • marek pisze:

      Zdrowo traktować jest sny jako powtórkę przerabianych za dnia tematów …tak resetuje się pamięć do stanu używalności w następnym czuwaniu …..

      Sny z przesłaniem są rzadkością ….Bywją też podróże …..

    • siola pisze:

      Sproboj Dawidzie ogladnac film Taki w ktorym sie juz wzruszales,zobacz czy dasz rady ze wzruszenia zaplakac nie wstydzac sie swych uczuc.
      Ja sie na tym filmie jako chlopiec wzruszalem ,a Ojciec sie dziwnie patrzyl jakby chcial powiedziec zapamietaj.

      Marys zostaw biedna w spokoju ,jesli to Prawda ze urodzila sie 28 Maja 1917 roku to nie dziwo ze sie biednej miesza ,mysli ze jest gwiazda na niebie,no coz mysle ze u dzisiejszych gwiazdek trudno cnotke znalezc i dobre slowa,karzda przy tym juz tak wielka ze powoli peka jak super nowa.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s