Tajemnicza wizyta prezydenta Baracka Obamy na Antarktydzie , tajemnicze spotkanie papieża Franciszka z patriarchą moskiewskim Cyrylem po 962 latach

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii ., Aktualności, OSTRZEŻENIE, Prehistoria, Transformacja 2016-2017, UFO cywilizacje pozaziemskie. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

13 odpowiedzi na „Tajemnicza wizyta prezydenta Baracka Obamy na Antarktydzie , tajemnicze spotkanie papieża Franciszka z patriarchą moskiewskim Cyrylem po 962 latach

  1. Dawid56 pisze:

    Dziennik Admirała Byrda to nie fikcja.Co ciekawe Admirał Byrd odbył swoje podróże nad Antarktydą i Arktyką w kluczowych latach 1947 i 1956.
    Czy na Biegunie Północnym istnieją wejścia do tajnych baz? Jeżeli Tajemny dziennik Admirała Byrda jest autentyczny, to jedno z wejść do podziemnego świata jest na 141 stopniu długości geograficznej wschodniej i 84,4 stopniu szerokości geograficznej północ

    (luty-marzec 1947 r.)

    Przelot badawczy nad Biegunem Północnym (Wewnętrzna Ziemia – mój tajemny dziennik)

    Dziennik ten pisać muszę w tajemnicy i skrytości. Dotyczy on mego przelotu nad Arktyką w dniu dziewiętnastego lutego tysiąc dziewięćset czterdziestego siódmego roku.
    Przychodzi taki czas, gdy człowieczy racjonalizm przestaje cokolwiek znaczyć i kiedy zaakceptować trzeba nieuniknioną Prawdę! Gdy piszę te słowa, nie wolno mi ujawniać nikomu poniższej dokumentacji… być może nie ujrzy ona nigdy światła dnia i nie pozna go opinia publiczna, muszę jednak spełnić swój obowiązek i wszystko zanotować, aby wszyscy mogli to pewnego dnia przeczytać. W świecie pełnym zachłanności i wyzysku przez niektórych ludzi nie można powstrzymywać tego, co stanowi prawdę.

    DZIENNIK POKŁADOWY: LOT Z BAZY NAD ARKTYKĘ, 19/02/1947 R.
    Godzina 0600 – Zakończono wszystkie przygotowania do naszego lotu na północ i startujemy z pełnymi zbiornikami paliwa o 0610.
    Godzina 0620 – Mieszanka paliwa w prawym silniku zdaje się zbyt bogata, dokonano poprawek i oba silniki Pratt & Whittney pracują równo.
    Godzina 0730 – Kontakt radiowy z bazą. Wszystko w porządku, odbiór normalny.
    Godzina 0740 – Zauważono niewielki wyciek oleju w prawym silniku, jednakże wskaźnik ciśnienia oleju zdaje się pracować normalnie.
    Godzina 0800 – Niewielka turbulencja z kierunku wschodniego na wysokości 2321 stóp [ok. 705 metrów – przyp. tłumacza], skorygowałem do 1700 stóp [ok. 515 metrów – przyp. tłumacza], turbulencji nie stwierdza się, lecz wzmaga się tylny wiatr, dokonałem więc niewielkich poprawek w ustawieniu dławika i samolot sprawuje się świetnie.
    Godzina 0815 – Kontakt radiowy z bazą, sytuacja w normie.
    Godzina 0830 – Ponownie pojawiły się turbulencje, zwiększam wysokość do 2900 stóp [ok. 885 metrów – przyp. tłumacza] i znów doskonałe warunki lotu.
    Godzina 0910 – Pod nami wielkie połacie lodu i śniegu, zauważam plamy o żółtawym zabarwieniu, które rozciągają się liniowo. Zmieniam kierunek lotu w celu dokładniejszego przyjrzenia się tym kolorowym wzorom, zauważam także barwę czerwonawą czy liliową. Robię dwa pełne okrążenia nad tym rejonem i powracam do kierunku wyznaczonego przez kompas. Ustalam ponownie położenie z bazą i przekazuję informację o zabarwieniu lodu i śniegu poniżej.
    Godzina 0910 – Zarówno kompas magnetyczny, jak i żyrokompas zaczynają wirować i drgać, nie jesteśmy w stanie utrzymać kierunku opierając się na wskazaniach przyrządów. Orientujemy się według kompasu słonecznego, ale wszystko zdaje się być w porządku. Przyrządy najwyraźniej reagują powolnie i z opóźnieniem, ale nic nie wskazuje na oblodzenie!
    Godzina 0915 – W pewnej odległości dostrzegam coś, co chyba jest górami.
    Godzina 0949 – Upłynęło 29 minut lotu od pierwszej obserwacji gór i nie jest to złudzenie. Są to góry, składające się z niewielkiego łańcucha, których nigdy wcześniej nie widziałem!
    Godzina 0955 – Zmiana wysokości do 2950 stóp [około 900 metrów – przyp. tłumacza]. Znów doświadczamy silnych turbulencji.
    Godzina 1000 – Przecinamy niewielki łańcuch górski i – o ile jesteśmy w stanie stwierdzić – nadal lecimy na północ. Za górami znajduje się najwyraźniej dolina z niewielką rzeką czy też strumieniem, płynącym w jej środkowej części. Pod nami nie powinno być żadnej zielonej doliny! Coś tu jest z pewnością nie tak i dzieje się tu coś bardzo dziwnego! Powinniśmy znajdować się nad lodem i śniegiem! Z lewej burty widać olbrzymie lasy, porastające górskie zbocza. Nasze instrumenty nawigacyjne wciąż wirują, żyroskop waha się w przód i w tył!
    Godzina 1005 – Zmniejszam wysokość do 1400 stóp [około 425 metrów – przyp. tłumacza] i wykonuję ostry skręt w lewo, aby lepiej przyjrzeć się dolinie pod nami. Jest zielona i porośnięta mchami lub gęsto zbitą trawą. Światło wydaje się tu inne. Nie widzę już słońca. Jeszcze raz skręcamy w lewo i zauważamy pod nami coś, co chyba jest jakimś zwierzęciem. Zdaje się, że to słoń! NIE!!! Bardziej przypomina mamuta! To niewiarygodne! A jednak, jest tu! Zmniejszam wysokość do 1000 stóp [około 305 metrów – przyp. tłumacza] i biorę lornetkę, aby lepiej przyjrzeć się zwierzęciu. Potwierdzam – to zwierzę z pewnością podobne jest do mamuta! Składam raport do bazy.
    Godzina 1030 – Napotykamy coraz więcej wzgórz o zielonych zboczach. Miernik zewnętrznej temperatury wskazuje 74 stopnie Fahrenheita [około 23 stopni Celsjusza – przyp. tłumacza]! Lecimy dalej zgodnie z wyznaczonym kierunkiem. Przyrządy nawigacyjne zdają się teraz pracować normalnie. Zadziwia mnie ich zachowanie. Próbuję połączyć się z bazą. Radio nie działa!
    Godzina 1130 – Krajobraz pod nami jest bardziej płaski i zwyczajny (jeśli wolno mi tak powiedzieć). Przed nami dostrzegamy coś, co wygląda jak miasto!!!! To niemożliwe! Samolot zdaje się lekko płynąć. Przyrządy przestały działać!! Mój BOŻE!!! Po obu stronach samolotu widzimy dziwne pojazdy. Gwałtownie się zbliżają! Mają kształt dysku i błyszczą. Są teraz wystarczająco blisko, by dostrzec znajdujące się na nich znaki. To rodzaj swastyki!!! To fantastyczne. Gdzież jesteśmy?! Co się stało? Znów ciągnę za manetki. Nie reagują!!!! Schwytała nas jakaś niewidzialna siła!
    Godzina 1135 – Nasze radio trzeszczy i słyszymy głos, mówiący po angielsku z niewielkim akcentem nordyckim lub germańskim! Wiadomość brzmi: „Witamy, panie Admirale, w naszym królestwie. Sprowadzimy pana na ziemię za dokładnie siedem minut! Proszę się odprężyć, jest pan w dobrych rękach”. Zauważam, że silniki naszego samolotu przestały pracować! Samolot znajduje się pod jakąś przemożną kontrolą i sam skręca. Przyrządy kontrolne są bezużyteczne.
    Godzina 1140 – Otrzymujemy kolejną wiadomość radiową. Rozpoczynamy właśnie podchodzenie do lądowania i za chwilę samolot leciutko się chwieje i rozpoczyna zejście, jakby schwytany w jakąś wielką windę! Ruch w dół jest niemal niezauważalny, a dotknięciu ziemi towarzyszy zaledwie maleńki wstrząs!
    Godzina 1145 – Dokonuję ostatniego, pospiesznego wpisu do dziennika pokładowego. Ku naszemu samolotowi zbliża się pieszo kilku mężczyzn. Są wysocy i mają blond włosy. W oddali widać wielkie, błyszczące miasto, pulsujące wszystkimi kolorami tęczy. Nie wiem, co się teraz zdarzy, ale nie widzę, by przybysze mieli ze sobą jakąś broń. Słyszę, jak jakiś głos woła mnie po nazwisku i każe otworzyć drzwi do luku bagażowego. Tak też robię. KONIEC WPISU.

    Od tego miejsca wszystkie kolejne wydarzenia spisuję z pamięci. Wszystko to wymyka się wyobraźni i zdawać by się mogło szaleństwem, gdyby nie wydarzyło się naprawdę.
    Zabierają operatora radia i mnie z samolotu i szykują serdeczne powitanie. Stajemy na przypominającym platformę pojeździe bez kół! Z wielką prędkością przenosi nas ku błyszczącemu miastu. Gdy się zbliżamy widzę, że zdaje się być zrobione z krystalicznego materiału. Wkrótce przybywamy do dużej budowli, jakiej nigdy wcześniej nie widziałem. Wyglądało, jakby właśnie zeszło z deski kreślarskiej Franka Lloyda Wrighta [Frank Lloyd Wright – jeden z najwybitniejszych amerykańskich architektów, propagujący idee organicznej (a więc pozostającej w zgodzie z przyrodą) architektury, organicznej edukacji oraz zachowania środowiska naturalnego – przyp. tłum.], albo raczej pochodziło ze sceny w filmie o Bucku Rogersie [Pułkownik Buck Roger – bohater znanego w USA serialu science-fiction, którego akcja toczy się w XXV wieku – przyp. tłum.] !! Podają nam jakiś ciepły napój, którego smaku nie daje się porównać do niczego, co kiedykolwiek w życiu kosztowałem. Jest wyborny. Po mniej więcej dziesięciu minutach dwóch z naszych gospodarzy przyszło do naszych pokojów i powiedziało, że mam im towarzyszyć. Nie mam wyboru i muszę ich słuchać. Zostawiam swego radiooperatora; przechodzimy kawałek i wchodzimy do czegoś, co przypomina windę. Przez jakiś czas zjeżdżamy w dół, maszyna zatrzymuje się, a drzwi cichutko podnoszą się w górę! Idziemy następnie długim korytarzem, rozświetlonym różowej barwy światłem, które zdaje się emanować z samych ścian! Jedna z istot każe się nam zatrzymać przed wielkimi drzwiami. Nad drzwiami znajduje się inskrypcja, której nie potrafię odczytać. Wielkie drzwi bezgłośnie się otwierają i zostaję poproszony o wejście. Jeden z mych gospodarzy mówi: „Nie bój się, Admirale, będziesz miał audiencję u Mistrza…”.

    Wchodzę do środka, a moje oczy muszą przywyknąć do przepięknych barw, które wydają się wypełniać cały pokój. Potem zaczynam dostrzegać otoczenie. Me oczy przywitał najpiękniejszy widok w całym mym życiu. W istocie jest on zbyt piękny i cudowny, bym potrafił go opisać. Jest wspaniały i delikatny. Nie sądzę, by w jakimkolwiek ludzkim języku istniało wyrażenie, które potrafiłoby oddać go wiernie ze szczegółami! Moje myśli przerywa serdeczny, ciepły, głęboki i melodyjny głos: „Serdecznie witam w naszym królestwie, Admirale”. Zauważam mężczyznę o delikatnych rysach, na którego twarzy lata odcisnęły już swe piętno. Siedzi przy długim stole. Pokazuje, bym usiadł na jednym z krzeseł. Potem łączy razem koniuszki palców u rąk i uśmiecha się. Znów łagodnie przemawia, mówiąc co następuje.
    „Admirale, pozwoliliśmy panu wlecieć tu, gdyż ma pan szlachetny charakter i jest pan dobrze znany w Świecie na Powierzchni”. „W Świecie na Powierzchni”, wykrztuszam, niemal się dławiąc. „Tak”, odpowiada Mistrz z uśmiechem, „jest pan w domenie Arian, w Wewnętrznym Świecie. Nie opóźnimy znacznie pańskiej misji i zostanie panu przydzielona eskorta, która odprowadzi pana z powrotem na powierzchnię i jeszcze jakiś odcinek. Teraz jednak, Admirale, powiem panu, czemu został pan tu wezwany. Nasze zainteresowanie wami zaczęło się w dniu, gdy wasza rasa dokonała eksplozji pierwszych bomb atomowych nad Hiroszimą i Nagasaki w Japonii. To właśnie w tym pełnym niepokoju czasie wysłaliśmy do świata powierzchniowego nasze latające maszyny, „Flugelrady”, aby sprawdzić, co zrobiła wasza rasa. Oczywiście to już historia, Admirale, muszę jednak mówić dalej. Widzi pan, nigdy wcześniej nie mieszaliśmy się do wojen toczonych przez waszą rasę, do waszego barbarzyństwa, teraz jednak musimy, albowiem nauczyliście się igrać z pewną energią, która nie jest przeznaczona dla ludzi, a mianowicie z energią atomową. Nasi emisariusze dostarczyli już odpowiednie przekazy waszym władcom, lecz ci ostatni nie słuchają. Teraz został wybrany pan, by świadczyć, że nasz świat istnieje naprawdę. Widzi pan, Admirale, nasza Kultura i Nauka o wiele tysięcy lat wyprzedzają waszą”. Przerwałem: „Lecz co to ma wspólnego ze mną, Panie”?
    Oczy Mistrza zdawały się przenikać do głębi mój umysł, a kiedy już przyjrzał mi się dobrze, po kilku chwilach odparł: „Wasza rasa osiągnęła już punkt bez wyjścia, albowiem są wśród was tacy, którzy raczej zniszczą cały wasz świat, niż zrzekną się swej władzy, którą, jak sądzą, posiadają…”. Przytaknąłem, a Mistrz kontynuował: „W roku 1945 i później, próbowaliśmy skontaktować się z waszą rasą, lecz nasze wysiłki spotkały się z wrogością, a do naszych Flugelradów strzelano. Tak, ścigały je nawet wściekle i zaciekle wasze myśliwce. Teraz więc mówię ci, synu, nad wasz świat nadciąga wielka burza, czarny gniew, który nie przeminie przez wiele lat. Nie znajdziecie odpowiedzi w waszej broni, nie da wam bezpieczeństwa wasza nauka. Może szaleć, aż zdeptany zostanie każdy kwiat waszej kultury, aż wszystkie ludzkie rzeczy zostaną zrównane w wielkim chaosie. Wasza ostatnia wojna stanowiła jedynie preludium do tego, co przydarzy się waszej rasie. My, tutaj, widzimy to coraz wyraźniej z każdą godziną… czyżbyś uważał, że się mylę?”
    „Nie”, odpowiadam, „to już się kiedyś zdarzyło, nadeszła epoka ciemności i trwała przez ponad pięćset lat”.
    „Tak, mój synu”, odparł Mistrz, „epoka ciemności, która nadejdzie dla waszej rasy spowije Ziemię niczym całun, wierzę jednak, że niektórzy z was przeżyją burzę, nic innego nie jestem w stanie powiedzieć. Widzimy, jak w odległej przyszłości z ruin waszego świata powstaje nowy, szukający swych zagubionych, legendarnych skarbów, a one tu będą, mój synu, bezpieczne pod naszą opieką. Gdy nadejdzie ten czas, znów się zjawimy, by dopomóc wam w odrodzeniu waszej kultury i rasy. Być może do tej chwili nauczycie się już czegoś o bezsensie wojny i jej skutków… a wówczas część z waszej kultury i nauki zostanie wam przywrócona, by wasza rasa mogła zacząć od początku. A ty, mój synu, masz powrócić do Świata na Powierzchni, by przekazać tę wiadomość…”.
    Tymi słowami nasze spotkanie się najwyraźniej zakończyło. Stałem tam przez chwilę, niczym we śnie… a jednak wiedziałem przecież, że to się dzieje naprawdę i z jakiegoś powodu lekko się skłoniłem, albo z szacunku, albo z poniżenia, nie jestem pewien.
    Nagle zdałem sobie sprawę, że dwóch wspaniale wyglądających gospodarzy, którzy mnie tu przyprowadzili, znów znajduje się po moich obu bokach. „Tędy, Admirale, tędy”, wskazał kierunek jeden. Odwróciłem się jeszcze zanim wyszedłem i spojrzałem po raz ostatni na Mistrza. Na jego delikatnej, starej twarzy zastygł łagodny uśmiech. „Żegnaj, mój synu”, powiedział, po czym na znak pokoju wzniósł piękną, szczupłą dłoń. Nasze spotkanie naprawdę dobiegło końca.
    Wyszliśmy szybko przez olbrzymie drzwi z komnaty Mistrza i raz jeszcze wsiedliśmy do windy. Drzwi bezgłośnie zasunęły się ku dołowi i zaczęliśmy się wznosić. Jeden z mych gospodarzy znów przemówił: „Musimy się pospieszyć, Admirale, albowiem Mistrz nie chce już opóźniać pańskiej misji i musi pan powrócić do swej rasy z jego przekazem”.
    Nie odezwałem się. Wszystko to ledwie mieściło się w głowie, a gdy się zatrzymaliśmy, moje myśli znów zostały przerwane. Wszedłem do pomieszczenia i znów byłem razem ze swym radiooperatorem. Na jego twarzy malował się grymas niepokoju. Zbliżając się powiedziałem: „Wszystko w porządku, Howie, wszystko w porządku”. Dwie istoty ponagliły nas, byśmy weszli na platformę, co też uczyniliśmy, i wkrótce znaleźliśmy się przy samolocie. Silniki chodziły na jałowym biegu i natychmiast wsiedliśmy. Wydawało się, że wokół panuje teraz atmosfera wielkiego pospiechu. Po zamknięciu luku bagażowego owa nieznana siła natychmiast uniosła samolot, aż osiągnęliśmy wysokość 2700 stóp [około 820 metrów – przyp. tłumacza]. Przez jakiś czas leciały obok nas dwa z owych pojazdów, eskortujące nas w drodze powrotnej. Muszę tu nadmienić, że wskaźnik prędkości nie dawał żadnego odczytu, a jednak poruszaliśmy się w zawrotnym tempie.

    Godzina 215 – Daje się słyszeć przez radio komunikat: „Zostawiamy tu pana, Admirale, pańska aparatura już działa. Auf Wiedersehen”!!!! Przez chwilę patrzyliśmy, jak flugelrady znikają na tle bladobłękitnego nieba.
    Nagle zdało się, jakby cały samolot spadł raptownie w dół. Trwało to tylko maleńką chwilę i szybko odzyskaliśmy nad nim kontrolę. Przez jakiś czas nie rozmawiamy, każdy z nas ma swoje myśli…
    CIĄG DALSZY WPISÓW W DZIENNIKU POKŁADOWYM:
    Godzina 220 – Znów znajdujemy się nad wielkimi połaciami lodu i śniegu, o około 27 minut drogi od bazy. Wysyłamy im wiadomość radiową, odpowiadają. Składamy sprawozdanie, że wszystko jest w normie… w normie. Baza wyraża ulgę, że udało nam się odzyskać kontakt.
    Godzina 300 – Lądujemy gładko w bazie. Mam misję…
    KONIEC WPISÓW W DZIENNIKU POKŁADOWYM
    11 marca 1947 roku. Właśnie skończyłem spotkanie sztabowe w Pentagonie. W pełni opisałem swe odkrycie oraz przekazałem wiadomość od Mistrza. Wszystko zostało dokładnie spisane. Doradzono Prezydentowi. Zatrzymano mnie na kilka godzin (dokładnie mówiąc, na sześć godzin i trzydzieści dziewięć minut). Przesłuchanie celowo przeprowadzają przedstawiciele Najwyższych Sił Bezpieczeństwa oraz personel medyczny. Cóż za próba!!!! Podlegam procedurom najwyższego bezpieczeństwa zgodnie z przepisami bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych Ameryki. Otrzymuję ROZKAZ MILCZENIA ODNOŚNIE WSZYSTKIEGO, CZEGO SIĘ DOWIEDZIAŁEM, W IMIENIU LUDZKOŚCI!!!! Niewiarygodne! Zostaję pouczony, że jestem wojskowym i muszę słuchać rozkazów.
    30/12/56: OSTATNI WPIS:
    Lata, które upłynęły od roku 1947 nie były dla mnie łaskawe… Dokonuję właśnie ostatniego wpisu w tym szczególnym dzienniku. Aby zamknąć sprawę stwierdzam, że przez wszystkie te lata wiernie dotrzymywałem swej obietnicy utrzymania wszystkiego w tajemnicy. Stało to w całkowitej sprzeczności z wartościami moralnymi, jakie wyznaję. Teraz jednak czuję, że nadciąga długa noc, a ta tajemnica nie umrze wraz ze mną, lecz, jak każda prawda, zatriumfuje, tak właśnie będzie.
    Być może jest to jedyna nadzieja dla ludzkości. Widziałem prawdę, a to podniosło mnie na duchu i wyzwoliło mnie! Spełniłem swój obowiązek wobec monstrualnego kompleksu militarno-przemysłowego. Teraz zaczyna nadciągać długa noc, lecz to nie będzie koniec. Tak jak kończy się długa arktyczna noc, znów wzejdzie błyszczące słońce Prawdy… a ci, którzy są z ciemności wejdą w jego Światło… GDYŻ WIDZIAŁEM TĘ KRAINĘ ZA BIEGUNEM, OWO CENTRUM WIELKIEGO NIEZNANEGO.

    Admirał Richard E. Byrd
    Marynarka Wojenna Stanów Zjednoczonych
    24 grudnia 1956 rok
    Źródło: „OPERACJA ZIEMIA” Sir Brinsley le Poer-Trench
    źródło:
    http://www.paranormalne.eu/forum/topic/3979-dziennik-admiraa-richarda-e-byrda/

  2. tomasz26 pisze:

    wiadomo ,dlaczego stacjonują tam wojska strzegące dostępu i samoloty pasażerskie ją omijają ..tajemnice trzeba chronić

  3. Maria_st pisze:

    tajemnicza wizyta, tajemnicze spotkanie a ja dziś miałam równie tajemniczy sen….może ktoś miał podobny ?

    „We snie jestem w nieznanym mi miejscu, wszystko jakby większe…ide z jakąś osoba koło…niewiem co to jest…mnie się kojarzy z komodą.Na górze jest dziwny osobnik, ni człowiek ni jakiś cudak….ma w dłoni dziwne  karty…nigdy takich nie widziałam…one jakby żyły…Rzuca na mnie a potem je odczytuje…..mówi że w tym życiu moje koło nie sprzyja mi ale tak ma być..i nawiązuje jakby do całości..mam wrażenie, że jest kreatorem…jest dla mnie miły, odbieram go pozytywnie….mówi rzeczy ktore pojmuję ale w naszej realności sa trudne do zrozumienia.Planujemy jakis spektakl, potrzebujemy skrzypka, najlepszym jest niewidoma 5 latka..Pojawia sie, widze cos jak tv….sa w nim obrazy..choc nie jest to telewizor….raptem pojawiaja sie jakies zakłocenia..a za chwilę …widzę złotopurpurowy–kolor–energia, ona „wychodzi ” z tego niby tv i jakbym to sobą wchłonęłam/zlotopurpurowe/…..biore dziewczynkę na ręce..a ona odzyskuje wzrok.Budze się

    ha ha ha Matrixowe sny

    • Alicja z Krainy Czarów pisze:

      Coś ostatnio Mistyka Życia zamiera czyżby był to wynik realizacji mojego marzenia o samotnej planecie? Dziwne spotkanie na biegunie i co dalej właściwie nic nawet gdyby kosmici wylądowali na stadionie narodowym ile było by tej sensacji kilka latek to trochę krótko. Karty i gry karciane coś trzeba wymyślać aby wypełnić wolny czas. Czasu pod żadnym pozorem nie wolno zabijać, oprócz gier karcianych i komputerowych zostaje jeszcze pochłonięcie przez Dzieło Stwórcze to jedna z najlepszych dróg do spełnienia Dzieło Stwórcze w domyśle budowa Całych Cywilizacji.

      • Alicja z Krainy Czarów pisze:

        Hahaha piszesz jak Maszyna i w dodatku Ze Sobą 😉

        • Alicja z Krainy Czarów pisze:

          Dla Alicji

          —>Dla Mistyków Luty Dla Alicji Maj ;-)<—

          • sioLa pisze:

            Ano 1 Maja na kwiatowej gorze takrze tancza,a ja wezne se na slowo Zygfryda i Andrzeja pojdziem razem powyciagac z Zlotego Potoku pare zywych kLeni a noz ktos i na Niebieskiej Matce smietane pobije by Marysce bylo weselej pierogi z kapusta i grzybami zawijac.

    • tomasz26 pisze:

      nie bierz snów pod uwagę bo nie wiesz jakie ma intencje ten ..ci co je rozsyła.ją…. to troszkę na tej zasadzie cyranka prawdę ci powie … 😉

      • Maria_st pisze:

        nie bierz snów pod uwagę bo nie wiesz jakie ma intencje ten ..ci co je rozsyła.ją…. to troszkę na tej zasadzie cyranka prawdę ci powie … 😉

        Dlatego na koncu napisalam;
        „ha ha ha Matrixowe sny ”

        a kto podsyła sny–MY SAMI SOBIE

        • sioLa pisze:

          Oj Marys Marys zeby tylko my sami to by bylo wszystko dobrze a nie jak w tej Kobrze.

        • margo0307 pisze:

          „a kto podsyła sny–MY SAMI SOBIE”
          ______
          Wszystko, co nas otacza…, jeśli uważnie się temu przyjrzymy i z-rozumiemy – może się nam przysłużyć, nawet nasze sny…

          • Dawid56 pisze:

            Większość naszych snów związanych jest z naszym ciałem astralnym.Sen jest bramą do Światów w innej gęstości i prawdopodobnie również jest bramą do Wszechświatów równoległych.

  4. sioLa pisze:

    U mnie bylo cos jak nowy dom nowe osiedle,chodniki miedzy domami terz jezdzily same,wystarczylo wejsc na nie.W moim domu za sciana zagniezdzily sie chmielowo dzidowskie benkarty co to nauki o rodzinie prawia a po cichu okradaja i Babke k….. nazywaja.Weszlem do tego pokoju gdzie sie wpakowali i kazalem sie pakowac i isc tam gdzie ich miejsce bo w tym nowym swiecie miejsca dla nich nie ma .Probowali sie tlumaczyc i ciemnote znowu wciskac ,powiedzialem ze mijaja juz 44 lata od mych 18 urodzin i ponad 40 od smierci Matki ponadto prawie 10 latek od mordu na Ojcu.Mieli klamcy i szantarzysci czas na naprawe tego co zepsuli ale woleli dalej brnac w chamstwie o klamstwie drugim swoj debilizm przypisujac.Wiec ja nie Ojciec i sie szantarzowac bydlu nie dam i w nowym domu miejsca dla nich nie ma i wiec pakowac swe waliski z dudkami i spieprzac w podskokach do swej piekielnej kisty,by za krzywdy wyrzadzone ludziom swe 1000 latek w oniu wspomnien sie gotowac,przecierz maja tam swoj nowy palac z kamerami a ja w nowym domu chce miec drzwi otwarte dla wszystkich a nie patrzec czy mi znowu ktos po kryjomu sztylet w plecy wciska zaslaniajac sie miloscia ale tak naprawde jedyna do dudkow ma milosc i takie scierwo Matke mi K…. nazywalo a wlasny tylek za dudki sprzedalo.Ale Marys sen byl noca przed 3 cia a w tym czasie najczesciej meczyly boskie zony zmory przy swym komputerze,za to za dnia do poludnia spaly bo sie noca dziwki nie wyspaly bo ludzi dreczyc musialy dla boskiego bogactwa i boskiego katowania chwaly.Wiec tak naprawde to ja nie wiem czy to dobry znak czy zly ale wiem napewno ze szantarzem i wciskanien sie na chama do nowego domu zadna meska ani zenska boska dziwka sie nie wcisnie no chyba ze ja zechce zostac krolem a ja krolem zostac nie chce bo jak krolika zabijaja to placze krolik jak dziecie a ja nie chce byc ofiara dla bydlecego boskiego smiecia co nawet za swe czyny przeprosic nie potrafi mowiac ze ma honor ale ten mistyczny w wlasnym tylku .Coz moze czas nadszedl i klamstwo sie nie udalo wiec sie dziwki na chama do nowego domku wciskaja.Dlaczego Ludwik u Francuzow i Ludwik terz u Piastow byl ostatni.Coz moze koniec gry jest w karty ,bo czasami tysiace lat juz grajac ma sie przez przypadek albo i lud szczescia piatke 4 kroli wraz ze blaznem .

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s