Spotkanie Joganandy z Mahatmą Gandhi „Wielką Duszą” w Wardha

Ilustracja

– Witam was w Wardha – Mahadew Desai, sekretarz Mahatmy Gandhiego, powitał Miss Bletsch, Mr. Wrighta i mnie serdecznymi słowy i ofiarowaniem wieńców khaddaru (uprzędzionej w domu bawełny). Wczesnym rankiem pewnego sierpniowego dnia mała nasza grupka dopiero co wysiadła z pociągu na stacji Wardha, chętnie porzucając pył i upał pociągu. Przekazawszy nasz bagaż na wózek zaprzężony w byczka, wsiedliśmy do otwartego samochodu razem z panem Desai i jego towarzyszami, Babasahebem Daszmukh i dr Pingale. Po krótkiej przejażdżce po błotnistych wiejskich drogach znaleźliśmy się w „Maganwadi”: aszramie hinduskiego świętego polityka.

Pan Desai zaprowadził nas natychmiast do pokoju, w którym siedział Mahatmą Gandhi ze skrzyżowanymi nogami. W jednej ręce trzymał pióro, w drugiej skrawek papieru, a na twarzy jego widniał szeroki serdeczny ujmujący uśmiech.

– Witam! – napisał w języku hindi, bo był to poniedziałek, dzień jego milczenia.

Chociaż było to nasze pierwsze spotkanie, odczuwaliśmy do siebie nawzajem gorącą sympatię. W 1925 r. Mahatmą Gandhi zaszczycił swymi odwiedzinami szkołę w Ranczi i w księdze gości wpisał łaskawie swe słowa uznania.

Drobny, sto funtów ważący, święty promieniował fizycznym, umysłowym i duchowym zdrowiem. Jego łagodne oczy jaśniały inteligencją, szczerością i umiejętnością rozpoznania; ten mąż stanu wypowiadał żarty i okazywał się zwycięzcą w tysiącu prawniczych, społecznych i politycznych walk. Żaden inny przywódca na świecie nie zyskał sobie tak ugruntowanego miejsca w sercach swego narodu, jakie Gandhi zajmuje w sercach milionów niewykształconych Hindusów. Spontanicznym ich hołdem jest słynny jego tytuł – Mahatmą – „Wielka Dusza”. (Pełne jego nazwisko rodowe brzmi: Mohandas Karamchand Gandhi. On sam nie nazywa siebie nigdy „Mahatmą”). Dla nich tylko Gandhi ogranicza swój strój do powszechnie karykaturyzowanej opaski biodrowej, symbolu jego jedności z uciskanymi masami, których nie stać na nic więcej.

„Mieszkańcy aszramy są całkowicie do waszej dyspozycji, proszę korzystać z ich usług”. Z charakterystyczną uprzejmością Mahatma wręczył mi pospiesznie napisaną notatkę w chwili, gdy pan Desai już prowadził naszą grupkę w stronę domu dla gości.

Przewodnik nasz poprowadził nas przez sad owocowy i ogród kwiatowy do pokrytego dachówką budynku z zakratowanymi oknami. Na frontowym dziedzińcu znajdowała się sadzawka o średnicy dwudziestu pięciu stóp, przeznaczona, jak powiedział pan Desai, do gromadzenia wody do podlewania; w pobliżu stało obracające się cementowe koło do młócenia ryżu. Każdy z małych pokoi gościnnych zawierał tylko najkonieczniejsze minimum: łóżko zrobione ręcznie ze sznura. Wybielona kuchnia szczyciła się kranem w jednym kącie i paleniskiem w drugim. Do uszu naszych dochodziły proste, kadyjskie dźwięki, krzyki wron i wróbli, ryczenie bydła oraz stukanie dłut obrabiających kamienie. Przeglądając dziennik podróży Mr. Wrighta pan Desai otwarł go na nowej stronie i wpisał wykaz ślubów satyagrahy, składanych przez wszystkich uczniów Mahatmy (satyag-raha w dosłownym sanskryckim znaczeniu oznacza „trzymanie się prawdy”. Satyagraha jest sławnym ruchem nieużywania przemocy, prowadzonym przez Gandhiego).

„Niewyrządzanie krzywdy, przestrzeganie prawdy; niekradzenie; celibat; nieposiadanie niczego; praca fizyczna; opanowanie łakomstwa; nieustraszoność; jednakowe poszanowanie wszystkich religii; swadeszi (używanie wyrobów chałupniczych); odrzucenie przemocy. – tych jedenastu zasad należy przestrzegać jako ślubów w duchu pokory”.

W dwie godziny po przybyciu towarzysze moi i ja zostaliśmy zaproszeni na obiad. Mahatma już siedział pod arkadą ganku aszramy biegnącego od jego pracowni przez dziedziniec. Około dwudziestu pięciu bosych satyagrahów siedziało na ziemi, mając przed sobą mosiężne kubki i talerze. Wspólna chóralna modlitwa, po której podano potrawy w wielkim mosiężnym garnku zawierającym czapati (placki pszenne), skropione ghi talsari (gotowane i pokrajane jarzyny) i cytrynowy dżem.

Mahatma jadł czapati, gotowane buraki, jakieś surowe jarzyny i pomarańcze. Obok jego talerza znajdowała się duża misa pasty z bardzo gorzkich liści nim, znanego środka czyszczącego krew. Mahatma wziął łyżeczką porcję i położył mi ją na talerz. Połknąłem nie żując, przypomniawszy sobie dni dzieciństwa, kiedy to matka zmuszała mnie do połykania nieprzyjemnej dawki. Gandhi natomiast jadł pastę z „nimu” kęs za kęsem, z przyjemnością z jaką zwykle spożywa się owoce.

W tym drobnym zdarzeniu odkryłem u Mahatmy zdolność świadomego oddzielania swego umysłu od zmysłów. Przypomniałem sobie głośną operację wyrostka robaczkowego, dokonaną na nim przed laty. Odmówiwszy przyjęcia środków znieczulających, święty rozmawiał pogodnie ze swymi uczniami przez cały czas operacji, a jego zaraźliwy śmiech świadczył, że nie czuje bólu.

Po południu nadarzyła się sposobność do rozmowy ze znanym uczniem Gandhiego, córką angielskiego admirała, Miss Madeleine Slade, zwaną obecnie Miraben.125 Jej spokojna twarz płonęła zapałem, gdy w nienagannym hindi opowiadała mi o swych codziennych czynnościach.

– Praca nad oświatą wsi opłaca się! Co dzień rano o godzinie piątej grupa nasza udaje się do wieśniaków w sąsiedztwie, aby im pomagać i uczyć ich prostych zasad higieny. Postawiliśmy sobie za cel czyszczenie ich ustępów i ich mułem krytych chat. Wieśniacy są analfabetami; nie można ich wychowywać inaczej jak tylko przykładem! – roześmiała się wesoło.

Spojrzałem z podziwem na tę wysoko urodzoną Angielkę, której prawdziwie chrześcijańska pokora pozwala wykonywać pracę kanalarza, zwykle zlecaną „niedotykalnym”.

– Przybyłam do Indii w 1925 r. – powiedziała mi. – W kraju tym czuję, że powróciłam do domu. Obecnie nigdy nie chciałabym wrócić do dawnego swego życia i dawnych zainteresowań.

Rozmawialiśmy chwilę o Ameryce. – Z przyjemnością i zdumieniem – rzekła – obserwuję głębokie zainteresowanie sprawami duchowymi u wielu Amerykanów, którzy odwiedzają Indie. (Miss Slade przypomniała mi inną wybitną zachodnią kobietę, Miss Mar-garet Woodrow Wilson, najstarszą córkę wielkiego prezydenta Ameryki, którą spotkałem w Nowym Jorku. Żywo interesowała się Indiami, później przybyła do Pondiszery, gdzie spędziła ostatnich pięć lat swego życia, kierując się ścieżką dyscypliny u stóp Aurobinda Ghosha).

Ręce Miraben zajęły się niebawem czarką (kołowrotek). Dzięki wysiłkom Mahatmy czarki są teraz na wsi indyjskiej wszędzie w użyciu, Gandhi zachęcając do odrodzenia chałupniczego przemysłu opiera się na słusznych ekonomicznych i kulturalnych racjach; nie doradza on jednak fanatycznego odrzucenia wszelkiego nowoczesnego postępu. Maszyny, pociągi, samochód, telegraf odegrały ważną role w jego własnym potężnym życiu! Pięćdziesiąt lat w więzieniu i na wolności, w zmaganiu się codziennie z praktycznymi drobiazgami i realiami świata polityki tylko spotęgowało jego równowagę, otwartość umysłu, zdrowy rozum i żartobliwe traktowanie osobliwości ludzkiego widowiska.

O godzinie szóstej nasza trójka zjadła kolację w gościnie u Babasa-heba Deszmukha. O siódmej wieczorem godzina modlitwy, znaleźliśmy się z powrotem w aszramie Maganwadi i wdrapaliśmy się na dach, gdzie trzydziestu satyagrahów siedziało w półkolu dokoła Gandhiego. On sam siedział na słomianej macie, a starodawny zegarek kieszonkowy znajdował się przed nim. Blade słońce rzucało ostatnie blaski na palmy i banany; odezwało się brzęczenie nocy i świerszczy. Atmosfera była pełna pogody; porwał mnie zachwyt.

Uroczysty śpiew wykonywał Desai, któremu odpowiadała grupa; potem czytano Gitę. Mahatma zwrócił się do mnie, abym odmówił końcową modlitwę. Potem nastąpiło boskie zjednoczenie myśli i dążeń. Zawsze będę pamiętał medytację na dachu w Wardha pod pierwszymi gwiazdami.

Punktualnie o ósmej Gandhi przerwał swe milczenie. Herkulesowa praca jego życia wymaga dokładnego podziału czasu.

– Witam cię, swamidżi! – Tym razem pozdrowienie Mahatmy obeszło się bez papieru. Schodziliśmy właśnie z dachu do jego pracowni wyposażonej po prostu w kwadratowe maty (bez krzeseł), niski pulpit z książkami, gazety, kilka zwykłych (nie wiecznych) piór; w kącie tykał zegar. Przenikała wszystko aura pokoju i pobożności. Gandhi obdarzył mnie swym czarującym, choć prawie bezzębnym uśmiechem.

– Przed laty – wyjaśniał – zacząłem przestrzegać co tydzień milczenia przez jeden dzień, aby uzyskać czas na załatwienie korespondencji. Obecnie jednak tych dwadzieścia cztery godzin stało się mą zasadniczą potrzebą duchową. Postanowienie okresowego milczenia nie jest męką, lecz błogosławieństwem.

Zgodziłem się z nim z całego serca. (Przed laty też przestrzegałem w Ameryce okresów milczenia ku utrapieniu gości i sekretarzy). Mahatma wypytywał mnie o Amerykę i Europę; roztrząsaliśmy zagadnienie Indii i świata.

– Mahadew – rzekł Gandhi, gdy Desai wszedł do pokoju – proszę przygotować dla Swamidżi salę miejską, aby jutro wieczorem mógł w niej mieć wykład o jodze.

Gdy żegnałem się, życzyłem Mahatmie dobrej nocy, on wręczył mi butelkę z cytrynowym olejkiem.

– Moskity Wardhy, drogi Swamidżi, nic nie wiedzą o ahimsie126

– rzekł śmiejąc się.

Nazajutrz wcześnie rano nasza mała grupka zjadła na śniadanie pszenną kaszę z melasą i mlekiem. O dziesiątej trzydzieści zostaliśmy zaproszeni do portyku aszramy na obiad z Gandhim i satyagrahami. Dzisiejsze menu obejmowało ciemny ryż, nową mieszankę jarzyn i ziarnka kardamonu.

Południe zastało mnie na przechadzce dokoła posiadłości aszramy, na terenie, na którym pasło się kilka krów o niezachwianym spokoju. Ochrona krów należy do pasji Gandhiego.

– Krowa oznacza dla mnie cały świat istot niższych od człowieka i rozciągnięcie współczucia człowieka poza jego własny gatunek

– objaśniał Mahatma. – Dzięki krowie człowiek może zrozumieć tożsamość swą we wszystkim, co żyje. Dlaczego starożytni riszi wybrali do apoteozy krowę, jest dla mnie oczywiste. Krowa w Indii jest najlepszym symbolem: ona była zawsze dawcą obfitości. Nie tylko dawała mleko, ale także umożliwiała rolnictwo. Krowa jest poematem współczucia; w szlachetnym tym zwierzęciu czyta się współczucie. Jest ona drugą matką dla milionów ludzi. Opieka nad krowami oznacza opiekę nad wszystkimi stworzeniami Boga. Wołanie niższego rodzaju stworzenia jest tym bardziej przekonywujące, że jest pozbawione słów…

Ortodoksyjny Hindus wykonuje trzy rytuały dziennie. Jednym z nich jest Bhuta Jadżna, ofiarowywanie pożywienia królestwu zwierzęcemu. Ceremonia ta symbolizuje zrozumienie przez człowieka jego zobowiązań wobec niższych istot, utożsamianych instynktownie z ciałem, pozbawionych jednak cech wyzwalającego rozumu, który właściwy jest ludzkości. Bhuta Jadżna wobec tego wzmaga u człowieka gotowość pomagania słabszemu, podobnie jak on sam w nielicznych wypadkach doznaje wsparcia i opieki ze strony wyższych, niewidzialnych istot. Człowiek ma również obowiązek odnawiania darów przyrody, tak rozrzutnej na ziemi, morzu i niebie. Ewolucyjna bariera, jaką jest niemożność porozumiewania się w przyrodzie zwierząt, człowieka i astralnych aniołów, może być w ten sposób przełamana dzięki przejawieniu miłości w milczeniu.

Pozostałe dwie jadżny poświęcone są Pitri i Nri . Pitri Jadżna jest to składanie ofiar przodkom jako symbol uznania przez człowieka jego długu wobec przeszłości, gdyż esencja jej mądrości oświeca współczesną ludzkość. Nri Jadżna jest ofiarowaniem pożywienia ludziom obcym lub ubogim jako symbol aktualnej odpowiedzialności człowieka, jego obowiązków wobec współczesnych.

Zaraz po południu wykonałem po sąsiedzku Nri Jadżnę, składając wizytę w aszramie Gandhiego dla małych dziewcząt. Mr. Wright towarzyszył mi w dziesięciominutowej przejażdżce. Delikatne, młode, podobne do kwiatów twarzyczki, unoszące się ponad powłóczystymi sari! Pod koniec krótkiego przemówienia w języku hindi, które miałem wygłosić na wolnym powietrzu, spadła z nieba nagła ulewa. Ubawieni tym, wskoczyliśmy z Mr. Wrightem do auta i jadąc z powrotem do Maganwadi przecinaliśmy srebrne lustro wody. Tak wielka była tropikalna intensywność ulewy!

Gdy wszedłem ponownie do domu przeznaczonego dla gości, uderzyła mnie na nowo ogromna prostota i wszędzie widoczne objawy samoofiary. Złożony przez Gandhiego ślub nieposiadania niczego objawił się wcześnie w jego małżeńskim życiu. Wyrzekłszy się szerokiej prawniczej praktyki, która przynosiła mu dochód roczny przekraczający 20.000 dolarów, Mahatma rozdał biednym cały swój majątek.

Sri Jukteswar zwykł był łagodnie żartować z często niewłaściwego pojmowania wyrzeczenia.

„Żebrak nie może wyrzekać się bogactwa”, powiedziałby Mistrz. „Jeśli człowiek narzeka: mój interes zbankrutował, moja żona opuściła mnie, wyrzeknę się wszystkiego i wstąpię do klasztoru, to czego on się na świecie wyrzeka? To nie on wyrzekł się bogactwa i miłości, to jego się wyrzeczone!”

Natomiast święci podobni do Gandhiego nie tylko czynią materialne ofiary, lecz również dokonują o wiele trudniejszego wyrzeczenia się egoistycznych motywów i prywatnego celu oraz włączają swą najgłębszą istotę w strumień rozwoju całej ludzkości.

Wspaniała żona Gandhiego, Kasturbai, nie sprzeciwiała się, gdy nie zachował on części majątku na jej i dzieci użytek. Zaślubieni we wczesnej młodości Gandhi i jego żona złożyli ślub czystości po narodzeniu się kilku synów. Cicha bohaterka w pełnym napięć dramacie, jakim było wspólne ich życie, Kasturbai szła ze swym mężem do więzienia, dzieliła jego trzytygodniowe posty i żywo uczestniczyła w jego nie mających końca obowiązkach. Złożyła ona Gandhiemu następujący hołd:

„Dziękuję ci za przywilej towarzyszenia i pomagania ci przez całe życie. Dziękuję ci za najdoskonalsze małżeństwo na świecie, oparte na brahmaczarji (samoopanowaniu), a nie na seksie. Dziękuję ci za to, że nie byłeś jednym z tych mężów, którzy tracą swój czas na karty, wyścigi, kobiety, wino i śpiew, znudziwszy się swą żoną i dziećmi, podobnie jak mały chłopiec szybko się znudzi swymi dziecinnymi zabawkami. Jakże ci jestem wdzięczna, że nie byłeś jednym z tych mężów, którzy poświęcają swój czas na wzbogacenie się kosztem wyzysku pracy innych ludzi.

Jakże jestem ci wdzięczną za to, że postawiłeś Boga i kraj ponad wszystko, że miałeś odwagę swych przekonań oraz całkowitą i ślepą wiarę w Boga. Jestem ci wdzięczna za twą wyrozumiałość dla mnie i wady mej młodości, kiedy sarkałam i buntowałam się przeciw zmianie, jaką wprowadziłeś w nasze życie – od tak dużo do tak mało!

Jako młode dziewczę żyłam w domu twych rodziców; matka twoja była wielką i dobrą kobietą; ćwiczyła mnie i nauczała, jak być dzielną odważną żoną i jak zachować miłość i szacunek jej syna, mego przyszłego męża. Gdy po latach stałeś się najukochańszym kierownikiem Indii, nie miałam żadnej z tych obaw, jakie mogą oblegać żonę, która może być odsunięta na bok, gdy jej mąż wszedł na szczyt drabiny powodzenia, jak się to dzieje w innych krajach. Wiedziałam, że śmierć nas znajdzie jeszcze jako męża i żonę”.

Przez całe lata Kasturbai spełniała obowiązki skarbnika publicznych funduszy, które ubóstwiany Mahatma potrafił zbierać milionami. W hinduskich domach krąży wiele zabawnych opowiadań o tym, jak denerwują się mężowie, gdy ich żony idąc na zebranie z Gandhim wkładają na siebie jakieś klejnoty; magiczny język Mahatmy, stającego w obronie uciskanych, zaczarowuje złote bransoletki i diamentowe naszyjniki tak – iż prosto z ramion i szyi bogatych kobiet wędrują do zbiorowego kosza!

Pewnego dnia skarbnik publiczny, Kasturbai, nie potrafił się wyliczyć z czterech rupii. Gandhi słusznie opublikował wynik rewizji ksiąg, w którym nieubłaganie wytknął swej żonie niedobór czterech rupii.

Historię tę często opowiadałem swym amerykańskim uczniom. Na pewnym wykładzie jedna z kobiet na sali wybuchnęła oburzeniem:

– Mahatma czy nie Mahatma – krzyknęła – ale gdyby to był mój mąż, podbiłabym mu oczy za taką niepotrzebną publiczną obrazę!

Po kilku wesołych żartach na temat amerykańskich i hinduskich żon przystąpiłem do szerszego wyjaśnienia.

– Pani Gandhi uważa Mahatmę nie za swego męża, lecz za swego guru, który ma prawo ganić ją za błędy – powiedziałem.

W jakiś czas po publicznym zganieniu Kasturbai Gandhi został skazany na więzienie z powodów politycznych. Gdy spokojnie żegnał się z żoną, ona upadła do jego stóp. – Mistrzu – powiedział pokornie – jeśli cię kiedy obraziłam, proszę cię, przebacz mi! 127 W owo popołudnie w Wardha, o godzinie trzeciej udałem się zgodnie z uprzednią umową do pracowni świętego, który z własnej żony potrafił uczynić niezłomnego ucznia – rzadki cud; Gandhi spojrzał na mnie ze swym niezapomnianym uśmiechem.

– Mahatmadżi – rzekłem, gdy tylko usiadłem obok niego na macie bez poduszki – proszę mi podać swe określenie ahimsy.

– Unikanie wyrządzania krzywdy jakiemukolwiek stworzeniu w myśli lub czynie.

– Piękny ideał! Świat jednak zawsze będzie pytał: Czyż można nie zabić kobry, aby obronić dziecko lub siebie samego?

– Nie mógłbym zabić kobry bez złamania dwóch mych ślubów: nieustraszoności i niezabijania. Starałbym się raczej wewnętrznie uspokoić węża wibracjami miłości. Nie mogę obniżać swych ideałów, aby dostosować się do okoliczności. – Ze swą zdumiewającą szczerością Gandhi dodał: – Muszę wyznać, że nie mógłbym prowadzić tej rozmowy, gdybym znalazł się naprzeciw kobry!

Zwróciłem uwagę na kilka nowych książek zachodnich o diecie, które leżały na pulpicie.

– Tak, dieta jest rzeczą ważną w ruchu satyagrahy – jak zresztą wszędzie – powiedział z uśmiechem. – Ponieważ bronię całkowitej wstrzemięźliwości u satyagrahów, przeto zawsze staram się znaleźć najdogodniejszą dietę dla stanu celibatu. Człowiek musi zwyciężyć swe podniebienie, zanim będzie mógł zapanować nad instynktem rozmnażania się. Głodzenie się na pół lub niezrównoważona dieta nie jest żadnym rozwiązaniem sprawy. Aby pokonać głód, satyagraha musi stale przestrzegać racjonalnej diety jarskiej z wszystkimi koniecznymi witaminami, solami mineralnymi i kaloriami. Dzięki wewnętrznej mądrości w stosunku do jedzenia, seksualny fluid satyagrahy z łatwością przeobrazi się w energię życiową całego ciała.

Porównywałem z Mahatmą swe wiadomości o substytutach mięsa. – Avocado jest znakomite – rzekłem. – W pobliżu mego ośrodka w Kalifornii rośnie wiele gajów avocado.

Twarz Gandhiego zapłonęła z zaciekawieniem. – Zastanawiam się, czy avocado mogłoby rosnąć w Wardha? Wszyscy ucieszyliby się z nowego pożywienia.

– Postaram się niezawodnie przysłać pewną ilość sadzonek avocado z Los Angeles do Wardha. – Dodałem – Jaja są pożywieniem zawierającym dużo proteiny, czy są zakazane dla satyagrahów^

– Nie zapłodnione jaja – nie. – Mahatmą uśmiechnął się, coś sobie przypominając. – Przez lata nie mogłem propagować ich jedzenia, nawet obecnie ja sam ich nie jadam. Jedna z mych synowych była umierająca z niedożywienia; jej lekarz domagał się dla niej jaj. Nie mogłem się na to zgodzić i radziłem mu, aby jej dał jakąś równorzędną namiastkę.

– Gandidżi – rzekł wówczas lekarz – nie zapłodnione jaja nie zawierają wcale zarodków życia; jedzenie ich nie powoduje więc zabijania życia.

– Wobec tego chętnie zezwoliłem synowej jeść jajka i wkrótce odzyskała ona zdrowie.

Poprzedniego wieczoru Gandhi wyraził życzenie zapoznania się z krija-jogą Lahiri Mahasayi. Byłem poruszony otwartością umysłu Mahatmy i jego duchem poszukiwań. W swym poszukiwaniu Boga jest on podobny do dziecka i przejawia tak czystą gotowość przyjęcia prawdy – za jaką Jezus chwalił dzieci… „takich jest Królestwo Niebieskie”.

Nadeszła godzina mego zapowiedzianego wykładu; kilku satyagrahów weszło do pokoju: Desai, Dr Pingale i kilku innych, którzy pragnęli poznać technikę kriya-jogi.

Najpierw nauczyłem tę małą grupę ćwiczeń jagoda. Należy sobie wyobrazić, że ciało jest podzielone na dwadzieścia części; wola kieruje energię do każdej z tych części po kolei. Niebawem każdy wibrował przede mną jak ludzki motor. Można było oglądać zjawisko falowania na dwudziestu częściach ciała Gandhiego, które przez cały czas były dostępne obserwacji! Chociaż jest on bardzo chudy, to jednak nie w sposób nieprzyjemny, skóra jego ciała jest gładka, nie pomarszczona. Gandhi poddawał się licznym krótkim i długim postom. Cieszył się on wyjątkowo dobrym zdrowiem. Jego książki: Diet and Diet Reform (Dieta i jej reforma), Naturę Cure (Leczenie naturalne) i Key to Health (Klucz do zdrowia) wydano w Indiach.

Potem zapoznałem całą grupę z wyzwalającą techniką kriya-jogi.

Mahatmą studiował z szacunkiem wszystkie religie świata. Pisma święte Dżainów, Nowy Testament i pisma społeczne Tołstoja (Thore-au, Ruskin i Manzini to trzej inni zachodni pisarze, których poglądy społeczne Gandhi studiował starannie) – to główne źródła Gandhiego o niewyrządzaniu krzywdy i nieposługiwaniu się przemocą. Sformułował on swoje credo w następujący sposób:

„Wierzę, że Biblia, Koran i Zend-Avesta (Pismo święte dane Persji około 1000 r. przed Chr. przez Zoroastra) są natchnione przez Boga, podobnie jak Wedy. Wierzę w misję Guru, lecz w tym wieku miliony ludzi musi żyć bez Guru, ponieważ bardzo rzadko można spotkać połączenie doskonałej czystości i doskonałej nauki. Nie trzeba jednak rozpaczać z powodu niemożliwości poznania prawdy swej religii, gdyż podstawowe zasady hinduizmu jak i każdej wielkiej religii są niezmienne i łatwe do zrozumienia.

Jak każdy Hindus wierzę w Boga i Jego Jedność, w odradzanie się i zbawienie… Nie mogę lepiej opisać swego uczucia dla hinduizmu, jak porównując uczucia do swej żony. Rozczula mnie ona jak żadna inna kobieta na świecie. Nie dlatego, że nie ma wad; śmiem powiedzieć, że ma ich więcej, niż ja widzę. Istnieje jednak poczucie nierozerwalnego związku. Podobne uczucia mam dla hinduzmu z wszystkimi jego wadami i ograniczeniami. Nic nie sprawia mi większej przyjemności jak muzyka Tulsidasa do Gity lub Ramajany. Gdy wydawało mi się, że oddaję swe ostatnie tchnienie, Gita była moim pocieszeniem.

Hinduzim nie jest separatystyczną religią. Jest w nim miejsce na oddawanie czci wszystkim prorokom świata. (Hinduizm wyróżnia się spośród wszystkich religii tym, że nie wywodzi się od jednego wielkiego założyciela, lecz od bezosobowych wedyjskich pism świętych, dzięki temu daje on możność włączenia w jego krąg z pełną czcią proroków wszystkich czasów i wszystkich krajów. Wedyjskie pisma święte regulują nie tylko pobożne praktyki, ale także obyczaje społeczne, usiłując zharmonizować z boskim prawem wszystkie poczynania człowieka). Hinduizm nie jest misjonarską religią w pospolitym tego słowa znaczeniu. Bez wątpienia wchłonął on do swej owczarni wiele plemion, jednakże wchłonięcie to miało ewolucyjny, niedostrzegalny charakter. Hinduizm każdego człowieka uczy czcić Boga zgodnie z jego własną wiarą lub dharmą128 i wobec tego żyje on w pokoju ze wszystkimi religiami”.

O Chrystusie Gandhi napisał: „Jestem pewny, że gdyby obecnie żył wśród ludzi, błogosławiłby on życie wielu ludzi, którzy może nawet nigdy nie słyszeli Jego imienia… Tak jest napisane: ,Nie każdy, który mi mówi: Panie, Panie… ale którzy pełnią wolę Ojca mego’ (Mateusz 7:21). W lekcji własnego życia Jezus dał ludzkości wspaniały cel i jedyne zadanie, do którego wszyscy powinniśmy dążyć. Wierzę, iż należy on nie tylko do chrześcijaństwa, lecz do całego świata, do wszystkich krajów i narodów”.

W ostatni wieczór mojego pobytu w Wardha przemawiałem na zebraniu, które w sali miejskiej urządził Desai. Około 400 osób, które przyszły posłuchać wykładu o jodze, wypełniło salę tłoczno aż po parapety okien. Z początku mówiłem w języku hindi, a potem po angielsku. Nasza mała grupa powróciła potem do aszramy, aby na dobranoc spojrzeć na Gandhiego pogrążonego w spokoju i korespondencji.

Noc jeszcze nie minęła, gdy o godzinie piątej rano wstałem. Życie wiejskie już się budziło; najpierw zjawił się u bramy aszramy wózek zaprzężony w byczka, a potem wieśniak z ogromnym chwiejącym się na jego głowie brzemieniem. Po śniadaniu nasza trójka odszukała Gandhiego, aby mu złożyć pożegnalne pronamy. Święty wstaje o godzinie czwartej na swą poranną modlitwę.

– Mahatmadżi – żegnaj! – Ukląkłem, aby dotknąć jego stóp. – India jest bezpieczna pod twoją opieką!

Minęły lata od czasu tej idylli w Wardha; ziemia, oceany i niebiosa pokryły się mrokami wojny światowej. Wśród wielkich przywódców tylko Gandhi proponował jako praktyczną alternatywę nie odwoływanie się do przemocy przeciw zbrojnej sile, aby wyrównać krzywdy i usunąć niesprawiedliwość. Mahatma zastosował środki wyrzekające się gwałtu, których skuteczność raz po raz sprawdzał. Doktrynę swą ujmuje w tych słowach:

„Przekonałem się, że życie trwa wśród zniszczeń. Dlatego musi istnieć jakieś wyższe prawo niż to, które jest degradacją. Na zdrowy rozum tylko pod rządami takiego prawa możliwe jest dobrze uporządkowane społeczeństwo, a życie warte życia.

Jeśli takie jest prawo egzystencji, musimy je wprowadzać w codzienne życie człowieka. Gdziekolwiek istnieje wojna, gdziekolwiek spotykamy się z przeciwnikiem, trzeba zwyciężać miłością. Przekonałem się, że niezawodne prawo miłości dawało w mym własnym życiu skuteczną odpowiedź, czego nie czyniło nigdy prawo niszczenia.

W Indii mieliśmy naoczny dowód działania tego prawa na największą możliwą skalę. Nie twierdzę, że zasada niewyrządzania krzywdy przeniknęła 300 milionów ludzi w Indii, lecz utrzymuję, że przeniknęła ona głębiej niż jakakolwiek inna doktryna w niewiarygodnie krótkim czasie.

Potrzebne jest dosyć wytrwałe ćwiczenie, aby przyswoić sobie umysłową postawę niewyrządzania krzywdy. Potrzebne jest do tego zdyscyplinowane życie na wzór żołnierza. Doskonałą postawę osiąga się tylko wtedy, gdy umysł, ciało i mowa są należycie skoordynowane. Każdy problem rozwiąże się sam przez się, jeśli postanowimy uczynić prawo życia prawem prawdy i niewyrządzania krzywdy”.

Ponury bieg politycznych wydarzeń świata nieubłaganie dowodzi prawdy, że bez duchowej wizji naród ginie. Nauka, ale nie religia, obudziła w ludzkości mroczne poczucie niepewności, a nawet nie-rzeczywistości materialnych rzeczy. Zaprawdę, dokąd człowiek ma się teraz udać, jeśli nie do swego Źródła i Początku, do Ducha w sobie.

Sięgnąwszy do historii świata można słusznie stwierdzić, że problemów człowieka nigdy nie dało się rozwiązać brutalnym użyciem siły. Pierwsza wojna światowa zrodziła przejmującą dreszczem kulę śnieżną strasznej karmy, która stoczyła się na świat w postaci lawiny drugiej wojny światowej. Tylko ciepło braterstwa narodów może stopić tę ogromną kulę śnieżną krwawej karmy, która w przeciwnym razie przyniesie ludzkości trzecią wojnę światową. Bezbożna trójca dwudziestego wieku! Posługiwanie się logiką dżungli zamiast rozumem ludzkim w załatwianiu sporów zamieni Ziemię z powrotem w dżunglę. Jeśli nie będziemy braćmi w życiu, będziemy braćmi w gwałtownej śmierci. Jeśli Bóg pozwolił człowiekowi odkryć wyzwolenie energii atomowej, to na pewno nie dla takiej niegodziwości!

Wojna i zbrodnia nigdy się nie opłacają. Biliony dolarów, które poszły z dymem wybuchających nicości, wystarczyłyby, aby stworzyć nowy świat niemal wolny od chorób i całkowicie wolny od ubóstwa. Zamiast ziemi strachu, chaosu, głodu, zarazy, prawdziwego „danse macabre” powstałby szeroki świat pokoju, dobrobytu i coraz większej wiedzy.

Głos Gandhiego wzywający do niewyrządzania krzywdy apeluje do najszlachetniejszego głosu sumienia ludzkiego. Niechaj narody nie sprzymierzają się dłużej ze śmiercią, lecz z życiem! Nie ze zniszczeniem, lecz z budowaniem, nie z nienawiścią, lecz z twórczym cudem miłości!

„Należy przebaczać każdą krzywdę”, mówi Mahabharata. Powiedziano, że kontynuowanie jest świętością. Dzięki przebaczaniu utrzymuje się świat w całości. Przebaczenie jest siłą silnego; przebaczenie jest ofiarą; przebaczenie jest spokojem umysłu. Przebaczenie i łagodność to właściwości człowieka, który nad sobą panuje. Przedstawiają one wieczystą cnotę.

Niewyrządzanie krzywdy jest naturalną latoroślą prawa przebaczania i miłości. „Jeśli w sprawiedliwej walce staje się konieczną utrata życia, głosi Gandhi, trzeba być jak Jezus przygotowanym, aby wylać własną, a nie cudzą krew. Wówczas mniej będzie rozlewu krwi na świecie”.

Przyjdzie czas, kiedy epicy opisywać będą indyjskich satyagrahów, którzy nienawiści przeciwstawili się miłością, gwałtowi wstrzymaniem się od gwałtu, którzy pozwalali raczej siebie bezlitośnie zabijać, niż nosić broń. Rezultatem tego było to, że w pewnych (historycznych) wypadkach przeciwnicy rzucali swą broń i uciekali – zawstydzeni, wstrząśnięci do głębi widokiem ludzi, którzy wyżej cenili cudze życie niż własne.

„W razie potrzeby będę raczej czekał przez wieki”, mówił Gandhi, „aniżeli miałbym szukać wolności swego kraju w przelewaniu krwi”. Biblia przestrzega nas: „Wszyscy, którzy miecz biorą, od miecza poginą” (Mateusz 26:52).

„Nazywam się nacjonalistą, pisał Mahatma, lecz mój nacjonalizm jest szeroki jak wszechświat. Zasięgiem swym obejmuje on wszystkie narody ziemi (Niechaj człowiek nie szczyci się, że kocha swój kraj, niechaj raczej szczyci się, że kocha swój rodzaj – przysł. perskie). – Nacjonalizm mój obejmuje dobrobyt całego świata. Wcale nie chcę, aby moja India powstała na gruzach innych narodów. Nie chcę, aby India wyzyskiwała choćby jedną istotę ludzką. Chcę, aby India była silna i aby mogła inne narody »zarazić« swą siłą. Nie jest dziś takim ani jeden naród w Europie, który by się nie przeciwstawiał innym narodom.”

Prezydent Wilson sformułował czternaście słynnych punktów i powiedział: „Jeśliby jednak mimo wszystko te nasze wysiłki zawarcia pokoju zawiodły, to mamy broń, do której możemy się odwołać. Szukajmy więc teraz czegoś nowego; spróbujmy siły miłości i Boga, który jest prawdą. Gdy tę mieć będziemy, nie będziemy potrzebowali żadnej innej”.

Ćwicząc tysiące prawdziwych satyagrahów, którzy z kolei szerzą posłannictwo Gandhiego, cierpliwie wychowując hinduskie masy, aby zrozumiały duchowe i ewentualne materialne korzyści z niewyrządzania krzywdy – mianowicie niewspółdziałania z niesprawiedliwością i gotowość raczej znoszenia zniewag, więzienia, a nawet śmierci, nieuciekania się do broni, i zyskując dzięki niezliczonym przykładom męczeństwa satyagrahy sympatię świata, Gandhi zobrazował w sposób dramatyczny praktyczną stronę zasady niewyrządzania krzywdy, jej poważną siłę rozwiązywania sporów bez wojny.

Gandhi uzyskał z pomocą środków nie odwołujących się do agresji większą ilość politycznych koncesji dla swego kraju aniżeli jakikolwiek przywódca innego kraju – bez użycia broni. Metoda usuwania z korzeniem wszystkich niesprawiedliwości i grzechów bez wyrządzania krzywdy została zastosowana w sposób zdumiewający nie tylko na arenie polityki, ale także w delikatnej i złożonej dziedzinie hinduskiej reformy społecznej. Gandhi i jego zwolennicy usunęli wiele zastarzałych sporów pomiędzy hindusami a mahometanami, setki tysięcy muzułmanów uważa Mahatmę za swego przywódcę. Niedotykalni znaleźli w nim swego nieustraszonego i tryumfującego bojownika. „Jeśli wypadnie mi narodzić się ponownie”, napisał Gandhi, „pragnę narodzić się pariasem wśród pariasów, ponieważ dzięki temu będę mógł skuteczniej im służyć”.

Mahatma jest naprawdę „Wielką Duszą”, lecz rozpoznały to najpierw miliony niewykształconych ludzi, którzy obdarzyli go tym tytułem. Szlachetny ten prorok spotyka się ze czcią we własnym kraju. Skromny wieśniak potrafił sprostać wysokim wymaganiom Gand-hiego. Mahatma z całego serca wierzy we wrodzoną szlachetność człowieka. Nieuniknione zawody nie rozczarowały go. „Nawet jeśli przeciwnik dwadzieścia razy oszuka”, pisze Gandhi, „satyagraha jest gotów zaufać mu po raz dwudziesty pierwszy, gdyż bezwzględne zaufanie do natury człowieka stanowi zasadniczą treść jego wiary”.

– Mahatmadżi, jesteś wyjątkowym człowiekiem. Nie możesz oczekiwać, że świat będzie postępował tak jak ty – zauważył raz pewien krytyk. – Dziwne to, że potrafimy się łudzić, wyobrażając sobie, że można doskonalić ciało bez pomocy ukrytych w nim sil duchowych – odpowiedział Gandhi. – Staram się wykazać, że jeśli rozporządzam którąś z tych sił, to jestem równie słabym śmiertelnikiem jak każdy z nas i że nigdy nie wyróżniałem się niczym niezwykłym ani teraz się nie wyróżniam. Wyznaję jednak, że posiadam dość pokory, aby przyznać się do błędu i cofnąć się. Wyznaję, że mam niewzruszoną wiarę w Boga i Jego dobroć oraz żywię niespożytą namiętność w stosunku do prawdy i miłości. Czyż jednak nie kryją się one w każdym człowieku? – Potem dodał on: – Jeśli możemy czynić odkrycia w świecie zjawisk materialnych, to czy musimy ogłaszać bankructwo w dziedzinie ducha? Czyż nie można rozłożyć tak wyjątków, aby uczynić z nich regułę? Czy człowiek musi być najpierw zwierzęciem, a dopiero potem człowiekiem, jeśli w ogóle jest nim potem?129

Amerykanie mogą sobie z dumą przypomnieć pomyślny eksperyment niewyrządzania krzywdy przeprowadzony przez Williama Penna, gdy w siedemnastym wieku zakładał kolonię w Pensylwanii. Nie miał on „żadnych fortów, żołnierzy, policji ani broni”. Wśród dzikich pogranicznych wojen i rzezi, jakie rozgrywały się pomiędzy nowymi osadnikami a czerwonoskórymi Indianami, tylko kwakrzy w Pensylwanii nie byli niepokojeni. „Innych mordowano, innych wyrzynano w pień, lecz oni byli bezpieczni. Ani jedna kobieta kwakierska nie została zaczepiona, ani jedno dziecko kwakrów zabite, ani jeden kwakier nie był torturowany”. Gdy w końcu kwakrzy zmuszeni zostali oddać rządy kraju, „wybuchła wojna i niektórzy Pensylwańczycy zostali zabici. Lecz tylko trzech kwakrów zostało zabitych, trzech, którzy tak dalece sprzeciwili się swej wierze, że dla obrony podjęli oręż”.

„Odwołanie się do siły w pierwszej wojnie światowej nie przyniosło spokoju”, wskazywał Franklin D. Roosevelt. „Zwycięstwo i klęska są jednakowo jałowe. Świat musi się nauczyć tej lekcji”.

„Im więcej broni zadającej gwałt, tym więcej nieszczęścia dla ludzkości”, nauczał Lao-Tse. „Tryumf gwałtu kończy się świętem żałoby”.

– Walczę o rzecz tak wielką jak pokój świata – oświadczył Gandhi. – Jeśli hinduski ruch satyagrahów, wolny od cudzej krzywdy, doprowadzi do osiągnięcia celu, to nada to nowy sens patriotyzmowi i, jeśli mogę to rzec z całą pokorą, samemu życiu.

Zanim Zachód odrzuci program Gandhiego jako plan niepraktycznego marzyciela, niechaj wpierw zastanowi się nad określeniem satyagrahy podanym przez Mistrza z Galilei:

„Słyszeliście, iż powiedziano: oko za oko, ząb za ząb. A ja wam powiadam, żebyście się nie sprzeciwiali złu (złemu); ale jeśli cię ktoś uderzy w prawy policzek twój, nadstaw mu i drugiego” (Mateusz 5:38-39).

Epoka Gandhiego przypadła z piękną precyzją kosmicznego zegara na stulecie zniszczone już i spustoszone przez dwie wojny światowe. Na granitowej ścianie jego życia pojawia się boski napis: przestroga przeciw dalszemu rozlewowi bratniej krwi.

Mahatmie Gandhiemu – In Memoriam

„Był on prawdziwym w tego słowa znaczeniu Ojcem Narodu, a człowiek szalony go zabił. Miliony są pogrążone w żałobie, ponieważ światło odeszło… Światło, które świeciło nad tym krajem, nie było zwyczajnym światłem. Przez tysiąc lat światło to będzie widoczne w tym kraju i świat będzie je widział”. Tak mówił pierwszy minister Indii wkrótce po zabiciu Mahatmy Gandhiego 30 stycznia 1948 r. w New Delhi.

Pięć miesięcy wcześniej India pokojowo zdobyła swą niepodległość. Dzieło 78-letniego Gandhiego dokonało się; rozumiał on, że godzina jego jest bliska. „Abha, przynieś mi wszystkie ważne papiery”, powiedział do swej wnuczki rano w dniu tragedii. „Muszę dziś odpowiedzieć. Jutra może nie być”. W licznych ustępach swych pism Gandhi zamieścił wzmianki o ostatecznym swym losie.

Gdy umierający Mahatma skłaniał się powoli na ziemię, z trzema kulami w swym słabym i steranym ciele, podniósł dłonie w tradycyjnym hinduskim geście pozdrowienia (pronam), w milczeniu wyrażając swe przebaczenie. Gandhi, który był na każdym kroku swego życia prostym artystą. Dzięki wszystkim ofiarom jego bezinteresownego życia stał się możliwy ten ostatni gest miłości.

„Przyszłe pokolenia”, napisał Albert Einstein w hołdzie Mahat-mie, „być może nie będę wierzyć, że człowiek taki jak On – człowiek z krwi i kości – chodził po ziemi”. Depesza z Watykanu głosiła: „Morderstwo wywołało tu głęboki smutek. Obchodzimy żałobę po Gandhim jako apostole chrześcijańskich cnót”.

Żywoty wszystkich wielkich ludzi, którzy zjawili się na Ziemi w celu spełnienia jakiejś szczególnej misji, pełne są symbolicznego znaczenia. Dramatyczna śmierć Gandhiego, którą poniósł dla sprawy jedności Indii, oświetliła jaskrawym światłem jego posłannictwo w świecie szarpanym brakiem jedności na wszystkich kontynentach. Posłannictwo to wypowiedział On w proroczych słowach:

„Niewyrządzanie krzywdy przyszło pomiędzy ludzi i będzie żyć. Jest ono zwiastunem pokoju.”

źródło: rozdział 44 Autobiografii Jogina

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii ., Człowiek, Dusza, Rozwój duchowy. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

21 odpowiedzi na „Spotkanie Joganandy z Mahatmą Gandhi „Wielką Duszą” w Wardha

  1. Dawid56 pisze:

    Mahatma Gandhi zwany przez swój Naród Wielka Duszą wyznawał filozofię , której najważniejsze tezy były następujące:

    Niestosowanie przemocy
    Satya- mówienie prawdy
    Wegetarianizm
    Celibat
    Milczenie
    Prostota
    Religia
    „Mimo że Gandhi urodził się w rodzinie hinduskiej, odnosił się z dużym dystansem do wszystkich religii łącznie z hinduizmem. W swojej autobiografii napisał: Więc jeżeli nie mogłem przyjąć chrześcijaństwa jako największej i idealnej religii, to tak samo nie mogę się przekonać do hinduizmu. Wady hinduizmu nie uchodzą mojej uwadze. Jeżeli nietykalność jest częścią hinduizmu, to jest takową, ale tylko jako zmurszała narośl. Nie mogę zrozumieć raison d’être (racji bytu) takich instytucji jak sekty i kasty. Jakie jest znaczenie twierdzenia, że Wedy powstały za inspiracją Boga? Jeżeli tak było to dlaczego Biblia i Koran także nie miałyby powstać za jego przyczyną? Gdy chrześcijańscy przyjaciele próbowali mnie nawrócić, to to samo czynili moi muzułmańscy przyjaciele. Abdallah Sheth namawiał mnie do studiowania islamu i oczywiście zawsze miał coś do powiedzenia odnośnie jego piękna.

    Gandhi powiedział także: Jak tylko tracimy własne wartości moralne, tak wkrótce tracimy naszą religijność. Nie istnieje taka rzecz jak religia panująca nad moralnością (przypis własny: Moralność jest źródłem religii, a nie odwrotnie). Człowiek nie może być fałszywy, okrutny i nieznający umiaru, a jednocześnie twierdzący że ma Boga po swojej stronie.

    Mahatma był bardzo krytyczny odnośnie hipokryzji wielkich religii, czy raczej zasad, na których zostały zbudowane. Odnośnie hinduizmu miał powiedzieć: Hinduizm taki jakim go znam w całości zaspokaja moje potrzeby duchowe, wypełnia całe moje istnienie… Kiedy dopadają mnie wątpliwości, kiedy rozczarowania zaglądają mi w twarz i kiedy nie widzę ani jednego promyka światła na horyzoncie, to zwracam się do Bhagavadgity i znajduję wers, który mnie zadowala. I natychmiast zaczynam się uśmiechać pośrodku przytłaczającego smutku. Moje życie to zbiór tragedii i jeżeli nie zostawiły one na mnie żadnego widocznego śladu, to zawdzięczam to tylko naukom Bhagavadgity.

    Koncepcja dżihadu równie dobrze może być rozumiana jako pokojowa walka albo jako satyagarha, w sposób, w jaki rozumiał ją Gandhi. Odnośnie islamu Mahatma powiedział: Powiedzenia Mahometa są skarbem mądrości, nie tylko dla muzułmanów, ale dla całej ludzkości.

    Pewnego razu zapytano go czy jest hinduistą, a on odpowiedział na to: Tak, jestem, ale jestem także chrześcijaninem, muzułmaninem, buddystą i żydem.

    Gandhi twierdził, że osnową każdej religii jest prawda i miłość (współczucie, brak przemocy i złota reguła etyczna). Był także głęboko poruszony chrześcijańską nauką o niestawianiu oporu i „nadstawianiu drugiego policzka”. Gandhi był zaniepokojony tym, że wyznawcy różnych religii czczą często tylko ich symbole (jak np. krzyż), a ignorują znaczenie podstawowych prawd, takich jak poświęcenie się za bliźniego.

    Mahatma Gandhi spotkał Paramahansę Joganandę, rozmawiał z nim na wiele tematów religijnych i otrzymał inicjację (dikszę) do praktyk krijajogi.”
    Wiara
    źródło:
    https://pl.wikipedia.org/wiki/Mahatma_Gandhi#Religia

    • Margosia pisze:

      „… „Abha, przynieś mi wszystkie ważne papiery. Muszę dziś odpowiedzieć.
      Jutra może nie być”, powiedział Gandhi do swej wnuczki rano w dniu tragedii…”

      ____
      Wspaniały art Dawidzie, dziękuję 🙂 ❤
      Kiedy czytam dzieje życia i wypowiadane słowa przez takich ludzi jak m.in. Gandhi, powraca mi nie tylko wiara w Człowieka, ale także nadzieja…

  2. Dawid56 pisze:

    „Pewnego razu zapytano go czy jest hinduistą, a on odpowiedział na to: Tak, jestem, ale jestem także chrześcijaninem, muzułmaninem, buddystą i żydem”

    I właśnie powinien być taki stosunek do religii.Ważne że się wierzy w Boga , a nie jest ważne czy się jest buddystą,muzułmaninem, żydem, hinduistą czy chrześcijaninem, czy nawet ateistą..

    • Margosia pisze:

      „…Tak jestem hinduistą… ale także jestem chrześcijaninem, muzułmaninem, buddystą i żydem…”
      ____
      Dawidzie, jakże wymownie tłumaczy tę wspaniałą filozofię, którą kierował się Gandhi owo… perskie przysłowie przytoczone w książce:

      Niechaj człowiek nie szczyci się, że kocha swój kraj – niechaj raczej szczyci się, że kocha swój rodzaj

      „Nazywam się nacjonalistą…, lecz mój nacjonalizm jest szeroki jak wszechświat. Zasięgiem swym obejmuje on wszystkie narody ziemi…
      Nacjonalizm mój obejmuje dobrobyt całego świata.
      Wcale nie chcę, aby moja India powstała na gruzach innych narodów.
      Nie chcę, aby India wyzyskiwała choćby jedną istotę ludzką.
      Chcę, aby India była silna i aby mogła inne narody »zarazić« swą siłą.
      Nie jest dziś takim ani jeden naród w Europie, który by się nie przeciwstawiał innym narodom.”

      Piękne wyznanie 🙂 ❤ bowiem… ograniczając swe uczucie miłości, przyjaźni lub choćby tylko tolerancji… w stosunku do jednego narodu, pośród którego człowiek się urodził – staje się on właśnie nacjonalistą…

      Ta „Wielka Dusza” – jaką niewątpliwe był Gandhi, cechowała się niezwykłą wprost skromnością, prostotą i minimalizmem.. i to zarówno w postawie jak i wymaganiach socjalno-bytowych, o czym wspomina autor "Autobiografii Jogina", myślę, że… taka postawa życiowa miała swoje źródło w świadomości faktu, że… każda strata w świecie zjawisk fizycznych niesie z sobą rozczarowanie, ból i cierpienie…

      O tym też opowiada Eckart Tolle w jednym ze swoich filmików, wklejonym w temacie "Rezczywistość i prawda", poruszającym temat śmierci, w którym m.in. wyjaśnia:

      „… Jak krótkie jest każde ludzkie doświadczenie, jak nietrwałe jest nasze życie.
      Czy istnieje coś – co nie podlega narodzinom i śmierci, coś co jest wieczne ?

      Zawsze, kiedy ponosisz poważną stratę w życiu – jak stratę majątku, domu, przyjaciela, albo stratę reputacji, pracy czy zdrowia – coś w tobie umiera. Czujesz się umniejszony w sensie poczucia tego kim jesteś…
      Kiedy forma, z którą nieświadomie się identyfikowałeś jako z częścią siebie – odchodzi lub przestaje istnieć – możesz odczuwać ogromny ból, który pozostawia po sobie jakby dziurę w tkaninie egzystencji… zaakceptuj obecność {tego bólu i nie walcz z nim, ale też}… zwróć uwagę na skłonność umysłu do tworzenia historii wokół tej straty, w której tobie przypada rola ofiary. Strach, złość, uraza, litowanie się nad sobą – to emocje, które towarzyszą tej roli…
      Zawsze, kiedy pojawia się śmierć, zawsze, gdy rozpada się jakaś forma życia – Bóg bezpostaciowy i nieprzejawiony prześwieca przez otwór pozostawiony w tkaninie egzystencji przez tę rozpadającą się formę.
      Dlatego najbardziej świętą rzeczą w życiu jest śmierć.
      Dlatego spokój Boga może w ciebie wniknąć poprzez kontemplację i akceptację śmierci…

      Czy fakt, że jesteś świadomy i widzisz krótkotrwałą naturę wszystkich form, łącznie ze swoją własną – nie oznacza, że jest w tobie Coś – co nie podlega rozkładowi ?…”

      • Margosia pisze:

        „… Ważne że się wierzy w Boga…”
        _____
        Też uważam, że… ważne, tyle tylko… w jakiego „Boga” ?
        – Czy tego przedstawianego przez kościół, który stworzył religię ?, czy może jakiegoś innego, o którym mówią wszyscy Mądrzy Ludzie na przestrzeni wieków ?

        Może by… raz nareszcie wyjaśnić sobie:
        – Co, Kto i jak – rozumie znaczenie tego określenia: „Bóg” ?

        Mam głęboką wewnętrzną pewność wynikającą z odczuć, że… określenie – „Bóg” – zostało błędnie i fałszywie przedstawione i równie błędnie zaszczepione w umysłach ludzkich właśnie przez religie kościelne, przedstawiające go jako … osobowego ojca, znajdującego się gdzieś tam… w niebie, zasiadającego na „niebieskim tronie” w otoczeniu świty aniołów i przyglądającego się – z aprobatą lub dezaprobatą – poczynaniom ludzi…

        Takie błędne wyobrażenie znaczenia tego określenia – „Bóg” – pokutuje do dnia dzisiejszego wprowadzając zamęt i chaos w nasze umysły, ale co gorsza – to błędne wyobrażenie jest główną przyczyną waśni pomiędzy nami z powodu kompletnego pomieszania i nierozumienia pojęć…

    • Daria pisze:

      Jak dla mnie nie jest wazne czy wierzy sie w Boga.
      My jestesmy wszystkim i wszystko jest nami – do tego nie jest potrzebna wiara.

      • Maria_st pisze:

        Jak dla mnie nie jest wazne czy wierzy sie w Boga.
        My jestesmy wszystkim i wszystko jest nami – do tego nie jest potrzebna wiara.”

        popieram

      • Margosia pisze:

        „Jak dla mnie nie jest wazne czy wierzy sie w Boga.
        ___
        Można i tak 🙂
        Ale dla mnie z kolei, wiara czyli… pokładana ufność wynikająca z wiedzy i rozumienia prawideł rządzących światem, w którym egzystuję… jest bardzo istotna 🙂
        * * *
        „.. My jestesmy wszystkim i wszystko jest nami – do tego nie jest potrzebna wiara.”
        ____
        W pewnym sensie… zgadzam się z tym zdaniem Dario 🙂 ale… wiem, że… setki milionów ludzi wierzących w „boga osobowego” – z dnia na dzień – nie przestanie w niego wierzyć, tylko dlatego, że obie – zapewne różnymi drogami – doszłyśmy do podobnych wniosków 😉
        Wiedza ta wynika z mojego doświadczenia, podczas którego zostałam wychowana w rodzinie katolickiej, i do 18-go roku życia wpajano mi ten obraz „osobowego boga” tak skutecznie, że kiedy nareszcie zaczęłam decydować sama o sobie… zanegowałam głośno taki obraz „boga”…
        Wówczas… zadziało się w moim życiu coś bardzo dziwnego i jednocześnie – na tamte czasy – dla mnie niezrozumiałego…, a mianowicie to, że odczułam w ❤ straszliwą pustkę, z którą długo nie potrafiłam sobie poradzić…
        Utrata wiary w przedstawianego przez kościół "boga" spowodowała u mnie również uczucie ogromnego osamotnienia, wyobcowania i opuszczenia…
        Odbiło się to także negatywnie – jak wówczas uważałam… na moich kontaktach rodzinno-towarzyskich, które z niewiadomych dla mnie przyczyn, nagle przybrały postać ledwie… "chłodnej tolerancji", a grono przyjaciół gwałtownie się zmniejszyło…

        Tak wiec jak widzisz Dario – przeszłam "twardą szkołę Rocha" – zanim zrozumiałam co oznacza… wiara w siebie…

        • Daria pisze:

          Wiesz, ja spokoj mam w sobie bez religii, Boga i innych takich rzeczy.
          Co by bylo gdyby kazdy czlowiek uslyszal ze nie ma tego ktory rzadzi, kara i nagradza.
          Wiesz co ja czuje kiedy wiem ze tego nie ma? Czuje wolnosc, wolnosc w sercu. Moge latac, gory przenosic; wystarczy to wszystko w sobie poczuc – byc soba, byc otwartym na piekno, miłość i na doświadczenie. Uwrażliwienie siebie, praca nad soba to dla ludzi powinno byc wazne. Wyjscie poza schematami, programami. Zycze tego kazdemu

          • Margosia pisze:

            „…Uwrażliwienie siebie, praca nad soba to dla ludzi powinno byc wazne.
            Wyjscie poza schematami, programami. Zycze tego kazdemu”

            ____
            Święte słowa Dario…

            * * *
            „…Co by bylo gdyby kazdy czlowiek uslyszal ze nie ma tego ktory rzadzi, kara i nagradza…”
            ____
            Dobre pytanie 😉 ale… odpowiadając na nie – można by rzec… „nieustanna szkoła Rocha”… ha, ha, ha…

          • Dawid56 pisze:

            Dario może nieco inaczej pojęcie Boga w pewnym sensie wyjaśnia nam ten niedostępny naszym podstawowym 5 zmysłom ten niewidzialny Świat.
            Wiemy że on istnieje i brak nam do niego odniesienia i w pewnym sensie budzi w on w nas obawy , obawy przed czymś albo przed stanem , którego nie znamy , albo którego nie pamiętamy
            Bóg jest naszym łącznikiem pomiędzy widzialnym i niewidzialnym Światem.Nawet gdybyśmy zostali stworzeni jako istoty na półcielesne i półduchowe przez Ksmitów to i tak będzie w nas istniała tęsknota za Źródłem.Prawdopodobnie w Świecie niewidzialnym ta tęsknota będzie znacznie większa aniżeli tu na Ziemi.
            Pozostaje jeszcze kwestia nieprzychylnych Człowiekowi innych energii astralnych- właśnie w tych sytuacjach łączność ze Źródlem, a chociażby wiara w to że istnieje Źródło albo że istnieje łączność ze Źródłem pomaga znacznie lepiej znaleźć się w bardzo skomplikowanym Świecie astralnym.

          • Margosia pisze:

            „…Wiemy że on istnieje i brak nam do niego odniesienia i w pewnym sensie budzi w on w nas obawy…”
            ____
            Dawidzie, jeśli masz chwilkę czasu i chęci, to może… zechcesz przeczytać moje wyobrażenie dot. Boga i wypowiedzieć swoje zdanie w tym temacie ?…
            https://margo0307.wordpress.com/

          • Margosia pisze:

            „…Nawet gdybyśmy zostali stworzeni jako istoty na pół cielesne i pół duchowe przez Kosmitów to i tak będzie w nas istniała tęsknota za Źródłem…”
            ___
            Może tak, a może nie…, któż to może wiedzieć Dawidzie ?

  3. Rekju2 pisze:

    Wiec jednak co?s,albo nic
    dowiem-y sie na zadane pytanie przez kogo?s,
    kiedy?s na temat?

    …umie znaczenie tego określenia: „Bóg” ?

    Od siebie dodam,jak ponizej:

    Prorok Mahomet w jaki?s sposob dowiedzial sie od Allacha ze czlow-iek na ziemi egzystuje w sumie 6 tys.lat.
    Kazdemu…,

    /nie wiem-y ilu?m/

    …,myslacemu nasunac mogloby sie pytanko a jak stary jest…, ? I gdyby sie okazalo ze np.Neanderta-lczykowy jest duzo starszy niz sam Allach jak i tez piramidy i nie tylko w Gizeh, czy moglby wowczas  byc to powod do ponownej rewol-ucji arabskiej, oraz dokonczenia z kiedy?s, wykor-zystania kamieni
    jako budulec rozbudowujacego sie miasta Kair z predkoscia odglosu moszej-skiej modlitwy ?
    Tyle i az tyle bo padl wyraz Bog.
    A ‚religi(e)a.’ ?
    Moze kiedys,
    albo wcale.

  4. Rekju2 pisze:

    Wiec jednak co?s,albo nic
    dowiem-y sie na zadane pytanie przez kogo?s,
    kiedy?s na temat?

    …umie znaczenie tego określenia: „Bóg” ?

    Od siebie dodam,jak ponizej:

    Prorok Mahomet w jaki?s sposob dowiedzial sie od Allacha ze czlow-iek na ziemi egzystuje w sumie 6 tys.lat.
    Kazdemu…,

    /nie wiem-y ilu?m/

    …,myslacemu nasunac mogloby sie pytanko a jak stary jest…, ? I gdyby sie okazalo ze np.Neanderta-lczykowy jest duzo starszy niz sam Allach jak i tez piramidy i nie tylko w Gizeh, czy moglby wowczas  byc to powod do ponownej rewol-ucji arabskiej, oraz dokonczenia z kiedy?s, wykor-zystania kamieni
    jako budulec rozbudowujacego sie miasta Kair z predkoscia odglosu moszej-skiej modlitwy ?
    Tyle i az tyle bo padl wyraz Bog.
    A ‚religi(e)a.’ ?
    Moze kiedys,
    albo wcale.

    • Dawid56 pisze:

      Trzeba zdawać sobie sprawę z tego że eksperyment pod nazwą „Adam” trwa około 5 lat i ten eksperyment opisuje Biblia , a czasy atlantydzkie są czasami przedbiblijnymi.

  5. tomasz26 pisze:

    kwestia wiary nie wiary i zależności w kogo, czy co jest nie istotna dla karmy(ona się i tak dopełni w swoim tempie) …każdy ma swój punkt widzenia(postrzeganie świadomości) i osobistą wiarę mimo ze ludzie identyfikują się z tym ,czy tamtym w gruncie rzeczy to ,tylko kwestia akceptacji stada nimi kieruje ..im jednostka mniej świadoma (nie lękajcie się) tym bardziej pragnie akceptacji stada ..w chwilach trudnych nie pojętych i nie zrozumiałych istoty nieświadomego ducha się jednoczą.. szukając oparcia….i zawsze wśród osobników stada znajdą się tacy ,którzy będą czerpać energie strachu niepokojów i leku itp.projektując umysły nieświadomego ducha… w odbiciu będzie na odwrót . . .Gandhi dopełnił swą karmę zbioru.

    • Margosia pisze:

      „…im jednostka mniej świadoma (nie lękajcie się) tym bardziej pragnie akceptacji stada …, i zawsze wśród osobników stada znajdą się tacy ,którzy będą czerpać energie strachu niepokojów i leku itp. projektując umysły nieświadomego ducha…”
      ____
      Dokładnie Tomaszu, i tylko troszkę smutno, że… wiedza ta oraz jej zrozumienie… sączy się tak pomalutku…

      Kiedyś usłyszałam… ciekawą wg. mnie – wypowiedź Darka Surgiela, która bardzo mi się spodobała… 🙂

      „Język giętki wieszcza najlepszego,
      Rozum tęgi mędrca wybitnego,
      Nie nazwie i pojąć nie zdoła,
      Jakże Ludzka Jaźń jest złożona…

      Jest czymś więcej niż tylko jednym,
      Gamą aspektów osadzonych w częściach.
      A te z kolei w inkarnacji bytów,
      Związanych z sobą kanałami czasu.
      I wszystkie się widują, lecz o tym nie wiedzą,
      Na korytarzach centrali – w punkcie zero.”

  6. Rekju2 pisze:

    Wiec jednak… dowiem.. sie … znaczenie tego określenia:
    „Bóg” ?”
    ____
    Jurek po co pytasz, skoro wiesz ? !

    Wlasnie bo Biblijna bajka kilkakrotnie oznajmnia ze Bog-ow bylo wiecej niz UNO!
    Graeikowi w ich pojeciu kiedy?s kojarzyli sobie go ich z czym?s dobrym.To taka jedna z tego rejonu …

    znaczenie tego określenia:
    „Bóg” ?”

    Calosc kompliku-je sie w momen-cie i (bez to) albo dlatego ma’m’?-y niepewnosc co do def.Bog-a-ow i dlatego pytanie  z prosba  o SOS ze bez def.Bog-ow-ie nie moge  dalej ruszyc a chcialb-ym sie upewnic czy moze kto?s-iowy moglby sluzyc pomoca,co do…,jak powyzej i POnizej.

    „[Jurek po c(t)o pyta]-sz, skoro [bo nie] wie…,

    /jak z nazwa ‚bogowie’ wzgl.,
    jak moze kto?s
    tych kilku na-zwac/

    ….polbogowie a czy byli te[sz]”?

  7. Rekju2 pisze:

    znajdą się tacy ,którzy…,

    będą czerp(ja)ać energie strachu niepokojów i leku itp. p(z zap)rojekt(owan-ych)e)ując umysł(ow)y nieświadomego ducha…”

    Zeby to kto?s wiedzial, ze w dyszke trafil, nie wiedzac jak zebrac to do i w calosc !
    Chociaz raczej a kto wie czy
    w ocenie sie ale raczej narazie nie myle !
    Tzn.mam na …,

    /szkoda ze nie wielu az tak daleko/

    …,mysli,chociaz ponoc myslenie nie boli.

    Azeby jasniej, tzn. no wlasnie co ma strach niepokoje energia jej czerpanie a juz w ogole
    z od ‚cywilizowany(ch)mi’
    wsPOlne-go ?

    Wlasnie bo Bog,Bogowie…,

    Pani Hera,zona pana Zeusa,mowi :

    Wiec (po)ide ogladnac poblisk(a)i-e granice,
    okean-u-swiat-a,zrodlo Bogow i Tetyde, matke !

    Pan Homer-owy w ….,
    d(a)zie-I(e)lia.

    …,kto wie a mysli wielu a moze nie wie ze nie za gleboko mysli.No coz powinno sie wskazane jest stety i nie wystarczyc narazie nikt nie rokuje nadziei i moze sie ow stan z czasem zmieni?c wiec (bez to) albo dlatego narazie az tyle chociaz warte byloby na temat-cik-i watkow jak to pis-ze nizej,

    którzy będą czerpać energie strachu niepokojów i leku itp. projektując umysły nieświadomego ducha…”

    Nie czerpac a czerpia !
    No ale ludz-iowi ma-my to do siebie ze nie zawsze albo s(i)e un poco zapom(i)n(a)i.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s