Najdalsza podróż – podróż w głąb własnego Ja-Misterium ostatecznego odejścia

Ostatnia część trylogii Roberta Monroe kończy się w dość nieoczekiwany sposób. Zanim to przedstawię, myślę że warto się zapoznać z życiorysem Roberta Monroe. Jest on napisany co prawda w języku angielskim ,ale polskie tłumaczenie jest zbyt ubogie
http://en.wikipedia.org/wiki/Robert_Monroe
Robert Monroe zmarł 17 marca 1995 roku , jego żona Nancy, prawdopodobnie w 1993 lub 1994 roku, czyli ok. rok wcześniej. Proponuję zapoznać się z ostatnim fragmentem Najdalszej Podróży, w którym Robert Monroe opisuje w jaki sposób próbował spotkać się poza swoim fizycznym ciałem ze zmarłą żoną na poziomie 27.Jak opisuje to Monroe 2 krotnie udało mu się dotrzeć do ciała eterycznego swojej zmarłej żony.Łączyły go z nią silne więzi energetyczne i następował między ich ciałami eterycznymi silny rodzaj „wyładowania elektrycznego” .Wygląda na to, że dla dobra obojga te nici powinny być jak najszybciej zerwane, inaczej ta osoba która wcześniej odeszła pociągnie za sobą drugą, ale być może tak ma właśnie być wśród kochających się ludzi jeśli nie ma dzieci na wychowaniu.Te nici powinny być jak najszybciej zerwane również dlatego aby od strony Roberta Monroe nastąpiło pozwolenie na realizacje osobistego programu wcieleń reinkarnacyjnych Nancy, a od strony Nancy oderwanie się od „najcięższych powłok Ziemi”.

„Pieśń dla nie opiewanych
Szpitalny czas wizyt dobiegał końca. Będąc w pokoju Nancy pochyliłem się nad nią i pocałowałem ją w czoło.
“Jesteś śpiąca?”
“Mmmmm”.
“Dzisiaj wyglądasz lepiej”.
„Mmmmm. I dobrze się czuję”.
„Chcesz pójść pobawić się później?”
“Na 27?”
“Na początek”.
“Mmmmm, tak”.
“Do zobaczenia wkrótce”.
“Kocham cię”.
“Ja także cię kocham!” Około ósmej wieczorem otrzymaliśmy pilny telefon ze szpitala i byliśmy przy jej łóżku przed dziewiątą. Początkowo z kilku powodów odwiedzanie jej w szpitalu było dla mnie prawdziwie rujnujące.
Teraz było inaczej. Jej ramiona były bezwładne i zimne, a oddech krótki i urywany, z długimi przerwami. Ale dopiero spojrzenie w jej niewidzące oczy powiedziało mi prawdę. Nancy nie było już tutaj. O dwunastej piętnaście w nocy jej ciało przestało w końcu oddychać.
Później zespół Linii Życia doniósł, że pomiędzy siódmą trzydzieści a ósmą zabrali ją na Poziom 27, gdzie została serdecznie powitana i jest bezpieczna. Było to w przybliżeniu w tym samym czasie, kiedy instrumenty odnotowały początek jej końcowego oddechu (lekarze nazywają to Chene – Stokes). Dopiero później uświadomiłem sobie, iż oddychanie takie nie było mi nie znane. Taki sam oddech słyszałem, kiedy tuż obok mnie umierał ten stary człowiek w noclegowni w St. Luis, gdy byłem jeszcze włóczącym się z miejsca na miejsce nastolatkiem. W taki sam sposób oddychał mój ulubiony kot Fusby, kiedy leżąc w moich ramionach umierał na białaczkę na trzy dni przed odejściem Nancy.
Zaskoczyło mnie, jak bardzo w rzeczywistości byłem na to nie przygotowany. Największe nieszczęście (Zmienne w moim życiu) nadchodziło powoli, mnóstwo zapowiedzi najgorszego, wszystkie te dodające otuchy doświadczenia, a jednak…
Setki, nie, tysiące znały (znają) jasną, ciepłą i pełną radości osobowość jaką była (jest) Nancy Penn Monroe. Jej korzenie sięgają pewnej rodziny w Wirginii na długo przed Amerykańską Rewolucją, żyjącej na ziemi podarowanej im jeszcze przez samego króla Anglii. Jej wychowanie sprawiło, iż pędziła życie prawdziwej Damy Południa w najwdzięczniejszym tego przejawie: zawsze myśląc o innych, zawsze z uśmiechem powitania na ustach, zawsze odmawiając robienia czegoś, co mogłoby uczynić komuś krzywdę, zawsze dając z siebie. Nigdy nie było (nie ma) w niej żadnej złości czy nienawiści.
Była prawdziwym i rzeczywistym współzałożycielem Instytutu Monroe’a. Gdyby nie ona, prawdopodobnie organizacja taka nigdy by nie powstała. Brała aktywny udział we wszystkich ważniejszych, a także tych mniej ważnych dyskusjach, decyzjach, a nawet pracach badawczych. Stąd myśli jej odciśnięte są na wszystkim, co Instytut dokonał i reprezentuje – na programach, taśmach, polityce reklamowej oraz na wielu przyjaciołach w kraju i za granicą.
Na gruncie towarzyskim spotykaliśmy się raczej przypadkowo przez lat siedem, małżeństwem zaś byliśmy przez lat dwadzieścia trzy. Nancy przejawiała głębokie zainteresowanie zjawiskami paranormalnymi, jeszcze zanim się poznaliśmy. Była także nauczycielką, prowadziła zajęcia z zakresu muzyki oraz nauczała gry na fortepianie, była dekoratorką wnętrz, prowadziła firmę handlu nieruchomościami, no i oczywiście wychowywała czwórkę dzieci. Rozpoczęła pracę nad dwiema książkami, z których jedna poświęcona była współczesnej wersji Scarlett 0′Hara, druga zaś powieścią z pogranicza metafizyki Miasto nie wybudowane rękami. Obie pozostaną nie ukończone, pomimo czekającej maszyny do pisania i komputera. Nie miała już na nie czasu. Niemożliwe jest przebywanie w Instytucie bez dostrzegania efektów jej pracy. Kiedy wchodzicie przez portiernię, widzicie rosnące dookoła kwiaty i krzewy ozdobne wybrane przez nią. Wewnętrzny wystrój samego budynku jest jej adaptacją planu rozpoczętego przez innych. Kiedy wchodzicie na wzgórze, widzicie po prawej stronie rząd wysokich drzew – to także jej kreacja. W samym Centrum wszystkie drzewa i krzewy wybrane zostały i posadzone osobiście przez nią.
Wewnątrz trzech budynków większość z tego, co widzicie, wybrała Nancy Penn Monroe. Dywany, kolor ścian, armaturę, stoły i fotele. Sala Klubowo-Restauracyjna była (jest) w całości jej ostatnią kreacją.
Tak więc budynek główny ma teraz nową nazwę: Centrum Nancy Penn. Była zbyt skromna, by zezwolić na coś takiego wcześniej.
Gdzie jest teraz? Aby uczynić bardzo długą historię bardzo krótką, zacznę od tego, że kiedy wykryto u niej raka piersi, Nancy zaakceptowała tradycyjne metody leczenia takich przypadków. Oznaczało to chirurgiczne usunięcie guza oraz kilku węzłów limfatycznych, chemioterapię i napromieniowania. Wszystko to zwolniło nieco sam proces, ale nic ponadto.
W dwie noce po jej odejściu pomyślałem, że chyba uspokoiłem się już na tyle, aby ją odwiedzić. Co też zrobiłem. Rezultatem była emocjonalna eksplozja, do której zalicza się każdy niuans istniejący pomiędzy dwiema kochającymi się głęboko istotami, a wszystko to zachodzące najzupełniej szczerze i równocześnie, bez ograniczeń wynikających z czasu i materii fizycznej. Powrót był dla mnie olbrzymim wysiłkiem i potrzebowałem aż kilku dni, by dojść po tym do siebie.
Druga próba tydzień później przyniosła taki sam rezultat. Było to po prostu zbyt dużo, aby sobie z tym poradzić. Dopóki nie dowiedziałem się więcej, musiałem założyć coś w rodzaju ekranu ochronnego, powstrzymującego mnie przed jakąkolwiek niefizyczną aktywnością. Żadnych podróży Międzystanem pro tempore czy konfliktów z przyjaciółmi w tamtym obszarze. Tylko moje Ja-Tam. Zaczynałem odpływać w kierunku Nancy nawet podczas najgłębszego snu, więc bariera musiała rozciągać się i na ten stan także. Dopiero w ten sposób mój spokój został przywrócony.
Staję teraz przed nowym wezwaniem, nową adaptacją jakiej nigdy nawet nie rozważałem. Można to też nazwać całkowicie nowym kierunkiem. Czy w tym samym czasie mogę żyć w dwóch różnych światach? Z Nancy na Poziomie 27. oraz Tutaj, z naszą czworonożną rodziną – siedem kotów i dwa psy – w moim samotnym domu? Nie wiem.
* * *
…A jednak inny jeszcze głos z mojego Ja-Tam upiera się, aby zostać wysłuchanym:
Kiedy przejście zostanie już dokonane, jedynie najciężej uzależnieni pozostają w bliskich związkach z życiem fizycznym, które właśnie zakończyli. Dla większości rezonans (zainteresowanie), powiązania, zaczynają tracić na znaczeniu prawie natychmiast, u niektórych powoli, u innych bardzo szybko. Niemniej jednak dzieje się tak zawsze. Wykazują to wszystkie twoje dane, być może z wyjątkiem rzadkiego zjawiska “duchów”. To samo tyczy się twojej Wielkiej Miłości.
Jak długo twoja Srebrna Królowa pozostanie w i dookoła twojego Poziomu 27.? Ty tego nie wiesz i my też nie wiemy. Jak wszyscy pozostali, także i ona wystawiona jest na pokusę dokonania wyboru jednej z kilku atrakcyjnych możliwości, których istnienia jako jedyny chyba spośród wszystkich istot ludzkich jesteś tak bardzo świadomy. Ale ty nie możesz opuścić miejsca, w którym żyjesz. Jeszcze nie teraz; masz zbyt wiele do zrobienia. Pamiętasz swoją matkę i jej wiolonczelę? Nauczyła cię czegoś, nie wiedząc nawet, że to robi.
I nie zapominaj: przynajmniej wiesz, że twoja Srebrna Królowa będzie z tobą podczas naszego ostatecznego odejścia w trzydziestym piątym wieku. A czego możesz chcieć więcej!”

Ten wpis został opublikowany w kategorii ., Mistyka, Rozwój duchowy. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Najdalsza podróż – podróż w głąb własnego Ja-Misterium ostatecznego odejścia

  1. JESTEM pisze:

    Słyszałam, że w naukach wschodnich jest takie ćwiczenie, które powoduje odłącząnie takich nici powiązań.
    Przypomniał mi się mój sen🙂
    http://tonalinagual-sny.blogspot.com/2012/09/kokardki-i-motyle.html

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s